Obsesja ta jest już tak mocna, że Magdalenie Środzie mnożę się w oczach. Otóż jej zdaniem ciągle jestem u Moniki Olejnik (trzy razy w tym roku) i Tomasza Lisa (w tym półroczu raz). A jestem tam, bo ja sam nawet bez tematu jestem „skandalem”. „Temat zbrodni w Newtown był świetnym pretekstem do kolejnej odsłony naszego opiniotwórczego bohatera, a Niesiołowski niezłym partnerem w rozmowie, która przypominała machanie pałą. Ale bingo! Jest dobry skandal. Terlikowski nie zawiódł: wywrzaskiwał bzdury, o których będzie się jeszcze długo pisało na stronach internetowych, nawet gdy przeminie temat zbrodni w Newtown. Z niecierpliwością czekam na poniedziałkowy program Lisa. Po sukcesach Moniki Olejnik pan redaktor nie będzie miał wyjścia i też będzie musiał zaprosić Terlikowskiego, maszynkę do zwiększania oglądalności” - przekonuje Środa. Jej problem polega tylko na tym, że choć zdarza mi się podnosić głos, to akurat tym razem byłem oazą spokoju (co na tle Stefana Niesiołowskiego nie jest specjalnie trudne).

 

Samo to, zdaniem Środy, że ktoś mnie zaprasza jest najlepszm dowodem na ostateczny upadek mediów. „Wielką zaletą tego rodzaju medialnych skandali jest to, że nawet gdy przeminie ich bezpośrednie echo, to nadal są pożywką do rozmów o upadku medialnej debaty. Nadal są przykładem tego, jak sami dziennikarze przykładają się do niszczenia życia publicznego. I nim to życie sczeźnie zupełnie, jeszcze przynajmniej przez kilka lat będziemy sobie mogli porozmawiać o skandalicznych przyczynach tego sczeźnięcia. Choć nie wiem, czy będzie to miało aż taką oglądalność jak Terlikowski i czy ktokolwiek na tym zarobi” - oznajmia.

 

Aja nie mogę nie zadać pytania pani profesor, jak tam u niej w lodówce? Czy złowrogi Terlikowski nie wyskakuje także z niej? I czy przypadkiem nie czaję się w pojemniku na herbatę?

 

TPT/Wyborcza.pl