Dziewczyna zrobiła swoje bez względu na poziom popularności, liczbę godzin transmisji czy koszykowate stadiony w środku miast. Nie były jej też potrzebne tymczasowe autostrady kosztujące tyle co średniej ważności radziecki program kosmiczny i malowanie trawy na zielono zmywalnymi farbkami. Jej dwaj  koledzy i cztery koleżanki dołożyli zresztą swoje zdobywając trzy brązowe medale: Artur Noga na 110 metrów przez płotki, Szymon Ziółkowski w rzucie młotem oraz Marika Popowicz, Daria Korczyńska, Marta Jeschke i Ewelina Ptak w sztafecie cztery razy sto metrów. A to wszystko bez specustawy, obietnic ministry sportu i żenujących konferencji prasowych urządzanych przez sportowych działaczy.

 

Główne media temat pominęły, zepchnęły do paska informacyjnego uznawszy zapewne, że nie przystaje on do sukcesu rządu, a naród skutecznie brandzlowany euroekstazą nawet nie zauważył, że nasza „młociara” również wystąpiła z orłem na piersi. Tylko, że ona w odróżnieniu od chłopaków ganiających za nadmuchanym świńskim pęcherzem na swojej robocie się zna i potrafi sprawić, że Mazurek Dąbrowskiego brzmi nie tylko przed, ale przede wszystkim po występie.

 

Nie ma się jednakowoż co gorączkować, żółci lać i wściekać bez potrzeby. Nie ona pierwsza jest pomijana przez speców od prania mózgownic. Czy ktoś wie, że w sporcie balonowym z roku na rok zwyciężamy w najważniejszych światowych zawodach? Czy komuś przez myśl przeszło, że nasi piloci i szybownicy nie mają sobie równych w światowej czołówce?


No i jest jeszcze jeden kłopot. Sukces Anity Włodarczyk sprawił, że wielu z nas zadaje sobie pytanie: po co była nam organizacja zawodów, w których nie mieliśmy najmniejszych szans na zwycięstwo? Przecież to było jak gra w rosyjską ruletkę z załadowanymi wszystkimi komorami, w której – jako gospodarzom – przysługiwało nam prawo do pierwszego strzału... I tu jest przysłowiowy pies pogrzebany. Władza nasza kochana nie chce najwyraźniej, żebyśmy byli dumni z tego, z czego być powinniśmy tylko z tego, co zadekretuje. A teraz zadekretowała Euro. Podobnie rzecz się ma z innymi dziedzinami od historii począwszy (tu raczej nie mamy wcale być dumni tylko się urzędowo wstydzić, najlepiej ogólnie całości), przez gospodarkę- bo mamy być dumni z jej rozwalania, a nie z tego, że mimo obłędnych , antyludzkich przepisów ludziom jeszcze udaje się odnosić ekonomiczny sukces aż po przemiany społeczne, w której to dziedzinie nie mamy być dumni z polskich rodzin na przykład tylko z obecności, a przede wszystkim działalności wizerunkowej, PT Państwa Grodzkiej, Biedronia i Palikota w polskim parlamencie.

 

Patrząc na to, jak lekceważy się w Polsce tych, którzy przynoszą jej chlubę (są oczywiście wyjątki, jak Adam Małysz nieustannie dopieszczany ale tu pożytek płynący ze wspomnianego dopieszczania jest zasługą wspaniałego charakteru dopieszczanego a nie działalności dopieszczających) człek zaczyna zastanawiać się nad teorią spiskową- czy aby nie chodzi o to, żebyśmy przypadkiem nie wyleczyli się samodzielnie ze starannie hodowanych w nas kompleksów. Bo jakie może być inne wytłumaczenie tak kuriozalnej postawy? Chyba, że to po prostu taki przerost głupoty, że nie mieści się to  w głowach najstarszych górali…

 

 

Monika Nowak i Alexander Degrejt