Kościół katolicki w Niemczech rozpoczął Drogę Synodalną jesienią 2019 roku. Stawiano sobie bardzo konkretne cele w czterech kluczowych obszarach.

Po pierwsze, chciano doprowadzić do zmian w celibacie, tak, by umożliwić udzielanie sakramentu kapłaństwa żonatym mężczyznom.

Po drugie, zmianie miała ulec rola kobiet – w trzech etapach. Najpierw głoszenie kazań podczas Mszy świętej, później święcenia diakonatu, wreszcie święcenia kapłańskie.

Po trzecie, postulowano głębokie przemodelowanie etyki seksualnej. Akceptowalność antykoncepcji, relacji przedmałżeńskich czy homoseksualizmu to tylko część z pomysłów. Chciano też afirmacji ideologii gender.

Po czwarte i ostatnie, zarząd Kościoła katolickiego miał ulec demokratyzacji. Koniec z samowładzą biskupów, za konieczną uznano faktyczną partycypację świeckich.

Ponad sześć lat później niewiele z tego faktycznie zrealizowano. Celibat i rola kobiet były dyskutowane przez Kościół powszechny na Synodzie Amazońskim. Papież Franciszek nie podjął jednak żadnej nowatorskiej decyzji: choć wydawał się otwarty na zmiany, ostatecznie niemieckie propozycje znalazły się w próżni. Ojciec Święty odłożył je na półkę. Celibat został obowiązkowy, kobiety otrzymały tylko mało istotne posługi, jak akolitat.

Etyka seksualna nie uległa zmianie w istotowym sensie. W 2023 roku Watykan opublikował wprawdzie deklarację „Fiducia supplicans”, która pozwoliła na błogosławienie par tej samej płci, poza kontekstem liturgicznym. Dokument podtrzymuje jednak negatywną ocenę moralną aktywności homoseksualnej. Niemcy chcieli u siebie takich błogosławieństw, ale „Fiducia supplicans” ich rozczarowała – błogosławieństwa, uważają, powinny być oparte na akceptacji sodomii jako takiej. Co więcej już za Leona XIV wydano w Watykanie notę doktrynalną „Una caro”, która poświęcona jest monogamii. Nauczanie Kościoła zakazujące antykoncepcji zostało utrzymane. Postulaty niemieckiej Drogi Synodalnej nie znalazły oddźwięku. O genderyzmie nie ma nawet co mówić: Franciszek pozostał jednoznacznie krytyczny wobec tej ideologii, taki jest też papież Leon XIV.

Wreszcie, demokratyzacja. Niemcy chcieli powołać Radę Synodalną – organ, który de facto zastąpiłby Konferencję Episkopatu Niemiec i powierzył zarząd nad Kościołem wspólnemu organowi biskupów i świeckich. Stworzenie tej Rady zostało zablokowane przez Stolicę Apostolską. Ostatecznie przyjęto nową formułę. Powstaje nie Rada, ale Konferencja Synodalna – o znacznie ograniczonych kompetencjach. Można mówić o „elemencie demokratyzacji” sprawowania władzy w Kościele za Odrą, ale na pewno nie o demokratyzacji sensu stricto.

Czy to oznacza, że cały projekt Drogi Synodalnej poniósł fiasko? Bynajmniej – coś się jednak zmieniło. Nawet jeżeli Niemcy nie przeprowadzili skutecznego eksportu swoich idei poza granice RFN, życie kościelne wewnątrz kraju uległo zmianie.

W sprawie homoseksualizmu część biskupów poszła własną drogą. „Fiducia supplicans” została potraktowana jako punkt wyjścia. Część hierarchów samodzielnie wdrożyła w życie postulaty Drogi Synodalnej – i po prostu uznała homoseksualność za normę. Błogosławieństwa dla takich par w niemieckim wydaniu zaczęły w niektórych diecezjach być de facto ślubami gejowskimi. Ta radykalna zmiana, której Watykan przypatruje się obojętnie, nie byłaby możliwa bez Drogi Synodalnej.

Ponadto na gruncie dyskusji synodalnych przyjęto nową ocenę ideologii gender. Zaczęła być traktowana dość pozytywnie, co znajduje swoje odzwierciedlenie na przykład w kościelnym prawie pracy albo w wytycznych dotyczących szkolnictwa. Niemcy idą w tematyce gender „brukselską”, a nie rzymską ścieżką – a utwierdzili się w tym właśnie na Drodze Synodalnej.

Reformistyczny proces pozwolił im też na częściowe zniwelowanie fatalnej opinii, jaką Kościół ma w niemieckim społeczeństwie. Nawet jeżeli główne postulaty upadły (celibat, kapłaństwo kobiet) – w oczach liberałów Droga Synodalna była przynajmniej szczerą próbą dostosowania życia kościelnego do progresywnych norm społecznych. Na tym biskupom zależało – i to osiągnęli.

Konferencja Synodalna, jako „element demokratyczny”, też nie jest bez znaczenia. To dalekie od pierwotnych założeń, ale jednak całkiem konkretne ciało quasi-decyzyjne. Jest owocem Drogi Synodalnej, to nie ulega najmniejszej wątpliwości.

W sumie jednak – i to trzeba jasno podkreślić – niemiecka Droga Synodalna jest wtórna wobec tego, co dał Kościołowi za Odrą papież Franciszek.

To on w roku 2016 ogłosił „Amoris laetitia”, co pozwoliło udzielać Komunii świętej rozwodnikom w powtórnych związkach – o tym progresiści z Niemiec marzyli od dawna.

To on w roku 2018 pozwolił Niemcom na to, by udzielali Komunii św. niektórym protestantom (później biskupi w niektórych diecezjach jeszcze to rozszerzyli). Bez Franciszka nie byłoby to możliwe na drodze oficjalnej.

To on doprowadził do ogłoszenia „Fiducia supplicans” – tekstu z perspektywy Niemiec słabego, ale stanowiącego jednak punkt wyjścia do nowej oceny homoseksualizmu.

Wreszcie to on wprowadził do Watykanu ideę decentralizacji, która pozwoliła na zbudowanie pewnej „obojętności” na to, co dzieje się w RFN.

Słowem – Franciszek może uchodzić za prawdziwego „ojca” niemieckiej rewolucji. Droga Synodalna dołożyła swoje. Wszystko to sprawia, że Kościół za Odrą, który od lat 60. XX wieku i tak silnie oddalał się od Kościoła powszechnego, jest dziś oddalony jeszcze bardziej. Przypomina raczej dużą wspólnotę protestancką o cechach katolickich niż Kościół katolicki tak, jak my go znamy.

Ciekawe, czy sytuacja za Odrą kiedykolwiek wróci do normy – czy też niemiecka „droga odrębna” (niem. Sonderweg) stanie się już stałym elementem krajobrazu Kościoła katolickiego. Wszystko wskazuje na to, że ziści się raczej ten drugi scenariusz…