Każdy, kto zjadł zęby na piłce, kto uprawiał ten sport, czy też choćby w miarę regularnie mu się przyglądał za pośrednictwem szklanego ekranu, doskonale wie, że futbol jest bardzo nieprzewidywalny. Niespodzianki czy wręcz sensacyjne wyniki są na dobrą sprawę immanentną częścią składową historii futbolu. Więc nawet nie o samą wczorajszą porażkę naszej, naszpikowanej gwiazdami wielkich klubów reprezentacji, z jedną z najsłabszych drużyn naszego kontynentu w tym wszystkim chodzi.
W latach 2014-16, mniej więcej od momentu niezapomnianego zwycięstwa nad ówczesnymi mistrzami świata - Niemcami, selekcjoner Adam Nawałka stworzył zespół, będący w stanie walczyć jak równy z równym z najlepszymi na świecie. Zespół, który choć dotarł „zaledwie” do ćwierćfinału Mistrzostw Europy to był przecież właściwie o krok od gigantycznego sukcesu, a medal Euro przegrał jednym rzutem karnym, w serii jedenastek, z późniejszym triumfatorem całej imprezy - Portugalią. Zawitaliśmy wówczas, co najmniej do europejskiego topu, a w światowym rankingu FIFA gościliśmy nawet na 5 miejscu, co dziś, po upływie zaledwie kilku lat wydaje się być wręcz niewyobrażalnym osiągnięciem.
Potem było już jednak tylko gorzej. Zespół Nawałki, choć był - jak zwykł mawiać jeden z polskich selekcjonerów - ten sam, to jednak nie taki sam - i na mundialu 2018 roku wypadł bardzo słabo.
A potem przyszedł czas trzech selekcjonerów: Jerzego Brzęczka, Paulo Sousy i Czesława Michniewicza, z których jeden czmychnął na inny kontynent przy pierwszej korzystniejszej, zagranicznej ofercie pracy, a dwóch „naszych” zwolniła… polska reprezentacyjna szatnia zarządzana przez kapitana Biało-Czerwonych Roberta Lewandowskiego. Warsztat Brzęczka i Michniewicza - pomimo uzyskania oczekiwanych od nich wyników nie został najwidoczniej doceniony i zaakceptowany przez nasze reprezentacyjne gwiazdy, które potrafiły w porywach wręcz ostentacyjnie deprecjonować tych szkoleniowców. Doszło nawet do tego, że czołowi reprezentanci zaczęli grozić rezygnacją z gry w narodowym zespole, jeśli Czesław Michniewicz nadal będzie ją prowadził.
Po wyautowaniu z selekcjonerskiej ławki przez kadrową starszyznę Jerzego Brzęczka, zdenerwował się ówczesny prezes PZPN Zbigniew Boniek, zmuszony do szukania niemal z łapanki, w środku zimy, nowego szkoleniowca. I choć Boniek poddał się dyktatowi reprezentacyjnych gwiazd, spełniając ich żądanie zwolnienia selekcjonera, to jednak dał też publicznie do zrozumienia, że skoro szatnia zwalnia trenera to niech teraz sama weźmie na siebie odpowiedzialność za osiągane przez siebie wyniki, czy też ich brak.
Po presją reprezentacyjnej szatni ugiął się również niestety obecny prezes PZPN Cezary Kulesza, który pomimo sukcesu, jakim było niewątpliwie pierwsze od 36 lat wyjście Polski z grupy na mundialu, zwolnił zgodnie z życzeniem kadrowej starszyzny Czesława Michniewicza. Kulesza postanowił jednak znaleźć na Lewandowskiego i spółkę sposób w postaci zatrudnienia znakomitego szkoleniowca o uznanym na całym świecie autorytecie i renomie. Fernando Santos zdobywał z Portugalią mistrzostwo Europy i Ligę Narodów. A na ostatnim mundialu nie bał się, gdy tylko uznał to za konieczne, odstawić od składu jednego z najwspanialszych piłkarzy w historii futbolu, a zarazem wieloletniego kapitana reprezentacji Portugalii - Cristiano Ronaldo.
A jednak nawet Fernando Santos na trenerskiej ławce nie wystarczył na mentalność polskiej reprezentacyjnej szatni. Wczoraj na stadionie w Kiszyniowie widzieliśmy bowiem, poza Mołdawią, jeszcze dwie drużyny. Pierwsza z nich, świadoma swoich atutów absolutnie zdominowała rywala, bezapelacyjnie wygrywając pierwsze 45 minut meczu 2:0. Druga z nich natomiast, jak wyznał w przypływie szczerości po meczu Jan Bednarek, była już mentalnie na wakacjach, uznała że mecz dogra się sam i niemal totalnie wyzbywając się odpowiedzialności za wynik oraz za polskich kibiców, przegrała w kompromitującym, hańbiącym wręcz stylu z jednym z najniżej notowanych zespołów w Europie w szokujących rozmiarach 0:3.
Rozpoczynając pracę z Biało-Czerwonymi Santos dostał zadanie odmłodzenia zespołu. Wywiązał się z niego znakomicie i z Mołdawią nie zobaczyliśmy już niedawnych jeszcze filarów kadry z Kamilem Glikiem i Grzegorzem Krychowiakiem na czele. Blamaż w Kiszyniowie być może jednak pomoże Santosowi, a przede wszystkim jego PZPN-owskim mocodawcom raz jeszcze przemyśleć zagadnienie pod tytułem: czy rzeczywiście stać nasz futbol na to, by radzić sobie na boisku bez takiej postaci jak Glik. Jak wyglądała bowiem wczoraj defensywa Biało-Czerwonych bez Kamila Glika - wszyscy widzieliśmy, a od tego widzenia aż oczy bolały.
Tym bardziej, że Glik to przecież wartość znacznie wyższa niż same tylko umiejętności piłkarskie tego doświadczonego obrońcy. To jego mentalność, ambicje, waleczność, zaangażowanie i serce zostawione na murawie podczas każdego meczu kadry. Czyli coś, czego wczoraj, delikatnie mówiąc, zdecydowanie zabrakło. Piłkarze, którzy mają odwagę, by zakulisowo zwalniać kolejnych selekcjonerów i wykłócać się o mundialowe premie z kieszeni podatników, tej odwagi już nie mają, gdy trzeba na własne barki wziąć odpowiedzialność za zwycięstwo nad zespołem, który na dobrą sprawę nie jest w stanie od dziesięcioleci wygrać z nikim w miarę poważnym. A nasz awans do przyszłorocznych Mistrzostw Europy z grupy, z której zdaniem wielu nie dało się nie wyjść - wisi na przysłowiowym włosku. Gdy ten włosek się zerwie będziemy świadkami gigantycznej kompromitacji Lewandowskiego i spółki.
Problem oczywiście nie tkwi w braku umiejętności polskich piłkarzy, bo zespoły tej klasy, co FC Barcelona, Juventus Turyn, Arsenal, Napoli czy AS Roma nie mają w zwyczaju sięgać po futbolistów słabych czy nawet przeciętnych. Co więc sprawia, że robiący na co dzień wielkie kariery w mocnych zachodnich klubach polscy piłkarze, nagle w trykotach z orzełkiem na piersi niejednokrotnie sprawiają wrażenie, jak gdyby odbębniali przysłowiową pańszczyznę? Problem przecież nie w piłkarskich umiejętnościach, lecz w pewnego rodzaju dziurze mentalnej, która od lat drąży polską reprezentację. Dlaczego? Może dlatego, że u naszych gwiazd i gwiazdeczek występujących z orzełkiem na piersi brak po prostu elementarnego zaangażowania i odpowiedzialności za narodową reprezentację i za kibiców tego zespołu. Antoni Piechniczek w wywiadzie udzielonym późną jesienią ubiegłego roku portalowi Fronda.pl, dość mocno diagnozował, że jedną z głównych bolączek polskiej reprezentacji jest najzwyczajniej w świecie brak patriotyzmu na odpowiednim poziomie u naszych zawodników.
„Kolejnym bardzo istotnym elementem, który miał ogromny wpływ na to, że udało nam się zajść podczas hiszpańskiego mundialu tak daleko był ten element, którego moim zdaniem niestety brakuje nieco obecnej polskiej kadrze. Mówię tu o polskości i takim zwyczajnym polskim patriotyzmie. Dzisiejsi kadrowicze nawet jeśli grają dla polskiej reprezentacji ważny mecz na Stadionie Narodowym to przecież już po kilku godzinach lądują w obcych krajach, w których grają na co dzień w lidze i zostawiają całą tę naszą polską rzeczywistość po prostu za sobą. Zanurzają się na nowo rozgrywki ligowe kraju, w którym grają i nie odczuwają już całej tej atmosfery, jaka zostaje w Polsce po występie naszej narodowej reprezentacji. Nie żyją tym i nie chłoną tego. Poza tym nasi czołowi reprezentanci to po prostu europejczycy czy światowcy i nie żyją na co dzień tymi sprawami, którymi żyją każdego dnia zwykli Polacy mieszkający w kraju. Nie żyją tymi wydarzeniami, które mają miejsce w Polsce, nie żyją tą atmosferą, nawet tymi kłótniami politycznymi, są od tego po prostu daleko i nie czują tego. Są jak gdyby obok tego wszystkiego, więc w konsekwencji ten element utożsamiania się oraz zaangażowania musi siłą rzeczy być niższy” - mówił były polski selekcjoner u progu katarskiego mundialu.
I nad tymi słowami Antoniego Piechniczka po wczorajszej kiszyniowskej kompromitacji chyba wszyscy powinniśmy się wreszcie z należytą uwagą sumiennie pochylić.
