Wydanie takiego dokumentu wywołało skandal. Oburzeni naukowcy zgłosili sprawę do prokuratury. Rzecznik Uniwersytetu im. Loranda Eotvosa w Budapeszcie Gyorgy Fabri poinformował o wymówieniu umowy najmu węgierskiemu instytutowi diagnostycznemu Nagy Gen Diagnostic & Research, który we wrześniu 2010 roku, na podstawie badania genów deputowanego ze skrajnie prawicowego opozycyjnego ugrupowania Jobbik wydał zaświadczenie, że ”nie posiada on genów żydowskich ani romskich”.

 

Nie ma wątpliwości, że zarówno nieznany poseł, jak i instytut, który przeprowadził takie badania wpisał się w najgorszą tradycję europejskiej nauki. Tego typu działalność naukową prowadzono przed laty w Niemczech hitlerowskich, gdzie także na podstawie badań (wówczas jeszcze nie genetycznych, ale także „naukowych”) wystawiano ludziom zaświadczenia. Wtedy decydowały one o życiu i śmierci, teraz na szczęście nie.

 

Potępienie tego typu sytuacji musi być mimo to całkowite. Jeśli jednak coś zaskakuje to jedynie fakt, że uczeni protestują (słusznie – co jeszcze raz muszę podkreślić) przeciwko eugenicznemu rasizmowi, ale nie protestują przeciwko eugenice prenatalnej. W rozmaitych ośrodkach genetycznych także wydaje się zaświadczenia genetyczne, które decydować mają o życiu i śmierci dzieci. Tak jest także w Polsce, gdzie zaświadczenie o stanie zdrowia jest licencją na zabijanie. I jakoś na ten temat elity milczą. Milczy większość naukowców. I to mimo iż „wyczyn” węgierskiego instytutu i niezidentyfikowanego parlamentarzysty, to tylko dowód skrajnej głupoty, a zaświadczenia genetyczne wydawane nienarodzonym dzieciom rzeczywiście decydują o ich życiu i śmierci.



Tomasz P. Terlikowski