Zmuszona przez własnych wyborców Partia Ludowa zdecydowała się zacząć reformę ustawy aborcyjnej. I dlatego postanowiła przywrócić jej poprzednią formę, wprowadzoną zresztą przez swoich polityków, która pozwalała na zabijanie 120 tysięcy dzieci rocznie (nowa Zapatero pochłaniała tyle samo ofiar, ale ułatwiała proceder zabijania i wymagała mniej zaświadczeń).
Ale i tak łagodna reforma wywołuje sprzeciw tych z „prawicowców”, którzy uważają, że zabijanie najsłabszych jest „prawem ludzkim”. I oni już zaczęli bunt. - Rząd musi poprawić projekt, a posłowie powinni móc głosować zgodnie z sumieniem, bo partia to nie sekta – oświadczył przywódca prawicy w Kraju Basków Borja Sémper, który domaga się „przywrócenia równowagi między prawem kobiety do decydowania o swoim życiu oraz obroną życia płodu”.
Inna aborcjonistka Cristina Cifuentes z prawicowego rządu prowincji Madrytu jest bardziej stanowcza: - Wolę obecne prawo, chociaż można je nieco zreformować – oznajmiła. Nowy projekt nie podoba się także prawicowej wiceprzewodniczącej parlamentu Celii Villalobos. - Moja opinia jest znana, ale na razie nie chcę się wypowiadać – oświadczyła.
I niestety taka postawa rzekomej hiszpańskiej prawicy nie zaskakuje. Partia Ludowa w znaczącej części od dawna nie ma nic wspólnego z konserwatyzmem czy chrześcijaństwem, a jest tylko słabszą, bardziej rozwodnioną wersją lewactwa, które jest charakterystyczne dla PSOE.
TPT/Wyborcza.pl
