Często prawicowi publicyści (nie wyłączając niżej podpisanego) tworzą pewien schemat wedle którego odbywa się pozbawienie życia nienarodzonego dziecka. W takim scenariuszu zawsze mamy opuszczoną kobietę, którą pozostawiono samej sobie. To mężczyzna jest tym nieodpowiedzialnym sk...em, który umywa ręce od obowiązków związanych z troską o kobietę, ciążę i nienarodzone dziecko. Rzeczywiście, podobne historie często mają miejsce.

 

Ale co w przypadku, gdy to tylko facet przejmuje się losem nienarodzonego dziecka? Co wtedy, gdy dla matki ciąża wydaje się tylko kłopotliwą naroślą, której przy pierwszej lepszej wizycie u lekarza należy się pozbyć? I wreszcie, co wtedy, gdy matka bez wiedzy lub wbrew woli ojca zabija nienarodzone dziecko? Czy mężczyzna nie ma prawa decydować o "czymś", co pochodzi od niego i stanowi efekt zgodnego, dobrowolnego współżycia ze swoją partnerką? Kim w takim świetle jest głowa rodziny, która - mówiąc biurokratycznym bełkotem - jest komórką społeczną? Żywicielem i oparciem czy może sponsorem i dawcą spermy? Czy zwolennicy aborcji czy - jak podaje większość mediów - "przeciwnicy zaostrzania ustawy aborcyjnej"  w tym przypadku również będą powoływać się na prawa człowieka? Czy też mąż, ojciec, mężczyzna wykracza poza ramy humanizmu?

 

Właśnie zajmuję się sprawą człowieka, który doświadczył tak patowej sytuacji. Żona zdecydowała się na aborcję, o której nie wiedział. Jego interwencje i próby znalezienia odpowiedzi na pytanie, co stało się z dzieckiem, spełzły na niczym. Policja, prokuratura, sąd, mimo determinacji ojca, który zdobył dowody, zignorowały sprawę. Przecież to "tylko" aborcja... W odwecie za drążenie tematu, była żona wraz z teściami zafundowała mu kłopoty. Teraz musi walczyć nie tylko o prawdę na temat zabójstwa jego maleńkiego dziecka, ale również o prawo do kontaktów z kilkuletnią córką. Choć dysponuje twardymi dowodami na to, że jego prawa były lekceważone przez teściów, śledczy i sądy odsyłają go z kwitkiem, z niezwykłą wyrozumiałością podchodząc do rodziny matki. 

 

Skierowałem do właściwego sądu kilka pytań w tej sprawie. Jak na razie nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Sprawa tzw. nielegalnej (brzmi to tak, jakby istniały jakieś dobre aborcje - przyp. AM) aborcji spełzła na niczym. Teraz ojciec musi walczyć o swoje kilkuletnie dziecko.  W swojej batalii o podstawowe prawa pozostaje sam, mimo zwracania się do różnych instytucji (pozdrowienia dla Rzecznika Praw Dziecka Marka Michalaka). Wzajemna siatka wszelkich powiązań prokuratury i sądu (jak to bywa w mniejszych miastach) zamyka mu drogę do dochodzenia swoich praw, które w rażący sposób są łamane.

 

Pozostaje tylko wsparcie Śląskiego Stowarzyszenia Obrony Praw Ojca i mediów. Wcześniej w jego sprawie interpelował poseł Arkadiusz Mularczyk. Wszystko na nic w zderzeniu z sądową machiną. A chyba z prawami ojca nie jest zbyt wesoło w tym kraju, skoro już same kobiety upominają się o takie prawa. Wystarczy odwiedzić stronę Forum Matek Przeciw Dyskryminacji Ojców.

 

Jak widać na przykładzie zrozpaczonego ojca, dopominanie się swoich praw rodzicielskich dotyka wszystkich dzieci. Bez względu na to, czy urodziły się czy nie. Warto, żeby pamiętał o tym również Rzecznik Praw Dziecka p. Marek Michalak.

 

Aleksander Majewski