Liturgia zachęca nas, byśmy się dziś (i nie tylko dziś, ale zawsze) cieszyli! Mamy niedzielę „Gaudete”. Czytanie pierwsze mówi: „niech się rozweselą pustynia i spieczona ziemia, niech się raduje step i niech rozkwitnie”, a kolekta zachęca byśmy „przygotowali nasze serca i z radością mogli obchodzić wielką tajemnicę naszego zbawienia”. To piękne zachęty. Ale, ale… Zaraz…
Czy nie jest jakimś nieporozumieniem, albo przynajmniej „zgrzytem”, nakazywanie komuś radości, nawet zachęcanie do niej? Czy ona nie powinna być raczej spontaniczna, wypływać z serca i wolnej woli człowieka? Przypomina mi się tu jeden ze skeczów kabaretu pana Roberta Górskiego, w którym rodzinka wyjeżdżająca na wakacje w czasie drogi podejmuje „na siłę” zabawę wymyśloną przez ojca, a ten, by zachęcić żonę i synka do tej zabawy motywuje ich okrzykiem pełnym złości „bawimy się!”. Nijak ta zachęta nie koreluje z atmosferą zabawy, ale cóż zrobić… Jak się musimy świetnie bawić, to się bawimy. Czy mamy nastrój, czy nie, czy jest na nią ochota, czy nie, czy zabawa się podoba, czy nie. Bawimy się…
I właśnie tak może brzmieć ta liturgiczna zachęta „Gaudete”, jeśli nie spełni się pewnego warunku. No właśnie, jakiego?
