10.12.2010

 

Zaczynamy Mszą świętą. Też uniwersalnie. Ale tym razem jeszcze bardziej. Liturgia jest po angielsku, ale czytania po polsku; a kazanie znów po angielsku. Słowem jak wieża Babel. I choć wszystko byłoby prostsze, gdyby językiem liturgii była łacina, to nawet nam tego nie brakuje. Trzeba być zresztą realistą. Afrykańscy księża (z polskimi zresztą wcale nie jest lepiej) nie znają łaciny, a rolę tego języka spełnia dla nich angielski (normalnie liturgia w Północnym Sudanie jest bowiem po arabsku).

Dzień zaczynamy od spotkania z biskupem Danielem Awok Kur. Wysoki (chyba najwyższy w całym episkopacie), lekko łysiejący mężczyzna mówi mocnym, zdecydowanym głosem. Jest tylko biskupem pomocniczym, ale… w istocie zarządza diecezją, bowiem miejscowy ordynariusz kardynał Gabriel Wako jest bardzo schorowany. Wywiad przeprowadzamy w kolonialnej atmosferze. Pokój dość ponury, ale bardzo wysoki. Atmosferę ociepla tylko sam biskup, składający mocne świadectwo wierności Chrystusowi.

- Tu ludzie mają gigantyczne potrzeby duchowe. One są zawsze na początku. Najpierw pragnienie Boga, Eucharystii, spotkania, Słowa Bożego, a dopiero później ewentualnie potrzeby materialne – opowiada biskup. Taka perspektywa jest zupełnie niezrozumiała dla nas, ludzi Zachodu. My mamy w oczach mamonę, ona nas ustawia. I tak samo spoglądamy na innych. Przekonani, że najpierw chleb, a potem dopiero duchowość, sprowadzamy misje do pomocy humanitarnej, a nie do głoszenia Jezusa Chrystusa.

 

*

 

Katedrę w Chartumie zbudowali Austriacy. Piaskowy budynek budzi nostalgię za czasami kolonialnymi. Świata, który go zbudował, już nie ma. Łacińskie, europejskie misje powoli wymierają. Misyjnych Kościołów, które wysyłały dziesiątki tysięcy misjonarzy, już nie ma. Holandia, Austria, nawet Hiszpania – same już potrzebują misji, a nie mogą misjonować innych. Tam, skąd wyjeżdżali misjonarze, teraz trzeba ich wysyłać. Część zgromadzeń zakonnych za późno się zorientowało, że trzeba otwierać się na nowe, już afrykańskie powołania. Świetnie widać to u Ojców Białych, gdzie powstała pokoleniowa wyrwa. Między starszymi europejskimi ojcami, a ich następcami (trzydziestoletnimi) już z Czarnej Afryki nie ma pokolenia średniego. Wyrwała je rewolucja obyczajowa na Zachodzie i upadek Kościoła. Tam, skąd kiedyś wysyłano misjonarzy, teraz trzeba wysyłać innych. A swoją drogą ciekawe, jak będą wyglądać misyjne placówki Afrykańczyków w Europie? I jak będzie się u nas zmieniać nasze przeżywanie wiary, gdy naszymi proboszczami staną się misjonarze z Afryki czy Azji?

Oglądając katedrę, spoglądając na nią z zewnątrz, trudno oprzeć się wrażeniu, że - choć piękna - to nie do końca oddaje ona ducha Kościoła w Sudanie Północnym. On jest jakoś o wiele mocniej obecny w niewielkich, ubogich kościółkach w obozach dla uchodźców. Kościółkach, gdzie msza daje nadzieję, a ksiądz jest tak samo wygnany i biedny, jak jego parafianie. Tam czuje się życie, nadzieję, moc, a nie tylko ogląda się piękną (tak - piękną) przeszłość. Tam jest przyszłość, a nie nostalgia za przeszłością.

Tradycja nie jest, co trzeba przyznać, najmocniejszą stroną tego Kościoła. Koptowie, Grecy – stopniowo wymierają (albo wyemigrowują), choć to oni byli siłą tutejszego chrześcijaństwa. Moc mają katolicy (dzięki nowej, dynamicznej ewangelizacji) czy protestanci (tutejszy anglikanizm niewiele ma wspólnego ze zliberalizowaną wersją tego wyznania z Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych). Są konwertyci, ale nie można o nich mówić głośno… Oni sami zazwyczaj uciekają z Sudanu. Wszystko to pokazuje, że dynamit, moc jest w Ewangelii, a nie w europejskich tradycjach.

 

*

 

Byliśmy na modlitwie za zmarłego wujka Augusto, naszego kierowcy i ochroniarza kard. Gabriela Wako. Barczysty, silny mężczyzna, ze sporym (hmm, przyganiał kocioł garnkowi) brzuchem trzymał na rękach chłopaka. Dzieciak miał może trochę ponad rok, czyli tylko nieco mniej niż mój Mikołaj.

- Ile ma lat? – spytałem, żeby potwierdzić swoje obserwacje. I okazało się, że się nie mylę. Miał cztery miesiące mniej niż mój syn. I żeby było ciekawiej żona Augusto też była w ciąży, jak moja Małgosia, tyle że w trzecim, a nie siódmym miesiącu. Był wyraźnie dumny mówiąc o dzieciach i żonie. I pomyślałem sobie, że duma z bycia ojcem jest ponadkulturowa. To samo musiał odczuwać niegdyś Abraham, gdy i jemu rodził się syn.

 

*

 

Islamizacja jest tu zaplanowana. Nie mówi się tego zupełnie wprost, ale wiadomo, że łatwiej być muzułmaninem. Łatwiej się na to łapią bogaci, dobrze wykształceni, prawnicy czy lekarze. Biedni są wierni Chrystusowi. Są wierni, bo wiara jest wszystkim, co mają. „Błogosławieni ubodzy…”

Ojciec Santino, sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Sudanu, to młody, dynamiczny mężczyzna. Na wojnie stracił ojca, matkę i rodzeństwo. Stąd wszystkie nadzieje łączy z referendum i z separacją. Ona ma być przepustką do lepszego świata, do normalnego życia, do końca stałej dyskryminacji. Ale te nadzieje nie są naiwne. – Północni Sudańczycy zrobią wszystko, by do podziału nie doszło, by referendum było nieważne – mówi nam przy kolacji.

Jednak jego zdaniem spór, jaki dzieli Sudan, nie jest wprost religijny. Tu nie chodzi o spór między islamem a chrześcijaństwem, ale o zwyczajny rasizm. W Sudanie Północnym Arabowie są po prostu wyższą kastą ludzi, za nimi są dopiero pozostali muzułmanie, którzy już są obywatelami drugiej klasy. A na końcu są chrześcijanie, bowiem oni mają nieodpowiedni nie tylko kolor skóry, ale i wyznanie. Słowem istotą sporu jest rasizm, a nie religia.

Inna sprawa, że jeśli wczytać się w historię islamu, to zawsze istotną rolę w jego propagowaniu odgrywała arabskość. Tu nie ma mowy o pełnej inkulturacji. Koran jest Koranem tylko po arabsku, modlitwa może być odmawiana tylko w tym języku, a Arabowie są zawsze nieco lepsi. Warto pamiętać, że najważniejszy spór religijny, czyli spór między szyitami a sunnitami, był tyleż sporem o to, kto jest kalifem, ile o to, czy nie-Arabowie mają mieć takie same prawa religijne i społeczne, jak Arabowie. W pierwszych latach rozwoju islamu nawet jeśli ktoś konwertował, to i tak płacił wyższe podatki, niż Arab. I coś z tego zostało, ale nieczęsto się o tym zabarwionym religijnie rasizmie mówi w Europie.

 

*

 

Kobiety, choć niemal zawsze w chustach, a niekiedy w czarnych płaszczach, mają tu w sobie o wiele więcej erotyzmu niż w rozebranej Europie. Sposób poruszania się, kolor, który wnoszą na pustynnych ulicach, spojrzenie czyni je zmysłowymi, tajemniczymi. Bez porównania bardziej zmysłowymi, niż rozebrane Europejki.

 

*

 

Wojna w Sudanie (ciągnąca się z przerwami od lat 60.) to, jak to zwykle bywa w Afryce – realna wina Europejczyków (a w tym konkretnym przypadku Brytyjczyków). To oni połączyli dwie zupełnie różne prowincje: afrykańską – w znacznej mierze chrześcijańską i arabską (paradoksalnie, kiedy w Sudanie rządzili, dbali o to, by je od siebie separować) w jedną całość. I choć sami bronili praw czarnych, to odchodząc całą władzę powierzyli Arabom.

Drugim winnym jest arabski rasizm, a trzecim ideologia świętej wojny. To ten pierwszy element sprawił, że Arabowie przez cały czas istnienia Sudanu dyskryminowali społeczności nie-arabskie, a w 1983 roku wprowadzili obowiązkowy szariat dla wszystkich. „Rasa i religia zawsze determinowały dostęp do władzy politycznej i możliwości ekonomiczne w Sudanie” – napisał Femi Awoniy w „The African Courier” (XII/I 2010/2011).

Niechęć do dyskryminacji nie oznacza wcale, że wierzę w słowa o natychmiastowym stworzeniu na Południu „państwa dla wszystkich”, w marzenia o utopijnym (w kontekście afrykańskim) państwie bez podziałów i barier etnicznych, „państwa, w którym wszyscy obywatele będą mieli równe prawa, niezależnie od swojego wyznania, pochodzenia etnicznego czy innych tożsamości” (cyt. za: Francis Nezzaid, tamże). A nie wierzę w to, bowiem na razie Południe jest zjednoczone sprzeciwem wobec Północy, ale trzeba pamiętać, że ono też jest mocno podzielone, choćby plemiennie. I te podziały odezwą się, gdy zniknie główny wróg. Tak jest zawsze w Afryce.

Mimo to trzeba popierać właśnie Południe, bo opiera się ono islamizacji. A poparcie to trzeba mu ofiarować mimo pełnej świadomości afrykańskiej tożsamości. Jest nam ona bowiem bliższa niż tożsamość arabska czy muzułmańska.

 

*

 

Wizyta w Afryce budzi tęsknotę za jedną, w tym samym języku, liturgią. A jednocześnie rozwiewa nadzieję na powrót jednej liturgii. Temperament Afrykańczyków wyraźnie nie mieści się w Kanonie, on go przekracza, rozrywa. To samo trzeba powiedzieć o prawie kanonicznym. Gdyby je tu ściśle przestrzegać, to – hmm – byłyby poważne kłopoty. Księża stąd nie znają też łaciny, która ich zwyczajnie nie obchodzi. Wiara, że ten proces afrykanizacji da się zatrzymać, jest naiwna. To zwyczajnie, dzięki Bogu, niemożliwe. Niemożliwe, bowiem oni już idą w nowym kierunku. Tak jak Normanowie czy - szerzej - barbarzyńcy w Europie w czasie wczesnego średniowiecza szli w innym kierunku niż chrześcijanie z Bliskiego Wschodu. W ten sposób powstały nasze Kościoły, a teraz w podobny sposób powstaje ich nowe, afrykańskie chrześcijaństwo. I trzeba sobie jasno powiedzieć, że to oni mają przyszłość.

Oczywiście, jeśli Pan historii nie przyjdzie ponownie. Może jednak karą za gigantyczne odstępstwo naszej cywilizacji będzie tylko jej koniec, a nie koniec całego świata!

Tomasz P. Terlikowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »