- Historia Terri Schiavo jest przełomowa z punktu widzenia zarówno medycznego, jak i prawnego. Postawiła pytanie, kiedy lekarz może pozwolić umrzeć swoim pacjentom, a kiedy sami chorzy nie mogą o tym decydować, kto za nich może taką decyzję podjąć? Co z kolei mają zrobić lekarze, kiedy zauważą, że osoby mające decydować w imieniu pacjenta nie działają w jego najlepszym interesie? Czy sztuczne metody odżywiania, czy nawadniania są terapią czy też podstawową opieką, tak jak utrzymanie higieny czy zmiana pościeli? - mówi "Rzeczpospolitej" Profesor Paul S. Mueller z Mayo Clinic w Rochester w stanie Minnesota w USA.

Według niego, historie Terri Schiavo i Eluany Englaro są głośne z jednego powodu: przedstawiciele rodziny powiedzieli "dość" sztucznemu podtrzymywaniu życia. - Sto lat temu w ogóle nie było pacjentów w stanie wegetatywnym, ponieważ nie mieli żadnych szans na przeżycie. Obecnie w całych Stanach Zjednoczonych są tysiące ludzi w stanie wegetatywnym, podobnym do tego, w jakim była Terri Schiavo. Żyją tylko dzięki procedurze sztucznego podtrzymywania przy życiu.

Według Muellera, usunięcie rurki sztucznego odżywiania nie jest równoznaczne z eutanazją. - Przerywamy leczenie, skoro pacjent dłużej już go nie chce. Natomiast w przypadku eutanazji świadomą intencją jest decydowanie o życiu pacjenta. Aby dokonać eutanazji, trzeba podać choremu jakiś środek medyczny. Jeśli przerywamy dializę, czy odłączamy respirator lub zaprzestajemy sztucznego karmienia, naszym świadomym działaniem jest zaprzestanie uporczywego leczenia, które często jest szalenie uciążliwe i bolesne. Człowiek umiera z powodu niewydolności nerek czy trudności z oddychaniem. Pomiędzy takim działaniem a eutanazją jest olbrzymia różnica - twierdzi przedstawiciel American College of Physicians, organizacji zrzeszającej amerykańskich lekarzy internistów.

Czy amerykańskiemu lekarzowi trzeba tłumaczyć związek pomiędzy czynem, który bezpośrednio prowadzi do śmierci, a odpowiedzialnością za nią?

 

JaLu/Rz

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »