Kolejne kompromitacje rządu i coraz gorsza sytuacja ekonomiczna, co prawda wpływają na spadek poparcia dla PO, ale nie oznacza to wcale, że PiS znajduje się dużo bliżej przejęcia władzy niż wcześniej . Argumenty środowisk i mediów konserwatywnych, prawicowych z trudem przedzierają się poza krąg osób przekonanych. Niektórzy uważają, że „trudno, tak widocznie musi być, ważne jest, żeby było nas trochę więcej niż ich i żebyśmy to my, a nie oni, mogli sprawować władzę i realizować narodowe cele”.

 

Na to są co najmniej dwa argumenty. Po pierwsze, są w naszym kraju tysiące młodych profesjonalistów, część z nich nie rozumie patriotyzmu, interesu narodowego, roli prawdy w życiu publicznym, problemu godności polskiego państwa w obliczu katastrofy smoleńskiej i śledztwa. Ale bez tysięcy technokratów nie zbudujemy nowoczesnego kapitalizmu. Jeśli my nie zrozumiemy ich schematów myślowych, po to, żeby móc nawiązać z nimi dialog, to ich umysły przechwyci ktoś inny, a my definitywnie ich dla Polski stracimy. Nasz kraj nie może sobie pozwolić na postawienie na uboczu tak wielu utalentowanych osób. Po drugie, chociaż myśląc o narodzie polskim nie jestem skory do pochopnego odrzucania wątków mesjańskich, to należy wszakże wyraźnie odróżniać naród od Kościoła Katolickiego. To instytucje innego rodzaju i kalibru. Kościół niesie w sobie depozyt wiary, która ma status bytu-nie-z-tego-świata. I z tego właśnie powodu, z powodu posiadania metafizycznego rdzenia, jest jedyną – może – instytucją ziemską uprawnioną do pewnego fundamentalizmu. Pamiętajmy jednak, że chrześcijaństwo, w odróżnieniu od wielu innych religii, ma charakter uniwersalistyczny, otwarty dla wszystkich. W odróżnieniu od Kościoła, polskie państwo, które ma „realizować narodowe cele” musi być organizmem – spójrzmy nań, nowocześnie, jak na zorganizowaną grupę interesu – zdolnym do kompromisu. Bo jest dobrą zasadą, że np. prezydent wybrany głosami pewnej części społeczeństwa jest obowiązany reprezentować interes narodu jako pewnej całości.

 

Czy nie jest jednak tak, że wiele osób ma już mocno ugruntowany, prosty podział na dwa całkowicie sobie obce światy. Jeden zamieszkują mieszkańcy światli i europejscy, a drugi ciemni katole. Wydaje się, że zanegowanie tego podziału stałoby się dla osób z pierwszego świata całkowitym przewrotem. Sporo osób wspomina, że doświadczyło takiego przewartościowania przy aferze Rywina, przy katastrofie pod Smoleńskiem, czy w czasie odchodzenia papieża. Nie wszyscy są jednak na to gotowi.

 

Oczywiście że nie wszyscy, ale to nie zmienia faktu, że potrzebujemy wiedzy o oddziaływaniu socjotechniki na świadomość. Metafora, którą posłużyłem się niedawno w klubie Ronina, a zawdzięczam ją dr Tomaszowi Żukowskiemu, polega na spojrzeniu na świadomość zbiorową jak na kawałek żelaza. Taki, który kowal ma przekształcić. Zanim z kawałka pręta zrobi ozdobny stojak na wino, musi w ten pręt przez jakiś czas uderzać – na początku nie po to, by nadać mu pożądany kształt, tylko po to, żeby go rozgrzać. Dopiero po czasie pręt uzyska plastyczność, zatem i możliwość przyjęcia innej formy. Jak wystygnie, forma się utrwali. Owe przewartościowania, o których Pan mówi, w przypadku form wystygłych przebiegają bardzo powoli.

 

Ale czy nie jest tak, że są rzeczy, których już nie da się odkręcić, za długo wbijano ludziom do głów pewne schematy?

 

Z pewnymi stereotypami myślowymi, jak np. wyobrażeniami braci Kaczyńskich, w warunkach wyobraźni społecznej w okresie wychłodzenia, nie da się walczyć, są one bowiem słabo podatne na zmianę. Dopiero w warunkach jakiegoś społecznego wstrząsu, ożywienia, rozgrzania emocjonalnego nasze umysły są gotowe do tego, by plastycznie przebudować swoje wyobrażenia. Ci, których chcemy przekonywać, to zazwyczaj ludzie zagubieni, w zasadzie dobrzy (tak jak i my: tylko „w zasadzie” jesteśmy dobrzy), ale inaczej od nas patrzący na świat. Naszą energię trzeba zogniskować na tych środowiskach, które mają zdolność oddziaływania na otoczenie społeczne. To, co udało się w ostatnich latach uzyskać PO i establishmentowi III RP, to przekonanie sporej części liderów środowiskowych, że polityka jest czymś brudnym i że dobrze jest być jak najdalej od niej. Owi liderzy posiadają nie do końca uświadomione schematy i oceny polityczne, powodujące, że programowo nie chcą angażować się w dyskusję polityczną. Myśląc, często w dobrej wierze, że powstrzymując się od kontaktów z „brudną” polityką, chronią jakieś społecznie ważne wartości. W ten sposób doszło do zaimpregnowania wielu środowisk na argumentację ideową i zmianę polityczną. Należy im pokazać, że ta propaganda PO i wspierających ją mediów, odsłonięta w wyborach samorządowych w otwarcie głoszonych hasłach „Nie róbmy polityki. Budujmy boiska, szkoły…” itd., to cyniczna manipulacja, w którą nie wierzy głoszący te hasła na plakatach sam Donald Tusk (zawodowy przecież polityk). W istocie taka propaganda ma za zadanie pozbawić jak największą część Polaków podmiotowości obywatelskiej, a środowiskom opozycyjnym ograniczyć potencjał mobilizacji społecznej.

 

Co więc pan radzi?

 

Trzeba m.in. czynić to, co przez jakiś czas dość sprytnie robił Tusk. On wziął do swojego obozu Antoniego Mężydłę z PiS, z Bartosza Arłukowicza i Dariusz Rosattiego, Joannę Kluzik-Rostkowską z PJN - osoby, które dla jakichś środowisk były punktami orientacyjnymi. Oni nie muszą aktywnie uprawiać propagandy, ale sam fakt, że pojawiają się w jakimś miejscu to komunikat dla innych, co jest OK., a co nie. Tusk potrafił poprzez rozmaite gry wytworzyć efekt grawitacyjny dla swojego środowiska politycznego. Taki efekt trudniej jest tworzyć w środowisku opozycji, gdyż ona jako organizm nierządzący ma z natury rzeczy mniejszą siłę przyciągania i, po drugie, środowiska prawicowe są mistrzami w kłóceniu się. Tu jest mnóstwo „kieszonkowych Napoleonów”. Zamiast integrowania w silniejsze organizmy wielu niezłej jakości czasopism prawicowo-niepodległościowych, dominuje potrzeba posiadania kolejnego WŁASNEGO pisemka; każdy chce być naczelnym albo przynajmniej szefem działu. Podobnie w przypadku tworzenia kolejnych portali, stowarzyszeń i fundacji.

 

Rozmawiał Aleksander Kłos

 

Prof. Andrzej Zybertowicz opublikował ostatnio książkę „Pociąg do Polski, Polska do pociągu”