Fronda.pl: Skąd u Pana zainteresowanie postacią Lecha Wałęsy?

Paweł Zyzak: Zainteresowała mnie niejednoznaczność jego przekazu. Od dawna ciekawiło mnie, jak bardzo wizerunek książkowy czy filmowy Lecha Wałęsy różnił się od jego codziennych wypowiedzi, zachowań. Pamiętam szereg niezrozumiałych dla mnie decyzji politycznych Lecha Wałęsy, takie jak ta z 1997 roku, gdy wsparł w wyborach parlamentarnych AWS, po czy w dzień ciszy wyborczej ogłosił powstanie własnej partii politycznej nazwanej „Chrześcijańska Demokracja III RP". Z obserwowanymi przeze mnie niejako „na żywo" wyborami politycznymi Lecha Wałęsy łączyła się pewna prawidłowość. Przez pierwsze miesiące funkcjonowania tak AWS, jak PiS czy PO u sterów rządu były prezydent zachowywał się wstrzemięźliwie, okazjonalnie podkreślał swoje poparcie, po czym wraz ze spadkiem słupków zaufania społecznego do owych partii, stawał się dla nich coraz bardziej krytyczny.

Nie lubi Pan obiektu swoich badań?

To nie jest tak. Prywatnie nie muszę zgadzać się z poglądami i postępowaniem Lecha Wałęsy, ale na kartach książki powinienem stronić od własnych opinii. Raczej konfrontuję różne świadectwa, fakty, dokumenty i nawet jeśli są one niewygodne dla Lecha Wałęsy, muszę je po prostu przytoczyć. Tego wymaga rzetelność pracy historyka.

Innego zdania jest choćby Piotr Gontarczyk, także autor książki o Lechu Wałęsie. Zarzuca Panu m.in. nierzetelność i bezkrytyczne powoływanie się na mało wiarygodne źródła, często anonimowe.

Nie zgadzam się z częścią zarzutów Piotra Gontarczyka. Zresztą będę miał okazję szczegółowo polemizować z jego recenzją. Czekam także z niecierpliwością na recenzję Sławomira Cenckiewicza, drugiego współautora książki „SB a Lech Wałęsa", która powinna ukazać się w najbliższy piątek w „Rzeczpospolitej". Co do samych zarzutów - o wiarygodności osób, które udzielały mi wypowiedzi pomocnych w stworzeniu pierwszego rozdziału książki, świadczą nagrania i nazwiska, które zebrałem. Nie wszystkie z tych osób są anonimowe - przykładowo ks. Jerzy Przeciszewski czy Stanisław Olszewski nie mieli nic przeciwko ujawnieniu swoich personaliów. Dokonałem konfrontacji dużej liczby wypowiedzi i stwierdziłem, że relacje nie wykluczają się, lecz uzupełniają. Nie opiniowałem ich, dzieląc na lepsze i gorsze. Dodatkowo porównywałem je z wypowiedziami samego Lecha Wałęsy, opracowaniami na jego temat, m.in. biografią byłego prezydenta autorstwa Rogera Boyesa z początku lat 90-tych, w której autor również powołuje się na anonimowe opinie, biogramami Jerzego Surdykowskiego i Ewy Berberyusz napisanymi jeszcze w okresie pierwszej „Solidarności", oraz dokumentami.

Jeśli jesteśmy przy dokumentach, to jednym z zarzutów Piotra Gontarczyka była właśnie nieumiejętność korzystania z nich. W Pańskiej książce pojawiają się błędy rzeczowe, gdy przychodzi do konfrontacji z archiwaliami.

Rzeczywiście, w książce pojawiło się kilka błędów. Przyznaję, że pomyliłem się przy dacie współpracy Mariana Jurczyka z SB. Napisałem, że był zarejestrowany w latach 1977-78, w rzeczywistości współpracował od 1977 roku do 1979 roku, formalnie do lutego 1981 roku. Moja książka oraz praca Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka były pisane równolegle, zatem musiałem się samodzielnie zmierzyć z materią odnoszącą się do TW „Bolka" i figuranta o pseudonimie „Bolek". Do innych zarzutów w tym zakresie ustosunkuję się wkrótce w obszernej polemice.

Najcięższym chyba zarzutem jest jednak brak weryfikacji informacji o nieślubnym dziecku Lecha Wałęsy. Przecież o tym fakcie można dowiedzieć się z ksiąg parafialnych czy w dokumentach urzędu stanu cywilnego. Tymczasem w Pańskiej książce w ogóle nie ma informacji o tym, by Pan badał sprawę z tej strony. Dlaczego Pan tego nie zrobił?

Tu pojawia się problem związany z anonimowością. Autochtoni okolic Włocławka, z którymi rozmawiałem, są, poniekąd słusznie, bardzo nieufni. Wciąż odczuwają oni strach po „wizytach" funkcjonariuszy Urzędu Ochrony Państwa na początku lat dziewięćdziesiątych. Strach, o którym mówię, nazwałbym więc strachem „instytucjonalnym". Po to, by uzyskać dokumenty przykładowo z USC z Lipna należy złożyć zaświadczenie o tym, że prowadzi się działalność badawczą z danej placówki naukowej. To zaświadczenie wraz z danymi personalnymi badanych osób należy wręczyć kierownikowi urzędu, który jest zobowiązany ustosunkować się doń pozytywnie lub negatywnie. W tej sytuacji musiałbym wyjawić dane personalne, na co nie miałem zgody.

Jednak poza ustnymi informacjami nic nie wskazuje na istnienie nieślubnego dziecka Lecha Wałęsy. Każdy może powiedzieć, że jakieś dwie osoby mają nieślubne dziecko i zastrzec, że chce pozostać anonimowi. Ale w ten sposób powstają pomówienia.

Jestem przekonany o wiarygodności moich rozmówców, ponieważ w Łochocinie mówi się bardzo wiele na ten temat i, co najważniejsze, prawie w stu procentach zgodnie. Wśród moich rozmówców były osoby z różnych warstw społecznych. Co tu dużo mówić, dotarłem do źródła, do brata przyjaciółki Lecha Wałęsy, pana Adama A. Słyszałem mnóstwo relacji, które w zestawieniu ze wspomnieniami Lecha Wałęsy pozwalały odpowiedzieć na szereg wątpliwości. Czy dysponując tymi wszystkimi relacjami miałem przemilczeć wątek „łochociński"? Nic nie stoi na przeszkodzie, by inni badacze i historycy przekonali się o prawdziwości podawanych przeze mnie informacji osobiście, odwiedzając tereny, na których żyją ważni z punktu widzenia historii świadkowie.

Brakuje jednak twardego dowodu. Czy nie lepiej byłoby w takim wypadku przemilczeć kwestie, które nie są wystarczająco udowodnione?

To kwestia tego jak pochodzimy do warsztatu historycznego, czy uznajemy relacje świadków za źródło historyczne. Ja jak najbardziej uznaję. Takie źródło należy zestawić z innymi materiałami, z dokumentami, nagraniami. Z drugiej strony, czy możemy mieć zawsze stuprocentowe przekonanie do wiarygodności dokumentów? Jak pokazuje sprawa dokumentu dotyczącego zakończenia współpracy TW „Bolka" z SB w 1972 roku, nie zawsze. Dokument, jak wiemy został podrzucony do akt sprawy obiektowej „Jesień 70" na początku lat 90-tych.

Za książkę odpowiada Pan, ale ostatnio przede wszystkim obrywają za nią Instytut Pamięci Narodowej i prof. Andrzej Nowak.

Ataki na IPN są zupełnie nieuzasadnione. Instytut nie miał wpływu na moją publikację, została ona złożona do „Arcanów" na długo przed zatrudnieniem mnie w IPN w październiku 2008 roku. Za książkę odpowiadam przede wszystkim ja, jako jej autor. Prof. Nowak może wypowiadać się w tej sprawie jako mój opiekun naukowy z seminarium magisterskiego.

Na temat Pana książki wypowiedzieli się także politycy m. in. Donald Tusk czy Bronisław Komorowski. Jak Pan odpowie na ich zarzuty, groźby wobec IPN i obronę Lecha Wałęsy?

Z niecierpliwością oczekuję na opinie, przede wszystkim historyków, odnoszące się do treści zawartych w książce, wyrażane w sposób umożliwiający zaistnienie konstruktywnej dyskusji.

Czy dziś napisałby Pan taką samą książkę?

Nie żałuję napisania biografii politycznej Lecha Wałęsy. Jestem otwarty na rzeczową krytykę, mam nadzieję, że błędy, których nie można uniknąć w żadnej publikacji będą przy okazji wznowień książki eliminowane, a przez to praca będzie coraz lepsza.

Po nagonce, którą na Pana urządzono, nie będzie Panu łatwo kontynuować pracy w zawodzie. Jakie są Pana plany na przyszłość?

Moje plany nie są dookreślone, a rzeczywistość jest zmienna i mam nadzieję, że mnie jeszcze pozytywnie zaskoczy.

 

Rozmawiał Stefan Sękowski

 

Paweł Zyzak - historyk, pracownik krakowskiego oddziału IPN. Autor książki „Lech Wałęsa. Idea i historia".

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »