Tekst „Kościół robi sobie gębę” mógłby wejść do podręczników tego, jak nie należy pisać tekstów. Jan Turnau wygodnie ustawia sobie przeciwników, uznając, że Kościół dzieli się według prostego schematu: ci, którzy widzą jakieś braki i chcą coś zmienić, i ci, którzy uważają, że jest świetnie (chciałbym, żeby publicysta „GW” wskazał choć jednego duchownego czy publicystę, który mówi, że jest świetnie i nie ma nic do zrobienia) czy uznaje ks. Natanka za wroga Kościoła, bowiem... opowiada on o Szatanie (ciekawe, czy według Turnaua, ostrzeżenie przed działalnością Złego jest szkodnictwem).
Ale największe wrażenie zrobił na mnie fragment poświęcony aborcji. „Odróżniam oczywiście problem prawny aborcji od moralnego, podobnie jak Andrzej Wielowieyski uważam, że trzeba kobietę namawiać, nie zmuszać, ale nie sądzę, by zarodek był kupką komórek - a jeśli nawet, to jednak ludzkich. To nie osoba, owszem, jednak biologicznie człowiek. Dramat aborcji polega na tym, że w grę wchodzą dwie wartości, nie jedna. W tym rzecz wszelako, że właśnie dwie. Trzeba między nimi wybierać i nigdy nie jest to wybór oczywisty. Kobieta nie jest po prostu panią swojego brzucha. Powiedzmy sobie jasno: może i wszyscy jesteśmy przeciw aborcji, ale ów sprzeciw bywa różnej wielkości. Ale żeby było to też jasne - nikogo nie zmuszam moralnie do heroizmu. W ogóle zresztą jako mężczyzna powinienem siedzieć cicho” - oznajmia Turnau. I co zdanie, to bzdura (bo obawiam się, że nie dowcip).
Zacznijmy zatem od początku. Turnau uważa, że aborcja jest zła, ale nie należy kobiety zmuszać do urodzenia dziecka, a namawiać, bowiem nikogo nie zmusza do heroizmu. I już w tym miejscu można odnieść wrażenie, że Turnau nie wie, co pisze. Jeśli bowiem nie zabicie kogoś jest heroizmem, to nie wolno było zmuszać norweskiego zabójcy, by powstrzymał się od masowego mordu na dzieciach z socjalistycznego obozu. Jakiś inny, norweski Turnau mógłby spokojnie napisać, że nie jest zwolennikiem masowych zabójstwo, ale... uważa, że do nie zabijania trzeba namawiać, ale nie wolno go zakazywać, bowiem nikogo nie wolno zmusić do moralnego heroizmu.
Najlepszy dowcip jest jednak na końcu. Otóż publicysta „GW” oznajmia, że jako mężczyzna powinien siedzieć cicho. A ja chciałem się zapytać dlaczego” Czy Jan Turnau zna jakikolwiek przypadek zajścia w ciąże przez kobietę bez mężczyzny? Czy zna dziecko, które nie ma ojca? Czy słyszał kiedyś o zapyleniu kobiety czy o ciąży bez mężczyzny? Ja nie. Ale może wynika to z tego, że uczyłem się pilnie biologii, czego najwyraźniej nie robił Jan Turnau, który uznaje, że kobiety zachodzą w ciążę bez udziału mężczyzny, którzy w związku z tym powinni milczeć w tej sprawie. A to już go całkowicie kompromituje. Dlatego proszę kolegów i koleżanki z „Gazety Wyborczej”, by zrzucili się na korki z biologii dla Jana Turnaua. Bez nich on nadal będzie tkwił w mrokach niewiedzy i uważał, że kobiety w ciąże zachodzą same.
Kolegów katolików otwartych błagam zaś o korki z katechezy dla publicysty religijnego „GW”. Z jego tekstu wynika bowiem, że uznaje on, że kazania o Szatanie szkodzą Kościołowi..., i można za nie suspendować. Ale gdyby tak było to, co zrobić z autorami Katechizmu Kościoła Katolickiego, którzy także o Szatanie piszą?

