Pytany o możliwość zamachu Jarosław Kaczyński odpowiada krótko. - Nie widzę powodów, dla których z góry miałbym wykluczyć wersję o zamachu, ale nie mam też dowodów, że do zamachu doszło - mówi prezes PiS. I dodaje: "Od momentu ujawnienia zapisów czarnych skrzynek wiemy, że pilotom podawano informacje, że byli na właściwej ścieżce i na kursie, a wiemy przecież, że tak nie było. Wiemy, że piloci dostali złe karty od Rosjan, kontrolerzy nie zabronili im lądować, mimo że powinni, a nawet nie poinformowano ich o pionowej widzialności. Pilot mógł zakładać, że ze 100 metrów dojrzy lotnisko. Nie powiedziano mu: "nie leć". Moskwa podjęła decyzję o tym, że mają ich sprowadzać do 100 metrów, co jest bardzo zastanawiające. Schodzenie do wysokości decyzyjnej przy sprawnym samolocie i sprawnej wieży nie wiążę się z żadnym ryzykiem. Piloci zostali wprowadzeni w błąd. Była decyzja o odejściu i do dzisiaj nie wiemy dlaczego samolot nie odszedł".
Jednocześnie prezes PiS nie pozostawia wątpliwości, że za katastrofę - niezależnie czy świadomie czy nie - odpowiedzialność ponoszą Rosjanie. - Wina Rosjan jest ewidentna. Kto wprowadził w błąd pilotów? Paranoją jest twierdzenie, że Rosja nie ponosi winy. Jest wina Rosjan i jest błąd pilotów z Jaka, którzy powiedzieli: możecie próbować - podkreśla Kaczyński. I zaznacza, że jeśli wina ta zostanie udowodniona trzeba podjąć międzynarodowe akcje służące wyjaśnieniu katastrofy. - Powinny być akcje międzynarodowe zmierzające do wyjaśnienia tej sprawy. Rosjanie nie zaakceptują statusu Polski jako państwa w pełni suwerennego, silnego. Polska powinna być cierpliwa i nie dążyć do napięć, ale i zbliżeń za wszelką cenę, bo to zawsze będzie wykorzystywane do obniżenia naszej rangi, tak jak ma to miejsce w tej chwili - zaznacza Jarosław Kaczyński.
Zgrabnie unika także Kaczyński odpowiedzi na pytanie, kto jest człowiekiem numer 2 w jego partii, a także kto go zastąpi. - Nie przepadam za takim numerowaniem, w którym lubują się media. Powiem tylko, że gdy nie mogę przewodniczyć obradom Komitetu Politycznego to zastępuje mnie wiceprezes Adam Lipiński. To Adam Lipiński jest nr 2 w PiS - mówi prezes PiS. A pytany o następce uzupełnia. - Póki co, moja obecna kadencja trwa do roku 2014, a co potem - zobaczymy. To też ciekawe, że co chwila media zastanawiają się kto mnie zastąpi. Przez to sugeruje się opinii publicznej moją schyłkowość w funkcji prezesa PiS, że w PiS już toczy się wojna o schedę po mnie. To oczywiście nie jest prawdą i nam nie służy. Tymczasem prawie wcale media nie roztrząsają kto zastąpi Tuska w fotelu szefa PO.
Jasno i zdecydowanie odrzuca także prezes PiS koalicję z SLD. - Dla ludzi, dla których komunizm był częścią ich życia, którzy stali po drugiej stronie, tego rodzaju sojusze są zupełnie niemożliwe - mówi. A jednocześnie zastrzega, że wszystkie inne partie wchodzą w grę. - Często sobie żartuję, że powiedzieć o partii, która zawarła sojusz z Samoobroną i LPR-em, że nie ma zdolności koalicyjnej, to powiedzieć o kimś, że ktoś, kto skacze 2,40 m, że nie potrafi skakać. To oczywiście żart, bo byliśmy zmuszeni do koalicji z tymi dwiema partiami. Teraz z góry nie będę mówił z kim wykluczam koalicję, a z kim nie. W Irlandii był czas, kiedy dwie partie do siebie strzelały, ekskomunikowały się, a później współpracowały z pięknymi wynikami - mówi prezes. A dziennikarz dopytuje: "Czyli mógłby pan zawrzeć koalicję z PO?" - Nigdy nie mów nigdy. Wykluczam tylko SLD - pada odpowiedź.
Ważna deklaracja dotyczy również przyszłości politycznej Marcina Dubienieckiego. Prezes PiS zapewnia, że nepotyzmu w jego partii nie będzie. - Nikt, kto tylko dla tego, że jest np. najbliższą mi osobą, nie dostanie miejsca na listach. Trzeba być działaczem i trzeba się czymś zasłużyć i wtedy można dostać miejsce na listach. Oczywiście nie trzeba być w PiS, żeby dostać miejsce na naszych listach, bo jesteśmy otwarci na współpracę. To, że jest się krewnym, czy powinowatym nie jest powodem, żeby dostać miejsce na listach PiS - zaznacza prezes.
TPT/Onet.pl
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

