Jan Peszek udzielił wywiadu Onetowi, w którym poza swoją działalnością artystyczną, opowiedział też o swoim postrzeganiu dzisiejszej Polski i roli, jaką odgrywa w niej Kościół. Sytuację artystów w naszym kraju porównał do sytuacji ludzi kultury w Rosji.

- „Nie mamy jeszcze takiej sytuacji jak w Rosji, ale jest ona podobna, choć rozgrywana w innych proporcjach — artyści są szykanowani, zastraszani, ich działania są blokowane, część z nich się ukrywa albo wyjeżdża”

- przekonywał.

Ubolewał też nad „polską pruderyjnością”, o którą obwinia Kościół katolicki, a przez którą w Polsce nie dokonała się w pełni rewolucja seksualna.  

- „W Polsce chodzi o wyzwolenie przede wszystkim z kajdan katolicyzmu. Już Witold Gombrowicz pisał o tym, jak funkcjonuje polski katolicyzm. Ta pruderia nas zabija, a my co? Nie widzimy tego? Wolimy wygodnie zatrzasnąć drzwi pamięci po śmierci Piotra Szczęsnego? Po tysiącach gwałconych dzieci? I te banialuki, które ci biskupi bezczelnie opowiadają. Przecież ta arogancja, nieprawdopodobna hucpa i pewność, o których rozmawialiśmy na początku przy okazji Act of Killing, ma wzorce w kuriach biskupich”

- powiedział.

- „Nic nam się nie stanie, a po nas? Po nas popiół. To jest z jednej strony przerażające, a z drugiej trzeba sobie uzmysłowić, że to kościółkowe pokolenie jest już na wymarciu. Jak wymrze, to Kościół się rozsypie i zacznie się proces korozji sprzężenia tych dwóch kolosów — to są prawdziwe bliźniaki — czyli Kościoła i władzy”

- dodał.

To wyzwolenie jest w jego ocenie konieczne, aby móc „żyć fajnie”.