- Jeśli aborcja zostanie całkowicie zalegalizowana na północy, będzie też legalna na południu. - Wówczas irlandzkie dzieci będą zabijane bez względu na to, z której części Irlandii pochodzą – mówi organizatorka manifestacji Bernadett Smyth. Jej zdaniem Irlandczycy tworzą jeden naród i wielu z nich nie akceptuje granicy dzielącej Zieloną Wyspę na niepodległą Republikę Irlandii i należącą do Wielkiej Brytanii Irlandię Północną.
Bezpośrednie przyczyny udziału Irlandczyków w proteście są różne. Mieszkańców północy oburzyła ostatnia inicjatywa Londynu zmierzająca do ujednolicenia prawa aborcyjnego w całym Zjednoczonym Królestwie. Irlandczycy z południa obawiają się z kolei narusznia ich wolności od aborcji przez Traktat Lizboński i nacisków międzynarodowych organizacji "pro-choice", takich jak International Planned Parenthood. Natomiast obywateli obu państw irlandzkich łączy przywiązanie do chrześcijaństwa i sprzeciw wobec zgłoszonego ostatnio przez Baracka Obamę na forum ONZ postulatu uznania aborcji za uniwersalne "prawo człowieka".
Pochodzący z południa uczestnicy marszu wyrazili też irytację rosnącą międzynarodową presją, aby ratyfikowali Traktat Lizboński. Powtórne referendum w tej sprawie odbędzie się 2 października 2009 roku. - Rząd musi zaakceptować fakt, że Irlandczycy powiedzieli już Traktatowi z Lizbony "nie". Czy oni nie wiedzą co oznacza "nie"? - pyta Smyth.
Podczas gdy wielu Irlandczyków zaangażowanych w ruch pro-life sprzeciwia się Traktatowi Lizbońskiemu, który mógłby wymusić liberalizację ustawy aborcyjnej, biskupi z południa popierają dokument. - Dlaczego Kościół nie wspiera naszych wysiłków dla ochrony życia? - pyta organizatorka marszu.
Zdaniem Smyth, Irlandczycy nigdy nie zaakceptują zabijania dzieci nienarodzonych. Rzeczą, która łączy południe z północą jest - według niej - miłość do nienarodzonych dzieci i sprzeciw wobec aborcji. - Oto, gdzie leży nasza siła: w jedności - mówi.
JaLu/EmKa/Lifesitenews.com
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

