Jednomandatowa ordynacja wyborcza zacieśnia związek polityków z wyborcami uniezależniając ich (polityków, nie wyborców) zarazem od partyjnych władz. Prezesi i przewodniczący politycznych ugrupowań straciliby na nich wpływ a obietnica dobrego miejsca na liście wyborczej przestałaby mieć jakiekolwiek znaczenie. Brzmi nieźle i wydawać by się mogło, że posłowie pragnąc niezależności powinni projekt poprzeć. Niestety, jest też druga strona medalu. Większość (o ile nie wszyscy) posłów zdobyła swoje fotele sejmowe tylko i wyłącznie dlatego, że ich nazwiska znalazły się na tzw. „biorących” miejscach na listach. Gdyby głosowanie było imienne, to znaczy gdyby liczyła się faktyczna ilość głosów zdobyta przez poszczególnych kandydatów, skład Wysokiej Izby różniłby się bardzo od tego, który mamy (nie)szczęście obserwować. Obawiam się nawet, że różniłby się stuprocentowo.
Dlatego nie łudzę się, że jakakolwiek oddolna inicjatywa dążąca do odbetonowania sceny politycznej przyniesie skutek w postaci zmiany ordynacji wyborczej. Akcja Pawła Kukiza jest oczywiście potrzebna i popieram jego działania całym sercem, ale ma ona raczej wymiar edukacyjny i integrujący ludzi niż legislacyjny, otwierający nową rzeczywistość ustrojową. Najlepszym dowodem na to jest brak praktycznie jakiejkolwiek reakcji posłów – oni już dobrze wiedzą, że odrzucą projekt, jedyną niewiadomą jest konkretna data jego odczytania z sejmowej trybuny.

