Dziś Dzień Zaduszny. Uroczystość niezwykle nasycona refleksją i zadumą. Pamięcią o tych wszystkich, którzy odeszli. Często pamięcią bardzo bolesną. Ale w popkulturze naszej powszedniej nie ma miejsca na takie „nudziarstwa”. Trzeba się bawić, śmiać, tańczyć i jeść. A na tym można przecież zarobić, więc każda okazja jest dobra, zwłaszcza jeśli pieniądz niemal leży na chodniku. Chodniku cmentarnym, gwoli ścisłości.

 

1 listopada. Droga na cmentarz na warszawskim Bródnie. W alejkach porozkładani nie tylko handlarze zniczami i nagrobnymi wiązankami. Idąc na mogiły bliskich można było zaopatrzyć się w kolorowe baloniki, zabawki dla dzieci (jeszcze jakieś po-halloweenowe pozostałości) a nawet bluzki czy czapki. Ot, gdyby komuś się zimno zrobiło.

 

O brzuch cmentarni kupcy również zadbali. Gofry, zapiekanki, kiełbaski a nawet pieczone kasztany! Rozumiem, że prócz zbijania kokosów na zniczach i wieńcach, trudno wymyślić jakieś gadżety odpowiednie do uroczystości Wszystkich Świętych. A, że każde takie typowo polskie święto to dobra okazja do zarobku, to sprzedać coś trzeba. 

 

Można jedzenie, bo Polak świętujący, to Polak jedzący. Już nieważne, że taki człowiek przemyka pomiędzy cmentarnymi alejkami z kiełbasą w ręku. Nieważne, że cały ten listopadowy klimat bardziej przypomina atmosferę wesołego odpustu czy po prostu zwykłego jarmarku. Pierwsze dni listopada do tej pory kojarzyły się z jakąś smutną zadumą. Można to przerobić na kolejną narodową okazję do spotkań za stołem i wielkiej wyżerki. Bo przecież zaduma nad śmiercią jest taka nudna... .

 

Marta Brzezińska