Informacja o tym, że Prigożyn zgodził się na powstrzymanie puczu i zawrócenie swoich oddziałów, które znajdowały się zaledwie 200 km od Moskwy, została przekazana do mediów przez stronę białoruską. Chwilę po przekazaniu jej przez Reutersa, została ona skomentowana przez samego szefa wagnerowców, który potwierdził zawrócenie swoich konwojów do baz, aby "uniknąć rozlewu krwi".

Białoruś podała, że Łukaszenka w porozumieniu z Władimirem Putinem odbył w sobotę rozmowę z Prigożynem, a kancelaria białoruskiego satrapy przekazała, że „Prigożyn zgodził się zatrzymać przemarsz najemników Grupy Wagnera przez terytorium Rosji”.

Po komunikacie z Białorusi Prigożyn w nagraniu na Telegramie potwierdził deeskalację.

- Żeby uniknąć rozlewu krwi, zawracamy nasze konwoje do baz – powiedział szef wagnerowców.

W oświadczeniu audio upublicznionym przed godz. 20 Prigożyn oznajmił, że „Grupa Wagnera dotarła na odległość 200 km od Moskwy i w tym czasie „nie przelała ani jednej kropli krwi swych żołnierzy”.

Cała sytuacja jest o tyle niejasna, że – jak oceniają eksperci – Kreml po działaniach rosyjskich partyzantów walczących po stronie Ukrainy mógł chcieć wykorzystać najemników Wagnera do sprawdzenia, czy Putinowi nie zagraża wojna domowa. Po drugie mogła to być próba sprowokowania wojsk ukraińskich do nieprzemyślanego kontrataku i w efekcie do poniesienia znaczących strat.