Oba miejsca, o których mówię są w Warszawie. Dzieliło je od siebie może tysiąc metrów. W jednym tysiące ludzi z białoczerwonymi sztandarami, artyści, którzy przyszli tylko po to, by się z nimi spotkać i zaśpiewać dla nich. W drugim oficjale, którzy zajęli miejsca i pustki. I niemal całkowity brak  bieli i czerwienie. Za to na Placu Zamkowym, tam gdzie mogli stać ludzie rzędy limuzyn.

Ten obraz mam wciąż przed oczami. I nie mam wątpliwości, że pokazuje on całkowicie jednoznacznie, gdzie toczyło się prawdziwe życie, gdzie byli ludzie, którzy tę żałobę chcą przeżyć i wyprowadzić z niej życie. Młodzi i starzy, z dziećmi i wnukami. A czasem sami, z dziewczyną, chłopakiem, narzeczoną czy narzeczony. Tysiące osób. I niemal każda, z którą rozmawiałem powtarzała: muszę to być. – To mój obowiązek jako Polaka! A pewien lekarz z maleńkim dzieckiem w wózku uzupełniał: nie jestem tu, by dać coś komuś do zrozumienia. Jestem tu po to, by móc sobie spojrzeć w oczy. I by pokazać dzieciom, co znaczy być Polakiem.

Inni mówili o prawdzie, o konieczności pilnowania, by nas nie okłamywano. Ale – wbrew temu, co często słychać – nie było w nich nienawiści. Była natomiast mocna, szczera nadzieja na to, że prawdę możemy poznać. I determinacja, by nie pozwolić – w imię partyjnych interesów – do zakłamania! I była w nich nadzieja, że Polska może na powrót oprzeć się na fundamentach moralności, że może być silnym, państwem, z którego będziemy mogli być dumni, tak jak już jesteśmy dumni z tego, że jesteśmy Polakami.

A siły ludziom, którzy przybywali na Krakowskie Przedmieście z wielu stron Polski dodawała jeszcze dzisiejsza Ewangelia. Ewangelia o wskrzeszeniu Łazarza. Ona także wpisywała się w ten piękny dzień. Ze słońcem, które wyglądało tylko, co jakiś czas, z chmurami i deszczem, z przenikliwym wiatrem, który jednak nie mógł zniszczyć nadziei, że po śmierci nadchodzi zmartwychwstanie, i że śmierć, cierpienie nie idą na marne.

Tomasz P. Terlikowski