Polacy potrzebowali wczoraj w Warszawie zaledwie pół godziny, by rozbić Ukrainę 3:0. Tę samą Ukrainę, która zaledwie pięć dni wcześniej dzielnie stawiła czoła w Norymberdze faworyzowanym gospodarzom zbliżającego się Euro ’24 – Niemcom, bezbramkowo remisując.
Biało-Czerwoni zdominowali wczoraj rywali również dzięki znakomicie wykonywanym stałym fragmentom gry.
I to właśnie wskutek zamieszania pod ukraińską bramką po rzucie różnym prowadzenie dla Polaków uzyskał obrońca włoskiego Empoli Sebastian Walukiewicz w 11 minucie meczu.
Zaledwie 5 minut później wynik na 2:0 podwyższył grający tego dnia, pod nieobecność w wyjściowym składzie Roberta Lewandowskiego, z kapitańską opaską na ramieniu – Piotr Zieliński.
Po pół godzinie gry było już 3:0, kiedy to urodzony w ukraińskim Kowlu Taras Romanczuk uzyskał swojego pierwszego gola w barwach polskiej reprezentacji przeciwko krajowi, w którym się wychował i rozpoczynał piłkarską karierę.
Ukraińcy odpowiedzieli zaledwie raz, gdy na 4 minuty przed końcem pierwszej połowy, honorowe trafienie dla swojej drużyny uzyskał najlepszy strzelec hiszpańskiej ligi w minionym sezonie – Atrem Dowbyk.
Świetnie w polskiej bramce spisywał się przez całe spotkanie będący nominalnie zmiennikiem Wojciecha Szczęsnego - golkiper włoskiej Bolonii Łukasz Skorupski.
Polacy zagrali naprawdę dobre spotkanie, byli zespołem wyraźnie lepszym na tle mocnej przecież Ukrainy i sprawili, że z optymizmem i nadziejami możemy czekać na start turnieju.
Choć nastroje w polskiej ekipie oraz pośród kibiców Biało-Czerwonych byłyby z pewnością jeszcze lepsze, gdyby nie osobisty dramat Arkadiusza Milika. Napastnik Juventusu Turyn, który również z poprzedniego turnieju Euro wypadł z powodu kontuzji, wskutek urazu doznanego wczoraj już na początku meczu z Ukrainą nie pojedzie na Mistrzostwa Europy do Niemiec.
RAZ!
— TVP SPORT (@sport_tvppl) June 8, 2024
DWA!
TRZY!
I jedna dla rywali...
Tak wyglądał mecz z Ukrainą przed EURO 2024! 😎 pic.twitter.com/EaXDrJ7j9o
