"Na Wszystkich Świętych polecam i tych świętych umierających na AIDS" - napisał dyrektor krakowskiego Teatru Nowego Piotr Sieklucki w rozesłanym do mediów zaproszeniu na premierę (tuż po Wszystkich Świętych) "Lubiewa" Michała Witkowskiego w swojej reżyserii.

 

 „Będzie to swoiste święto zmarłych na AIDS! Polecam uwadze ten projekt tym bardziej, iż żaden krakowski aktor nie zgodził się wziąć w nim udziału, po przeczytaniu »Lubiewa « i nasze Miasto miało pewne obiekcje i wątpliwości” - dodaje.

 

Kto mu odmówił współpracy? Tego dyrektor powiedzieć nie chce. - Największy kłopot był ze znalezieniem aktorów, którzy mogliby zagrać głównych bohaterów. Szukaliśmy aktorów około sześćdziesiątki, bo tacy są bohaterowie "Lubiewa". W Krakowie nie udało nam się znaleźć ani jednego! Pytaliśmy artystów ze znanymi, naprawdę znanymi nazwiskami. Walnęliśmy głową w mur obyczajowości - opowiada Sieklucki. Dyrektor skarżył się, że często słyszał słowa: „Mam 60 lat, daj spokój, to nie na moją wrażliwość” (tekst wymagał starszych aktorów). Zgodzili się dopiero aktorzy z Wrocławia, a Krystyna Czubówna zgodziła się być narratorką.

 

My się specjalnie nie dziwimy, że scenariusz przerósł odporność aktorów ze statecznego Krakowa.  "Pierwszy w życiu ch..., jakiego miałam w ustach, to był za dworcem ruski żołnierz" - oto pierwsze zdanie "Lubiewa". Już dawno wiadomo było, że „krakówek” jest zbyt konserwatywny, zwłaszcza w dziedzinie teatru. Tego tolerować nie można. Palikot powinien zażądać, aby co najmniej połowa posad dyrektorskich w teatrach  przypadła awangardowym twórcom i menedżerom. I nałożyć na aktorów regulaminowy obowiązek zagrania przynajmniej raz w roku w postępowej obscenie. Szczególnie ów nakaz powinien dotyczyć aktorów w podeszłym wieku, którzy całe życie grywali w drobnomieszczańskich szmirach. Jak się nie podoba, to won do telenowel grać dziadów i księży.

 

PSaw/gazeta.pl