I dlatego Środa podkreśla, że okna życia to relikt. „To relikt epoki Dickensa. Trzeba szukać innych, bardziej systemowych, bardziej skutecznych, zgodnych z prawem rozwiązań. Należy przede wszystkim zracjonalizować i odczarować adopcję, nie może się ona wiązać - tak jak dzisiaj - z potępieniem i wykluczeniem kobiet, bo w potocznej opinii kobieta, która nie chce własnego dziecka, jest potworem, wybrykiem natury, uosobieniem zła. Nic dziwnego, że niektóre kobiety wolą zabić niechciane dziecko, niż narazić się na ten rodzaj odrzucenia” - oznajmia Środa w felietonie dla „Gazety Wyborczej”, jakby nie zauważając, że dzieciobójstwo jest w Polsce potępiane jednak mocniej, niż porzucenie dziecka.
Dlatego zamiast ratować dzieci, Kościół powinien uznać prawo do aborcji (co ukrywa Środa pod sprytnym terminem „prawa kobiet do decydowania o własnych macierzyństwie”). „Kościół robi wszystko, by przekonywać kobiety, że ich powołaniem i istotą ich życia jest macierzyństwo. Stereotyp matki, której życie służy wyłącznie dziecku, jest bodaj najsilniejszym polskim stereotypem. Daje się to odczuć szczególnie w małych społecznościach. Kobieta samotna, która zaszła w ciążę i nie czuje powołania, o którym mówi jej Kościół, jest osobą wykluczoną i bezradną. Stereotyp koniecznego macierzyństwa kobiet jest też główną przeszkodą w usprawnieniu procesów adopcji. Trzeba mieć nie lada odwagę i dużo determinacji, by przyznać, że nie chce się wychowywać dziecka, i oddać je innym. Państwo nie robi w tej sprawie nic. Szkoła nie uczy zasad świadomego rodzicielstwa ani praw dziecka. Środki antykoncepcyjne są praktycznie niedostępne, bo drogie, ale również dlatego, że lekarze i farmaceuci coraz częściej uciekają się do klauzuli sumienia. Aborcja jest nielegalna, procesy adopcyjne są trudne, dzieci przysposobionych do adopcji - bardzo mało” - oznajmia Środa, nie wyjaśniając, dlaczego zabicie dziecka ma być lepsze od jego porzucenia.
Wszystko to mogłoby zostać rozwiązane za pomocą likwidacji okien życia. „Może zamknięcie okien życia wymusi na rządzie jakiś ruch w kierunku edukacji seksualnej, uznania reprodukcyjnych praw kobiet, uznania praw dzieci (nie tylko do życia, ale godnego życia), wreszcie zracjonalizowania adopcji. Jestem jednak pesymistką; rząd nie zamierza robić rewolucji, a okna życia znajdą gorliwych obrońców w tych, którzy bronią Telewizji Trwam. I będzie, jak jest” - przekonuje filozof.
Polemizując z oknami życia w istocie opowiada się przeciwko zapłodnieniu in vitro materiałem genetycznym spoza małżeństwa. „Instytucja okien pochodzi z odległych, dickensowskich czasów, gdy dzieci traktowano jak przedmioty. Nie miały one żadnych praw - ani do szczęścia, ani do bezpieczeństwa, ani do wiedzy. Dziś je mają, a nawet są instytucje, które stoją na ich straży (m.in. ONZ). Jednym z nich jest prawo do wiedzy o własnym pochodzeniu. Okno życia uniemożliwia dziecku poznanie swoich rodziców. W XXI w. dzieci powinny mieć nie tylko prawo do przeżycia, ale też inne prawa. Wszystko to - jeśli nie mogą tego zrobić rodzice - powinno zapewnić państwo” - oznajmia Środa, jakby nie zauważając, że prawa do wiedzy o swoim pochodzeniu nie mają także dzieci z in vitro. I jakoś z tego powodu nikt nie postuluje zamknięcia banków spermy czy klinik in vitro.
„Okno życia ubezwłasnowolnia również matkę, która nie może ani śledzić losów własnego dziecka, ani zmienić decyzji w sprawie jego wychowania, bo - z prawnego punktu widzenia - nie jest niczyją matką” - snuje swoją opowieść Środa, ponownie nie dostrzegając, że jej argumentację można rozciągnąć na dawczynie komórek jajowych czy dawców spermy, a pewnym stopniu nawet na surogatki... Jeśli zatem okna życia są reliktem epoki Dickensa, to jak określić zapłodnienie in vitro?
TPT/Wyborcza.pl
