Pomysłowość ta zresztą jest niesłychana, co potwierdza tylko wytartą już i nieco zapomnianą prawdę, że człowiek powołany jest do tworzenia.

Mieliśmy już prawie wszystko: parę lat temu niejaka Iza Kowalczyk chciała przedstawić podczas pielgrzymki Benedykta XVI do Polski pracę: „Wszyscy jesteśmy ciotami”, która ukazywała uśmiechniętego papieża trzymającego w dłoni za włosy odciętą głowę Eltona Johna. Pojawić się nie pojawiła, ponieważ faszystowskie partie prawicowe zastosowały cenzurę i odmówiły wolności sztuce, wykręcając się, jak krowa sianem - obrazą uczuć religijnych.

W 2001 r. w warszawskiej Zachęcie można było obejrzeć rzeźbę „Dziewiąta godzina” Maurizia Catellana, przedstawiającą Jana Pawła II przygniecionego meteorytem.

Mieliśmy też, co prawda zaklejane przez prawicowych faszystów, billboardy prezentujące „Więzy krwi” Katarzyny Kozyry, gdzie naga kobieta leży do góry nogami na czerwonym krzyżu.

I wreszcie… otarliśmy się o rzeźbę „Piss Christ” („Sikający Chrystus”) autorstwa Andresa Serrana - krucyfiks z Jezusem Chrystusem zanurzonym w moczu artysty.

To właśnie „wielkie dzieło” padło niedawno ofiarą rozwścieczonych faszystów z prawicy. Najpierw faszyści w liczbie ok. tysiąca urządzili manifestację pod muzeum w Awinionie, następnie w liczbie trzech wtargnęli do wnętrza i uszkodzili oprawę zabezpieczającą „dzieło”.

O „ataku na fundamentalne zasady” opinia publiczna usłyszała od razu z ust ministra kultury Fryderyka Mitteranda, o „ofensywie konserwatyzmu i reakcji” od działaczy Partii Socjalistycznej, a Liga Praw Człowieka stwierdziła, że tego typu skandale są przykładem wprowadzania purytańskiej cenzury.

Jak widać, schemat jest prosty: chrześcijańskie symbole bądź uczucia mogą być wykpiwane i poniewierane, ponieważ chrześcijaństwo jest monopolistą na rynku wiary. I jako najsilniejsze - pomimo tylu oddziaływań czy to od zewnątrz, czy od wewnątrz niszczących Kościół - musi przyjmować na siebie najwięcej ciosów od wojowników o równość i sprawiedliwość, patrząc, jak Bóg staje się dla nich towarem służącym twórczej ekspresji.

A jak urażony katolik, którego słowa, protesty pozostają bez żadnego echa, niczym wściekły na plugawienie świątyni Chrystus ośmiela się wziąć sprawy w swoje ręce i niszczy bluźniercze dzieło pseudoartysty? Oj, wtedy to się dopiero dzieje…

Bo, pamiętajmy: zakazanie artyście realizacji jego bluźnierczych wizji, zabronienie mu publicznego obrażania ludzi głębokiej wiary, którym zwyczajnie serce się kraja, patrząc, jak spotwarza się ich Boga, świadczy o braku tolerancji dla innych wyznań czy wolnej myśli artysty. Jest faszyzmem.

Proste.

Magdalena Żuraw