Nie potwierdzają tego żadne statystyki ani badania socjologiczne. Weźmy choćby przykład aborcji. Na Węgrzech od dawna obowiązuje ustawa zezwalająca na zabijanie dzieci nienarodzonych z przyczyn społecznych. Prawo to popiera aż 60 proc. obywateli, a sprzeciwia mu się tylko 17 proc. Węgrów. To zupełnie odwrotne wyniki niż w Polsce, gdzie – według badań CBOS z 2011 roku – legalizacji aborcji z powodów społecznych nie chce aż 85 proc. respondentów, a popiera ją zaledwie 9 proc.

 

Także wskaźniki religijne przemawiają na korzyść Polski. U nas jako katolicy deklaruje się ok. 95 proc. obywateli, a co niedzielę na Msze uczęszcza ok. 40 proc. wiernych. Tymczasem na Węgrzech – według ostatniego spisu powszechnego z 2001 roku – katolików było 54,5 proc., kalwinów – 15,9 proc., a luteran – 3 proc. W Budapeszcie, gdzie mieszka jedna trzecia Węgrów, do kościoła chodzi zaledwie 5 proc. wiernych. Na prowincji, w zależności od regionu, frekwencja na niedzielnej Mszy wynosi od 10 do 20 proc. W dodatku podczas ostatniego spisu aż 24,6 proc. Węgrów (a więc 2,5 mln osób) nie przyznało się do żadnej religii.

 

Właściwie wszystkie statystyki, które mówią o przywiązaniu społeczeństwa do religii i konserwatywnych wartości obyczajowych przemawiają na korzyść Polaków. A jednak to właśnie na Węgrzech dokonują się zmiany, które elektryzują tak wiele osób w Europie? Co jest ich przyczyną? Przecież nie procesy społeczne, których nie zauważają ani socjologowie, ani psychologowie społeczni, ani komentatorzy polityczni.

 

Odpowiedź jest zadziwiająco prosta. Cała ta „rewolucja konserwatywna”, o której piszą media, nie ma swych źródeł w nastrojach społecznych, lecz w konsekwentnej postawie jednego człowieka – Viktora Orbana. Lider węgierskiej prawicy jest nie tylko bardziej konserwatywny obyczajowo i świadomy religijnie niż jego elektorat, ale nawet niż jego własna partia. Tylko jego osobista determinacja i upór sprawiają, że w kwestiach światopoglądowych forsowany jest program zmian, który nie ma wcale tak rozległego zaplecza w bazie społecznej.

 

Przykład Orbana każe zastanowić się nad rolą jednostki w historii i wpływem, jaki pojedynczy człowiek może wywierać na procesy społeczne. Jego współpracownicy, np. Miklos Soltesz, przyznają, że nie mogą sobie pozwolić na pewne otwarte działania, które byłyby do pomyślenia w Polsce, gdyż na Węgrzech nie ma takiego jak u nas szacunku dla życia, rodziny czy godności człowieka. Dlatego muszą postępować ostrożnie, starając się najpierw zmienić w tych kwestiach świadomość społeczną. Na dodatek ich sytuację utrudnia fakt, że muszą działać w warunkach całkowitej zapaści ekonomicznej kraju, gdyż socjaliści zostawili swoim następcom gospodarkę państwa na progu bankructwa.

 

To właśnie ten kryzys stał się powodem, dla którego wyborcy tak gremialnie głosowali na Fidesz jako jedyną alternatywę dla skompromitowanych postkomunistów. Orban, którego ta fala powszechnego niezadowolenia wyniosła do władzy, nie stał się jednak zakładnikiem sondaży i słupków poparcia społecznego. To samo niezadowolenie może go jednak strącić kiedyś w polityczny niebyt.

 

Przykład ten każe się też jednak zastanowić nad tym, dlaczego Polska, mając teoretycznie znacznie większy potencjał duchowy i społeczny niż Węgry, nie wykorzystuje swojej szansy, by przeciwstawić się temu, co Benedykt XVI nazywa „dyktaturą relatywizmu”.

 

Grzegorz Górny