Wtedy, gdy 3/5 społeczeństwa mówi w domu po litewsku, 1/5 po polsku i prawie tyle samo po rosyjsku, to w kontaktach z innymi bardzo ciężko jest znaleźć wspólny język. Apolinary – uczeń 10 klasy w polskiej szkole – mówi, że wśród młodzieży jest to najtrudniejsze.
- W szkole posługuję się przeważnie językiem polskim i litewskim, gdy spotykam się ze znajomymi, często rozmawiamy po polsku, litewsku i rosyjsku. Zdarza się, że w naszym towarzystwie pojawi się osoba, która nie zna tych języków. Wtedy w rozmowie musimy użyć języka angielskiego.
Język litewski jest oczywiście w Wilnie językiem urzędowym. Do znajomości języka polskiego zobowiązują korzenie. Język rosyjski natomiast znają tu natomiast niemal wszyscy, między innymi dlatego, że do 1990 roku Litwa była częścią ZSRR, ale nie tylko.
- Ludzie wolą oglądać rosyjskie kanały telewizyjne i słuchać rosyjskiego radia, bo taka panuje tutaj moda. Kabarety uznawane są tam za najzabawniejsze ze wszystkich, filmy za najciekawsze, a muzyka za najlepszą. Poza tym Polacy w większości mają dostęp tylko do telewizji polonia, która nic ciekawego młodym ludziom nie ma do zaoferowania. To o rosyjskich gwiazdach i programach rozmawia się ze znajomymi – tłumaczy Apolinary.
Znajomość i posługiwanie się kilkoma językami na raz jest niezbędne dla ludzi żyjących w warunkach wileńskiej kultury pogranicza. Młodzi ludzie często prowadząc rozmowę na jeden temat muszą wypowiadać się w kilku językach.
-W języku potocznym funkcjonują zdania zbudowane z wyrazów przynależących do języka polskiego, litewskiego i rosyjskiego, ich szyk jest bardzo dowolny. Takie połączenia są w stanie rozumieć jedynie osoby, które się tutaj wychowały, ale i one często mają z tym trudności.
Problemy w komunikacji to nie jedyne problemy Polaków żyjących na Litwie. W każdym miejscu zamieszkałym przez ludność różnych kultur pojawiają się przejawy ksenofobii. Nie inaczej jest też w Wilnie. Nie będę tu pisał o kolejnym ataku na grób matki Piłsudskiego, czy nie zawsze przychylnych Polakom działaniach rządu, bo realne problemy pojawiają się w życiu codziennym.
- Pewnego razu, kiedy chciałem kupić w kiosku Kurier Wileński, otrzymałem odpowiedź, że takiej gazety w sprzedaży nie ma. Widziałem jednak kilka jej egzemplarzy na wystawie i powiedziałem o tym pani w kiosku, na co ona odpowiedziała, że nie prowadzą sprzedaży polskich gazet, po czym umieściła je w koszu na śmieci. Dopiero gdy zagroziłem jej policją, zgodziła się sprzedać mi jedną z nich – mówi chłopak.
Apolinary zapewnia, że do takich wydarzeń dochodzi częściej i trudno nie wierzyć w jego słowa. Kilka dni po rozmowie z Apolinarym dowiedziałem się, że jedna z moich koleżanek z wymiany została zaatakowana na przystanku przez dwóch Litwinów gazem pieprzowym. Nie wiem, czy te zjawiska są nietypowe, albo czy pojawiają się tu częściej niż w innych regionach świata, ale w Wilnie na pewno są faktem.
Życie w kulturze pogranicza ma swoje minusy, ale z pewnością rekompensują je korzyści z niego płynące. Przede wszystkim jest to biegła znajomość w mowie i piśmie co najmniej trzech języków, co na pewno ułatwia kontakt z innym, a dodatkowo poszerza horyzonty, jeśli chodzi o planowanie życia. Bracia Apolinarego na studia wyjechali do Warszawy, on sam zamierza dostać się w Polsce do szkoły teatralnej, ale równie dobrze oni wszyscy mogliby studiować w Rosji i na Litwie. Podobnie będzie z rynkiem pracy, który we wszystkich tych krajach będzie stał dla nich otworem.
Polacy z Wileńszczyzny bardzo dbają o podtrzymanie swoich więzi łączących ich z ojczyzną. W okolicznych wsiach można często spotkać starsze już panie, które ciągle mówią poprawną polszczyzną, mimo, że granice Polski przesunęły się po wojnie na zachód, zostawiając je na emigracji. Apolinary z zaciekawieniem śledzi to co dzieje się w Polsce. Jeśli wydarzy się w kraju coś ważnego, często zdobywa informacje na ten temat, nawet kosztem nauki do sprawdzianu. Bardzo ułatwia mu to Internet. Portale społecznościowe pozwalają mu szlifować język i poznawać nowe polskie zwroty, które w Wilnie często nie funkcjonują. Wszystko to wymaga sporo wysiłku od Apolinarego, ale język polski jest dla niego czymś bardzo ważnym. Podejrzewam, że ważniejszym niż dla Polaków zamieszkujących w ojczyźnie, dlatego stara się zarazić zamiłowaniem do niego swoich znajomych.
- Moi koledzy, Polacy, używali tylko rosyjskich przekleństw. Pomyślałem, że jeżeli już mają przeklinać, to niech robią to po polsku. Nie wiem, czy jest się czym chwalić, ale po pewnym czasie udało mi się ich nakłonić do polskich wulgaryzmów. Od tamtej pory nie usłyszałem już od nich rosyjskiego przekleństwa – mówi z uśmiechem i dumą Apolinary, który o Polsce pamięta i nigdy o niej nie zapomni.
Piotr Kulpa
