Wczoraj rano u zbiegu ulic Kłopotowskiego i Targowej w Warszawie na oblodzonym chodniku poślizgnął się mężczyzna i najprawdopodobniej uderzył o chodnik głową. 38-latek zmarł na miejscu. Mieszkańcy wskazują, że chodnik nie był niczym posypany.
Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga prokurator Katarzyna Skrzeczkowska przekazała portalowi tvp.info, że wszczęto śledztwo ws. śmierci mężczyzny. Wykonana zostanie sekcja zwłok. Prokuratura zwraca uwagę na zeznania świadków, którzy twierdzą, że od mężczyzny wyczuwalna była woń alkoholu.
Prokurator Skrzeczkowska przekazała, że za niezabezpieczony fragment chodnika odpowiada wynajęta przez wspólnotę mieszkaniową prywatna firma.
Wirtualnej Polsce wywiadu udzieliła babcia zmarłego mężczyzny, którą ten się opiekował.
- „Co ja teraz zrobię? Moja córka (matka zmarłego) nie żyje. Zięć też nie. Radek to był taki dobry chłopak. Opiekował się mną. Sprzątał, robił zakupy. Nie wiem, co teraz będzie”
- mówi 84-letnia pani Anna.
- „Tego poranka Radek poszedł po chleb. Jeszcze rozmawialiśmy o tej szklance, która była na chodniku. Mówił: babciu, żeby tobie nie przyszło do głowy, żeby gdzieś wychodzić. Kiedy długo nie wracał, zaczęłam się martwić. Nagle zadzwonił jeden z moich synów. Powiedział, że zaraz do mnie przyjedzie. Jak przyjechał, dowiedziałam się o tragedii, która rozegrała się prawie pod naszymi oknami”
- dodaje.
Kobieta przyznaje, że jest wściekła, ponieważ jej wnuk mógłby żyć, gdyby ktoś posypał chodnik.
- „Nie chcę zemsty, ale ktoś musi za to odpowiedzieć. Człowiek na własnym podwórku nie może czuć się bezpiecznie. Co robi administracja? Przecież ich obowiązkiem jest dbać o chodnik. Ja płacę co miesiąc 1,2 tys. zł czynszu. Na co to idzie?”
- pyta.
