Mimo tych wyrazów hołdu dla panoszącej się ideologii gender, Światowa Rada Bokserska jednak zauważa, że „sport walki powinien odbywać się między dwoma równo dopasowanymi zawodnikami. W chwili obecnej nie ma konsensusu co do tego, czy pojedynek między transpłciową kobietą a cispłciową (biologiczną) kobietą jest uczciwym pojedynkiem pomiędzy dwiema równo dopasowanymi zawodniczkami”.
Rada stwierdza w swoim oświadczeniu, że takiej uczciwej walki nie gwarantuje m.in. nieadekwatny poziom testosteronu, jaki osiąga się u tzw. „transpłciowych kobiet” z pomocą medykamentów. Zwraca także uwagę na to, że taka „zawodniczka” zaczyna swoją karierę już przeszedłszy fazę dojrzewania, co „obdarza ją muskulaturą i strukturą kostną mężczyzny”. Oznacza to zatem, że „walcząca transpłciowa kobieta może mieć nieuczciwą przewagę nad jej cispłciową żeńską zawodniczką”.
Podkreślając, że walka bokserów powinna być wyrównana, jednocześnie zaznacza się w oświadczeniu, że „sporty walki, takie jak boks, są wyjątkowe, gdyż każdy cios zadany w głowę jest zadany z zamiarem zwycięstwa poprzez spowodowanie nokautu (który jest niczym innym, jak wywołującym wstrząśnienie mózgu urazem głowy)”. Zatem jest to szczególnie groźne dla kobiet konkurujących z tzw. „kobietami transpłciowymi”, gdyż może to spowodować „zarówno ostre, jak i chroniczne urazy neurologiczne”.
Pomijając całą absurdalną ideologiczną otoczkę i język oświadczenia Światowej Rady Bokserskiej, jest ono stwierdzeniem oczywistego faktu, że mężczyzna pozostanie mężczyzną mimo tzw. „terapii hormonalnej”, zachowując zarówno męską „strukturę kostną, objętość płuc czy rozmiar serca” – jak m.in. potwierdza studium z Nowej Zelandii z roku 2019.
jjf
