W 2010 roku Stallone zaskoczył wszystkich swoim filmem „Niezniszczalni”, w którym obsadził takie legendy kina lat 80-tych jak Dolph Lundgren, Jason Roberts, powracający do wielkiej formy Mickey Rourke czy (w epizodach) Arnold Schwarzenegger oraz Bruce Willis. Film o grupie komandosów, którzy jadą zrobić porządek w Ameryce Południowej okazał się wielkim hitem na całym świecie ( 275 milionów dolarów wpływów) i pokazał, że publiczność nie zapomniała o swoich idolach z młodości. Teraz Sly, który z powodzeniem wskrzesił Johna Rambo i Rockiego Balboa sięgnął po inne zapomniane gwiazdy kina lat 80-tych. Oglądając trailer „Niezniszczalnych 2” można być pewnym, że będziemy mieli do czynienia z męską rozrywką w najlepszym tego słowa znaczeniu. Na jednym ekranie tłuc się ze sobą będzie Chuck Norris, Stallone i Van Damme. Spodziewaliście się tego „dzieciaki lat 90-tych”?
Zaznaczam, że wszyscy „prawdziwy katole”, którzy brzydzą się popkulturą i nie kumający klimatów lat 90-tych lamusy nie powinni dalej czytać tego tekstu. Jest to bowiem mój manifest „dzieciaka lat 90-tych”, który przesiąkł tanią popkulturą i kinem klasy B, którego, o zgrozo!, wcale się nie wstydzi. Wspominałem już o tym na www.portalfilmowy.pl, jednak teraz dzięki powrotowi podstarzałych idoli z karabinami zrobię to po raz kolejny, bowiem przyznaje się bez bicia, że ja, miłośnik Scorsese, Jarmusha, Tarantino czy braci Coen, naprawdę czekam na sieczkę Sly’a, która pozwoli zapomnieć mi o wyżelowanych bohaterach kina akcji XXI wieku. Jestem pewien, że wielu miłośników ambitnego kina również pobiegnie do kin. Nie zrobimy tego tylko po to by wziąć udział w odmóżdżonej, męskiej rozrywce. Pójdziemy tam by poczuć nasze lata dzieciństwa, obfitujące w zniszczone kopie takich filmów jak "Krwawy Sport", "Czerwona Gorączka" czy "Nico", które braliśmy z wypożyczalni kaset video, znajdujących się na każdym rogu ulicy.
Lata 90. to zalew naszych umysłów przez specyficzne amerykańskie kino lat 80. Kto z dzieciaków tej dziwnej dekady nie podniecał się kopniakami belgijskiego karateki, łamaniem rąk przez gościa z kucykiem czy ciemnymi okularami gliny-makaroniarza? Ja do dziś nie potrafię przełączyć Polsatu jak leci uzbrojony po zęby Sly czy naparzający się w wietnamskiej dżungli duet Lundgren z Van Dammem. Niestety większość z magików kina lat 90., dziś stała się częścią podrzędnej rozrywki dla półgłówków. Skąd to wiem? Tak się składa, że muszę dbać o zdrowie na siłowni. Z uwagi na to, że jestem mizantropem, kupiłem sobie bieżnie i ustawiłem w piwnicy. Jednak gapienie się podczas biegu na pustą ścianę, uważam za pierwszy krok do zamieszkania tam, gdzie skończył swój żywot Randel McMurphy. Postanowiłem więc postawić naprzeciwko siebie telewizor z dvd (zrobiłeś sobie w domu coś, za co warszawka płaci bajońskie sumy w klubach fitness - powiedział mi kupel ze stolicy).
Zauważyłem, że najwięcej kilometrów przebiegam, oglądając takie perełki jak "Szukając Sprawiedliwości", "Lwie Serce" czy "Cobra". Dzięki temu przypomniałem sobie całą antologię "Rockiego", trylogię "Rambo", czy dwa "czerwonookładkowe" znakomite filmy ze szczupłym Seagalem. Jednak po ponownym kontakcie z dawną kochanką, wziąłem się za współczesne "działa" idoli mojego dzieciństwa. I było to doświadczenie traumatyczne. Steven Seagal ze zwinnego mistrza aikido zmienił się w tłustego brzydala, który albo strzela (po co komu Seagal z giwerą?!) albo w najlepszym razie kreci sceny w stylu filmów Bartkowiaka by zamaskować swoją powolność. Na dodatek wszystkie filmy z Seagalem (za wyjątkiem "Maczety" rzecz jasna) są tanimi produktami, trafiającymi wprost na rynek DVD. Widać to na ekranie. To samo dotyczy wypocin (dosłownie) Jean-Claude Van Damme’a, który bez ładu i składu miota się po ekranie, starając się nawiązać do tego co robił w "Podwójnym uderzeniu". Najgorsze jest to, że obaj panowie wydają się naśladować nowych bohaterów kina akcji, zamiast być dla nich światłem. Inną drogą poszedł Sly (choć porównywanie go do wymienionych panów jest nie na miejscu bo jest on naprawdę dobrym reżyserem, utalentowanym scenarzystą i przyzwoitym aktorem, co dowiódł w "Cop Land"), który postanowił bez kompleksów wskrzesić uwielbiany przez facetów gatunek filmowy. Mam nadzieję więc, że druga część jego "Niezniszczalnych" będzie równie smakowita jak pierwsza i, zgodnie z prawidłami kultowych filmów, zrobi on trylogię. Może dzięki temu przestanie się dąsać Seagal i przyjmie rolę, która spowoduje, że kino zapamięta go jako harcorowego zabijakę, a nie tłustego gliniarza z telewizyjnego reality show. Liczę więc na moich bohaterów z lat dzieciństwa i to nie tylko dlatego, że muszę stracić parę kilo. Liczę na nich bo wciąż jestem dzieciakiem lat 90.
Łukasz Adamski

