Fronda.pl: Mija pięć lat od wejścia Polski do UE zewsząd słychać okrzyki triumfu: udało się, opłacało się. Wszyscy wydają się świętować. Czy Pan podziela ten entuzjazm?

Krzysztof Szczerski: Nikt przy zdrowych zmysłach nie zakwestionuje, że ostatnie pięć lat, to dobry czas dla Polski. Przyczyniło się do tego, bez wątpienia, także członkostwo w Unii Europejskiej.

Polska wchodziła do UE z dwóch powodów. Po pierwsze z przyczyn geopolitycznych, wchodząc do UE ostatecznie potwierdziliśmy nasze zakorzenienie w strukturach zachodnich. Było to dokończenie obranego po roku 1989 „kursu na Zachód” (pierwszym krokiem było tu członkostwo w NATO). Tym samym przeszliśmy ze strefy czerwonej (przed 1989), przez szarą strefę do strefy, która jest naszym naturalnym środowiskiem działania. Po drugie, wejście do Unii było dla nas ważne z przyczyn gospodarczych, miało dać nam nowy impuls rozwojowy.

Oba te cele zostały zrealizowane i w tym sensie pięć lat członkostwa w Unii jest sukcesem. Ale to nie oznacza, że możemy teraz spocząć na laurach. Jeżeli chodzi o cel polityczny, wciąż przed nami jest „gra o status” w ramach świata zachodniego – o odpowiednią dla Polski rolę w polityce europejskiej i globalnej. Jeżeli zaś chodzi o wymiar gospodarczy, to trzeba przede wszystkim powiedzieć, że nasz sukces ekonomiczny – warto zaznaczyć, że najlepszy okres gospodarczy był w Polsce w latach 2006 – 2007, kiedy u władzy był rząd uznawany za rzekomo anty-europejski – zawdzięczamy przede wszystkim samym sobie – polskiej przedsiębiorczości, zaradności, umiejętności korzystania z szans, dostosowywania się do nowych warunków. Członkostwo w Unii było tu otwarciem wielkich możliwości i potrafiliśmy z tego korzystać. Ale także i to nie jest gwarantowane – kryzys pokazał, że bycie w Unii nie gwarantuje nikomu sukcesu gospodarczego - obecnie wszystkie wskaźniki pogarszają się i musimy walczyć o rozwój od nowa.

Kilka ważnych celów udało się Polsce osiągnąć. Czy nie jest jednak tak, że świętujemy to, że mamy wędkę, ale nie rozmawiamy o tym, czy dobrze umiemy łowić ryby?

Wydaje mi się, że świętujemy obecnie to, że jesteśmy nad właściwym jeziorem, mamy prostą wędkę, na którą łapie się to i owo. Teraz musimy zrozumieć, jak wielkie ryby są do wyłowienia i że nas stać, by zawalczyć o więcej.

Jakie ryby możemy wobec tego złowić?

Polska musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chce być poważnym, samodzielnym graczem. Uważam, że zasadniczy podział w debacie o polskiej polityce zagranicznej jest taki: jeden obóz, do którego ja należę, uważa, że Polska powinna budować samodzielną podmiotowość geopolityczną i włączyć się razem z innymi ważnymi krajami do kluczowych gier, tak na arenie europejskiej jak i w interesujących nas, wybranych obszarach świata, gdzie leżą nasze interesy lub gdzie buduje się nasz prestiż. Drugi obóz ma założenia odwrotne – Polska nie jest zdolna do samodzielności, może jedynie być częścią jakiejś grupy – dlatego musimy za wszelką cenę utrzymywać się „w głównym nurcie” polityki europejskiej, nie wychylać się za bardzo, posłusznie wykonywać polecenia Komisji Europejskiej, nie stawiać spraw na ostrzu noża, a może wtedy nam się uda coś swojego wewnątrz przemycić, a nawet jeśli nie, to przynajmniej będziemy się cieszyć, że jesteśmy uznawani za „prawdziwych europejskich demokratów” i zostaniemy poklepani po ramieniu.

 

[video:http://www.youtube.com/watch?v=W3j9MwyI3-0'/>

 

Jakie są najważniejsze cele obozu uważającego, że Polska nie wykorzystuje swojego potencjału i zasługuje na znacznie więcej?

Powinniśmy starać się o potwierdzenie roli, którą ja określam jako podmiotowość geopolityczną, czyli bycie koniecznym i pożądanym uczestnikiem decyzji międzynarodowych. Oznacza to, że u naszych partnerów musi wytworzyć się przekonanie, że nie da się ważnych decyzji podjąć bez udziału Polski. Szczególnie zaś w kwestiach, które my sami określmy jako „leżące w naszym interesie”. Tak było choćby z relacjami Unia-Rosja w latach 2006-2007. Przez nałożenie weta na negocjacje nowej umowy o partnerstwie Unia-Rosja (z powodu nałożenia przez Rosję embarga na eksport polskich produktów żywnościowych), Polska spowodowała, że od tego momentu strategię tych rozmów uzgadniano z nami, a nie obok nas. Nie należy bać się tego typu ruchów. Polska musi sobie bowiem dopiero „wyrąbać” należne sobie miejsce w polityce europejskiej. Takie działania mają na celu uzyskanie statusu koniecznego partnera. Status partnera pożądanego można uzyskać poprzez wskazanie jak wiele możemy zrobić dla Europy, jako duży i ważny kraj.

Co Polska zrobiła dla Unii Europejskiej przez te 5 lat?

Zarysowaliśmy osiem obszarów „polskiej specjalizacji” w Unii Europejskiej – obrona równości i podmiotowości państw narodowych w ramach Unii Europejskiej (procedura decyzyjna, prawo Irlandii do decyzji w sprawie Traktatu), polityka solidarności (wyrównywania poziomu życia między biedniejszymi i bogatszymi przez budżet Unii), bezpieczeństwo energetyczne (przez dywersyfikację), obrona „prawa do rozwoju” (czyli elastyczne traktowanie standardów europejskich ze względu na potrzeby inwestycyjne państw nadrabiających opóźnienie rozwojowe), polityka otwartych drzwi na Wschód, znoszenie barier wewnętrznych w Unii (takich jak np. zamknięcie rynków pracy czy protekcjonizm gospodarczy bogatych krajów), utrzymywanie więzów transatlantyckich, polityka pamięci o historii i przywracanie pamięci o dziejach naszej części Europy.

Od jakich czynników zależy, żeby Polska mogła „łowić duże ryby”?

Zależy to przede wszystkim od jakości polskiego przywództwa politycznego, od tego, kto będzie formułował cele polskiej polityki. Według mnie najwyższy już czas na nowoczesną polską politykę europejską. Nowoczesną, to znaczy realistyczną, która zna zasady gry tu i teraz, a jednocześnie kieruje się niezmiennym celem – uzyskaniem i zachowaniem polskiej podmiotowości. W debacie europejskiej w Polsce dominują stanowiska przed-nowoczesne albo po-nowoczesne. Jedni chcieliby świata, którego już nie będzie a drudzy świata, którego nigdy nie będzie. Ja jestem po środku.

Napisał Pan po wejściu do UE prowokujący tekst pod tytułem „II UE - Druga Unia Europejska”. To był wówczas czas debaty pomiędzy III i IV RP. Pisał Pan o zjawisku porwania chadeckiego projektu Unii przez eurolewicę, o niedokończonej integracji - zagrożeniu podziałem na nową i starą Europę. Czy ta diagnoza pozostaje aktualna? Jaką role ma do odegrania Polska w debacie o kształcie i przyszłości Unii?

Wszystkie te elementy są nadal aktualne, a może nawet coraz bardziej niestety aktualne. Warto zauważyć, że czas kryzysu spowodował, że widzimy, iż Unia zasadniczo nie jest tym czym się wydawała być. Kryzys pokazuje, że Unia nie ma tych walorów i cech pozytywnych, które jej jeszcze niedawno przypisywaliśmy. Nie jest gwarantem rozwoju gospodarczego, wolnym rynkiem bez barier, obszarem wzajemnego zaufania i solidarności. Proszę zwrócić uwagę, że każde państwo wobec kryzysu w pierwszym odruchu schowało się w sobie, uciekło do swojej norki i próbowało ratować własny rynek, także wbrew zasadom polityki europejskiej (pomoc dla przedsiębiorstw i banków). Odrodziły się też stereotypy podziału Wschód-Zachód i mit „taniej siły roboczej” zabierającej miejsca pracy. Dopiero teraz nadchodzi otrzeźwienie, że może razem jest lepiej.

Dr Krzysztof Szczerski.

Tekst o II UE wziął się z faktu, że byłem i jestem także zdecydowanym przeciwnikiem projektu tworzenia Konstytucji Unii Europejskiej na wzór proto-państwowy. Moim zdaniem UE powinna się opierać na zasadach: dobrowolności, solidarności, gwarancjach bezpieczeństwa oraz powiększaniu sfery wolności działania. Każdy nowy przepis europejski powinien przechodzić swoisty „test wolności” - powinno się sprawdzać, czy dzięki niemu ludzie mają więcej, czy może mniej możliwości działania. Przepisy, które krępują, powinny być anulowane.

Pan mówi o UE niesłychanie pragmatycznie. Co z całą debatą tożsamościową o miejscu na przykład chrześcijaństwa w Unii?

To bardzo wrażliwy problem. Dla mnie Unia powinna być albo chrześcijańska, a dokładniej oparta na klasycznej triadzie: filozofia grecka, rzymskie prawo i chrześcijańska koncepcja ładu, albo w ogóle nie powinniśmy rozmawiać ze sobą o tożsamości i skupić się na pragmatyce.

Czy nie będzie to de facto oddanie pola ideowego przeciwnikom chrześcijaństwa?

Nie. Problem polega na tym, że dziś buduje się ideologiczną tożsamość Europy nazywając to laicką otwartością i neutralnością światopoglądową. Nie ma na to mojej zgody. Powinniśmy powiedzieć budowniczym tej laickiej otwartości jasno: Chcecie sporu o idee? Proszę bardzo, ale wtedy rzeczywiście spierajmy się na równych prawach – wasz projekt, rzekomo neutralny kontra trójkanon, o którym wspomniałem wyżej. Jeśli zaś Europa ma być czysto praktyczna, to także bez waszych ideologicznych szaleństw.

Od sporów czysto doktrynalnych ważniejsze jest dla mnie co innego - Polska może „nawrócić” Europę poprzez wprowadzenie do polityki europejskiej praktycznego konserwatyzmu i naszej praktycznej tradycji wspólnotowej wolności.

Co oznaczają te dwa pojęcia?

Połączenie wspólnoty i wolności to Rzeczpospolita. Dzisiaj pewnie nadałbym swojemu tekstowi tytuł nie „II Unia Europejska”, ale „Rzeczpospolita Europejska”. Chodzi o przepracowanie na poziomie wspólnotowym polskiej tradycji systemu politycznego, który był modelem funkcjonowania zintegrowanej jednostki politycznej gwarantującej bardzo daleko idącą wolność wewnętrzną, a jednocześnie pozwalał na formułowanie swoich strategicznych celów, których Unia nie jest w stanie sformułować.

Drugim wymiarem jest konserwatywna wizja społeczna w praktyce. Postulowałem, aby hasłem i motywem przewodnim podczas polskiej prezydencji w 2011 roku był slogan „Human Europe”- „Ludzka Europa”. Chodzi tu o zainicjowanie polityk unijnych, które odwróciłyby negatywne tendencje społeczne w Europie poprzez szereg konkretnych rozwiązań na rzecz lepszego społeczeństwa, a jednocześnie zmieniłyby ideologię działania Unii. Na przykład wsparcie rodzin wielopokoleniowych, pomoc w integracji ludzi bezradnych i przez to wykluczonych społecznie (nie tylko imigrantów czyli mniejszości, ale przede wszystkim ludzi z obszarów biedy i tych, którzy nie nadążają za zmianami świata), pomoc dla starszych, wsparcie zakorzenienia, a nie mobilności ludzi, wsparcie tradycji nie jako folkloru, ale jako modelu życia. Europa może być ludzka, według tego jak żyją ludzie, a nie wedle pomysłów inżynierii społecznej – że niby wszyscy są mobilni, młodzi, zaradni i multi-kulti.

Kilka dni temu europoseł Konrad Szamański w trakcie dyskusji w TVP zgodził się z tezą Bronisława Wildsteina, że gdyby zlikwidować Parlament Europejski, to właściwie nic by się wielkiego nie stało. Czy wobec tego czerwcowe wybory do europarlamentu mają jakieś znaczenie?

Zgoda, że uprawnienia europarlamentu nie są dla polityki unijnej decydujące. Ale też nie jest to instytucja bez znaczenia. Po pierwsze, wartością polityczną dla UE jest już samo istnienie demokratycznie wybranego ciała, bo żadna inna instytucja europejska nie obraduje otwarcie i nie jest legitymizowana bezpośrednio przez ludzi. Po drugie, warto zwrócić uwagę, że Parlament współuczestniczy w tworzeniu prawa, zatwierdza każdorazowo budżet Unii czy skład Komisji Europejskiej. Polski głos musi być słyszalny także i w Parlamencie, który właściwie stanowi jedną z głównych, jeśli nie jedyną, arenę do dyskusji, wymiany poglądów na tematy europejskie.

Pójdźmy jeszcze dalej. Czy sama Unia Europejska może przestać niedługo w ogóle istnieć?

Oczywiście, że tak. UE może przestać istnieć jak każdy twór ludzki. Istnieje zresztą jak sądzę kilka konkretnych, potencjalnych scenariuszy zniknięcia UE. Pierwszy to sytuacja, w której duży gracz narzuca bardzo stanowczo swoją wolę pozostałym, bo to niszczy zasadę wspólnotowości. Na przykład Niemcy, gdyby użyły kiedyś siłowo swojej przewagi w systemie głosowania (jeśli wejdzie w życie system tzw. podwójnej większości) i przeforsowały z grupą państw zależnych coś, co uderza w żywotny interes innego państwa, to Unia może się rozlecieć. Po drugie, mogłoby to się stać, kiedy ludzie zobaczą, że Unia ich krępuje bez sensu - na przykład nie mogą już zjeść jakieś zupy, która kiedyś jedli i wiedzą, że jest smaczna tylko dlatego, że Unia jej nie dopuszcza. Albo że nie mogą mieć żarówki o jakiejś mocy i kształcie na skutek regulacji unijnej. To może być impuls. Po trzecie, Unia może się rozpaść, gdy odwróci się plecami do Atlantyku, a frontem do Rosji. Wspólnota transatlantycka spaja Europę, Rosja zawsze starała się „dzielić i rządzić”.

 

Rozmawiał Jakub Lubelski

 

Krzysztof Szczerski (1973) - politolog, wicedyrektor Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ. Jeden z najlepszych w Polsce znawców problematyki Unii Europejskiej i administracji publicznej. Startuje w wyborach do europarlamentu z krakowskiej listy PiS.

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »