Bajka Czuchnowskiego w „GW” opowiada o tym, co by było, gdyby Tu 154 nie wylądował w Smoleńsku, ale został odesłany na lotnisko zapasowe. „Dziennikarz” „Gazety Wyborczej” – za pomocą dość żenującej ironii – sugeruje, że wybuchłaby afera, a Antoni Macierewicz ogłosiłby raport, z którego wynikałoby, że za zakazem lądowania w Smoleńsku stoi spisek Putina i Tuska.
„1. Prowokację zaplanowano we wrześniu 2009 r. Podczas spotkania w Sopocie prezydent Rosji Władymir Putin ustalił plan z premierem RP Donaldem Tuskiem: 7 kwietnia 2010 r. razem pojadą do Katynia. Nie wezmą prezydenta, który poleci tam 3 dni później. Nie wyląduje, bo lotnisko będzie zamknięte. Plan zabezpieczy polsko-rosyjski zespół powołany z grona najbardziej zaufanych funkcjonariuszy ABW i rosyjskiej służby wywiadu zagranicznego SWR. (…)
2. Dla stworzenia pozorów złej pogody rosyjskie służby specjalne dostarczyły na lotnisko maszynę do wytwarzania sztucznej mgły, TC-65. Ulokowano ją w parowie niedaleko pasa startowego. (…)”
Dalej nie brakuje prób ironicznego zdyskredytowania (oczywiście z lekkością czołgu) informacji „Rzeczpospolitej” o współpracy Tomasza Turowskiego ze służbami czy ustaleń pozostałych mediów, które przeczą powtarzanej przez Czuchnowskiego tezie, że jedynymi winnymi są polscy piloci. Obrywa się nawet IPN-owi (swoją drogą Czuchnowski jest wytrwałym krytykiem tej instytucji). „Załoga tupolewa dostosowała się do poleceń z wieży, odmówiła wykonania polecenia zwierzchnika sił zbrojnych i dowódcy wojsk lotniczych, który był na pokładzie. To nie pierwszy taki przypadek. Już jesienią 2008 r. kapitan samolotu prezydenckiego nie wypełnił rozkazu prezydenta lądowania w Tbilisi. Drugim pilotem był wtedy oficer dowodzący samolotem lecącym do Smoleńska. Ponieważ jego kolega za przeciwstawnie się Głowie Państwa dostał od rządu medal i podwyżkę, też liczył na nagrodę. IPN bada przeszłość obu pilotów. Wyników prac historyków Instytutu jeszcze nie ogłoszono, ale według «Gazety Polskiej», wiele wskazuje na ich głębokie powiązania z komunistycznymi służbami specjalnymi. Z kolei «Rzeczpospolita» ustaliła, że obecny na lotnisku polski ambasador z Moskwy, był wieloletnim współpracownikiem komunistycznego wywiadu. Jego zadaniem było najprawdopodobniej pilnowanie odpowiedniego przebiegu prowokacji smoleńskiej. - W tego rodzaju operacjach tacy ludzie tworzą tzw. drugą linię. Kiedy nie wypala główny plan przystępują do realizacji planu zapasowego. Należałoby sprawdzić na czym ten plan B miał polegać – powiedział «Rz» prof. Andrzej Zybertowicz, wybitny znawca służb specjalnych”.
Słowem boki można zrywać. Aż brzuch boli ze śmiechu. Ale nie poddawajmy się temu nastrojowi, bowiem tekst jest absolutnie na poważnie. Ma on wykazać, że ogarnięci manią spisku uwierzą w każdą bzdurę. A wyraźną sugestią jest tu jedno z pierwszych zdań tekstu. „Gazeta ujawnia: za decyzją zakazującą 10 kwietnia 2010 r. lądowania w Smoleńsku samolotu prezydenta Lecha Kaczyńskiego stały rosyjskie służby specjalne i współpracujący z nimi urzędnicy rządu PO. To oczywiście polityczna fikcja, ale czy tak nie mogło być?” – pyta dramatycznie Czuchnowski. Cóż, może i mogło, ale zadaniem dziennikarza jest opisywanie tego, co się wydarzyło, a nie tego, co zrodziło się w jego głowie.
Inna sprawa, że Czuchnowski od dawna specjalizuje się w przedstawianiu płodów własnej fantazji, a nie faktów. Przypomnijmy, że to właśnie Czuchnowski przedstawił listę katalogową IPN jako „listę agentów” (doprowadzając do zwolnienia z pracy Bronisława Wildsteina), to on wielokrotnie pomawiał szefów MDI (Piotra Bazylko, Rafała Kasprówa, Piotra Wysockiego) o posługiwanie się szantażem, za co później wielokrotnie przepraszał. To on wreszcie prowadzi kampanię przeciwko dziennikarzom, których wyrzucono teraz z TVP, także posługując się kłamstwami.
Jego najnowszy tekst jest więc tylko potwierdzeniem długiej drogi artystycznej Czuchnowskiego. I ostatecznym comming outem, pokazującym, że fakty nie mają znaczenia, gdy chodzi o sprawy drogie szefostwu!
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

