To dość ponury obraz. Jan Chrzciciel - niegdyś surowy prorok, nawołujący na pustyni do nawrócenia i zapowiadający apokaliptyczne wizje o siekierze przyłożonej do pnia drzewa nieurodzajnego, nieuchronnym dniu bożego gniewu, spaleniu plew w ogniu nieugaszonym - tkwi bezbronny i zamknięty w więzieniu.

Dawniej ciągnęły do niego tłumy, szukając w jego osobie spełnia zapowiedzi, na przyjście wyczekiwanego Mesjasza. Dziś jest uwięziony przez znudzonego życiem króla Heroda.

Mimo tak gorzkiej wymowy tej sceny Kościół nazywa trzecią niedzielę Adwentu Gaudete, podkreślając przesłanie Adwentu i coraz krótszy czas, jaki pozostał do Bożego Narodzenia. Co więcej, pozwala z tej okazji na pewną kolorystyczną ekstrawagancję, jaką jest zgoda na użycie różowych, czy raczej różanych, ornatów podczas niedzielnej liturgii. Dlaczego?

Wydaje się, że aby zrozumieć tę Ewangelię, trzeba ją przeczytać od końca.

Zacznijmy od wypowiedzi Jezusa i potraktujmy ją jako swoisty rozrachunek naszych życiowych postaw.

Przypomnijmy: wyrzut Jezusa streszcza się w pytaniu o motywy naszych duchowych poszukiwań – „Coście wyszli oglądać? Coście wyszli zobaczyć?”, mając na myśli chwilowe zainteresowanie osobą Jana.

Caravaggio, Ścięcie św. Jana Chrzciciela.

Za tak postawionym pytaniem kryje się proste stwierdzenie faktu tego, że i my, podobnie jak słuchacze Jana i Jezusa, bywamy w życiu skażeni banalną sensacyjnością. Lubimy, gdy „coś” się dzieje i jest jakieś widowisko. Choć publicznie się do tego nie przyznamy, czekamy często na to, by w końcu Bóg wyciągnął upragnionego królika z kapelusza i powiedział – „oto cud! czy teraz wierzysz?”. I niestety nic takiego nie będzie, bo tak jak w przypadku orędzia Jana, Bóg w Słowie Bożym nie odpowiada na pragnienie sensacji.

To jednak nie koniec, bo jesteśmy także skażeni wybrednością. To nasza pycha i wyrafinowanie, które tłumaczą nas, że już sporo w życiu widzieliśmy, sporo przeczytaliśmy. Mamy swój intelektualny snobizm, wedle którego - gdy coś jest poniżej naszego kryterium i nie spełnia naszych wygórowanych oczekiwań - odrzucamy to mówiąc, że posłuchamy Cię innym razem. Tym samym koncentrujemy się bardziej na otoczce, a nie na orędziu, pomijając je, skoro minie efekt atrakcyjności.

I w końcu bywamy też skażeni kpiną. Mamy swój wewnętrzny dystans do spraw, potrafimy wziąć je w nawias, obśmiać i wyszydzić. Z rzeczy poważnej szybko zrobić śmieszną, zaraz dodać, że to tylko dla zabawy, hecy i tylko na żarty. Mamy swoje metody uników, swoje gardy, za którymi lekko wydymając usta chowamy się, bo tak jest bezpiecznie. Wybieramy niedbały luz, grając na przeczekanie i odwlekając czas na zaangażowanie.

Sensacja, wybredność i kpina. Są w nas i mają się dobrze. I jak się wydaje grały one również w sercu prześladowcy Jan Chrzciciela, króla Heroda. Tak, właśnie jego. Choć niedzielna Ewangelia nie wymienia go z imienia, to właśnie On jest jej prawdziwym bohaterem.

Tandetny prozaik, podniecony własną wrażliwością (co nie przeszkadzało mu popełniać zbrodni), dla którego proste uczciwe wybory były zbyt proste, by mógł ich dokonać. Wzorem nas współczesnych napawający się własnym lękiem jako oznaką subtelności duszy, z zaciekawieniem słuchający proroka z pustyni, lecz daleki od nawrócenia. Człowiek uczt, okłamujący rzeczywistą sytuację nędznego królowania pod rzymskim butem, człowiek wielkich marzeń i koneser tańca, wyczarowujący z niego nierzeczywiste światy.

W końcu tchórz - w najważniejszej chwili dokonuje mordu na Janie Chrzcicielu, który, choć interesujący pod pewnymi względami, w pewnym momencie stał się w swoich nawoływaniach do nawrócenia zwyczajnie niewygodny, mało atrakcyjny i niepotrzebny.

Kłania się Gogol - sami z siebie się śmiejecie… Powyższy opis traktuje oczywiście o nas i o naszym wnętrzu. Choć trudny do przyjęcia, jest opisem prawdziwym. W każdym z nas żyje Herod – wyrafinowany esteta, który chętnie słucha słów o zmianie życia, robi pobożne miny, rozdziera szaty i gra duchowego Hamleta, w końcu „teraz albo nigdy, czas się nawrócić”. I podobnie w chwilach decyzji staje się chwiejny i lękliwy, bo zmiana życia – tak, jak najbardziej, ale jeszcze nie teraz, nie tak od razu i nie tak szybko. Lubi odważne i mądre kaznodziejskie frazy, ale w chwili decyzji stosuje zasadę kompromisu i małej stabilizacji, nawet za cenę więzienia dla Jan Chrzcielna.

Dlatego ta ewangelia to w gruncie rzeczy pytanie o stan naszego sumienia, w którym wezwanie do nawrócenia brzmi równie mocno jak w pałacu Heroda. I podobnie jak tam, podatne jest na zbagatelizowanie i unieszkodliwienie.

Nie poprzestańmy jednak na tym i zapytajmy dalej, jak to jest, gdy umiera sumienie?

I dzieje się to powoli. Wykapuje raczej z człowieka, również tego, który gotuje, pierze, podchodzi do okna i wypatruje, czy dzieci nie wracają ze studiów w stolicy na zimowe ferie. Zabite sumienie objawia się brakiem związku człowieka z uniwersalnymi normami obowiązującymi wszystkich. I to jest tak, jakby włożyć między jego świat i świat go otaczający mleczną szybę: widzi poruszające się plamy, słyszy stłumione, niewyraźne głosy... Trudno wskazać na tarczy zegara tę minutę i sekundę, ale one istnieją. I minuta, i sekunda, i godzina. Także konkretny dzień w kalendarzu. Na zewnątrz niewiele się zmieniło, ale w głębi duszy tak…

My jako Herod. Śmieszne? Być może, ale nie opuszcza mnie przekonanie wyrażone przez Dietricha Bonhöffera: „Głupota waży na ludzkich losach i jest faktem społecznym, który należy rozpatrywać w kategoriach moralnych. Można ją przezwyciężyć tylko aktem wyzwolenia zewnętrznego” - czytamy. „Inaczej zatrzymamy się na westchnieniu – cóż to jest, „ta” prawda?”

Może to mało odkrywcze. Z drugiej strony na kilkanaście dni przed Bożym Narodzeniem warto być odważnym w odkurzaniu spraw prostych i stawianiu pytań o to, za czym tak naprawdę się uganiam, a także jak spożytkowałem swój nieszczęsny dar wolności? Czy uczyniłem go w sobie bardziej ludzkim czy nie-ludzkim…?

o. Roman Bielecki OP - dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”.

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »