Beatę G. operowano w 2000 r. w jednym z warszawskich szpitali z powodu dolegliwości urologicznych. 40-letnia wtedy kobieta podpisała ogólną zgodę na zabieg - nie wytłumaczono jej, co konkretnie lekarze zrobią i jakie będą tego skutki. Jednak po operacji dolegliwości nie ustąpiły.

 

Kiedy w 2005 r. leżała w innym szpitalu, od lekarzy dowiedziała się, że ma podwiązane jajowody. To zabieg odwracalny, ale co najwyżej u co trzydziestej pacjentki. Beata G. została więc praktycznie pozbawiona możliwości zajścia w ciążę. Wcześniej jedno jej dziecko zmarło, a drugie poroniła.



Beata G. pozwała szpital o odszkodowanie. Żądała 120 tys. zł za nieodwracalną szkodę i cierpienie. Szpital tłumaczył się, że metoda leczenia, którą zastosował, rutynowo przewidywała podwiązanie jajowodów, więc nie był to błąd w sztuce. Nie wytłumaczył jednak, dlaczego nie poinformowano o tym pacjentki przed operacją. Beata G. twierdziła, że gdyby ktoś uprzedził ją, że zastosowanie tej metody oznacza sterylizację, nie zgodziłaby się, bo chciała jeszcze mieć dziecko.



Sąd przyznał jej jedną trzecią żądanego odszkodowania. Argumentował, że Beata G. i tak nie powinna była już zachodzić w ciążę w związku z chorobą urologiczną i poprzednim poronieniem. Beata G. odwołała się od wysokości odszkodowania, ale to nic nie dało. Więc poskarżyła się do Strasburga na naruszenie jej prawa do kształtowania życia prywatnego i rodzinnego oraz prawa do sądu - bo sąd nie dopuścił dowodów wskazujących na oczywistą winę lekarzy.

 

TPT/Wyborcza.pl