Antylustracyjne hieny tylko na to czekały. Wprawdzie książkę „Lech Wałęsa. Idea i historia”, wydało prywatne wydawnictwo, a od publikacji odcina się duża część historyków Instytutu (w tym Piotr Gontarczyk), ale politycy PO i SLD i tak urządzili nagonkę na IPN.
- Lech Wałęsa pozostanie narodowym skarbem i bohaterem narodowej legendy, o którą trzeba dbać i to nie w interesie Lecha Wałęsy, ale całego polskiego narodu i w interesie naszej przyszłości – mówił wczoraj premier Tusk. Swoje uwielbienie dla byłego prezydenta RP wyrażał także marszałek sejmu Bronisław Komorowski. - Każdy, także każdy polityk musi sobie odpowiedzieć na pytanie czy w wystarczającym stopniu nie tylko doceniamy rolę Lecha Wałęsy w procesie odzyskania niepodległości, demokracji, ale czy również nie przykładamy ręki nie tylko do frustracji Lecha Wałęsy, ale także do niszczenia symbolu polskiej wolności i polskiej marki na świecie – stwierdził.
Wszelką miarę stracił Donald Tusk, który wypowiadał się tak, jakby był przywódcą republiki bananowej. - Chcę zaapelować do pracowników IPN i historyków, aby nie nadużywali środków publicznych, bo nie będą mogli ich w przyszłości używać - jeśli tak to będzie dalej wyglądało, w takim jednostronnym działaniu - stwierdził premier Tusk. - Mamy do czynienia ze swoistym monopolem informacji i opinii, które powstają w IPN. To powinno być zmienione – mówił dziś marszałek Komorowski. - Oprócz zmian personalnych, które mogą być dokonane w zgodzie z ustawą, jest problem wspierania przez państwo polskie innych badań o tym samym okresie - dodał.
Problem w tym, że IPN "zawinił" jedynie wydając Zyzakowi dokumenty, o które prosił, i na których po części oparł swoją pracę – co było zresztą psim obowiązkiem Instytutu. Autor obronił swoją pracę na Uniwersytecie Jagiellońskim i wydał jako książkę w Wydawnictwie ARCANA.
Dyrektor krakowskiego IPN Marek Lasota broni swojej instytucji przed atakami i tłumaczy, dlaczego Paweł Zyzak pracuje w Instytucie. - W chwili zawierania umowy o pracę, tj. w październiku ubiegłego roku, na czas określony, w zastępstwie za innego urlopowanego pracownika, Dyrekcja Oddziału kierowała się wyłącznie kwalifikacjami kandydata, potwierdzonymi dyplomem magistra Wydziału Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz pozytywnymi opiniami jego nauczycieli akademickich – twierdzi historyk. - Fakt przygotowywania przez pracownika publikacji o charakterze budzącym dziś liczne kontrowersje, w momencie zawierania umowy o pracę nie był znany przyszłemu pracodawcy – dodaje Lasota.
sks/EH/PAP
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

