Na początku chcę podkreślić, że w ogóle nie powinniśmy złorzeczyć. Nikomu. Jest to forma „złego życzenia”, życzenia jakiegoś nieszczęścia osobie, której na przykład nie lubimy, albo która wyrządziła nam jakąś krzywdę. W ramach jakiegoś na swój sposób pojętego odwetu chcemy, aby spotkało ją coś złego.

 

Tego typu działanie stoi całkowicie w sprzeczności z nauką chrześcijańską. Oczywistym dla mnie przykładem jest Ten, za którym kroczę – Pan Jezus. Być może wielu zbulwersował On tym, co powiedział, kiedy był prowadzony na śmierć krzyżową. Przecież modlił się za swoich prześladowców! „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią” - prosił.

 

Jaka jest moc takiego internetowego złorzeczenia? Myślę, i mam nadzieję, że takie złe życzenia wyrażane w sieci, często przez osoby, które same mają kłopoty ze sobą, własną psychiką, nie mają przełożenia na nasze życie. Muszę się uczciwie przyznać, że sam nie czytam komentarzy w sieci, bo bardzo często ich autorami są ludzie, którzy wylewają w ten sposób własne frustracje. Obawiam się, że część tych osób można by zdecydowanie skierować do specjalistów. Dlaczego? Bo w ich komentarzach można znaleźć tyle nienawiści, tyle złości, która wynika z takiego bardzo agresywnego nastawienia. Mam jednak nadzieję, że to wąska grupka osób, które bardzo przeżywają własne, osobiste kłopoty, trudności, problemy. Wylewają to przez internet, bo pewnie dużo trudniej byłoby im uczynić to w świecie realnym, gdzie przestaliby już być anonimowi.

 

Jeżeli chodzi o internetowe złorzeczenia, to pragnę uspokoić czytelników Fronda.pl. Takie złe życzenia, o których mówimy najbardziej szkodzą samym ich autorom. Wydaje mi się, że działa tu mechanizm takiego samonapędzania się w tym, co człowiek czyni. Autorzy takich złorzeczeń największą krzywdę robią sami sobie, dlatego też kiedy sam coś takiego dostrzegam, uciekam się do wspomnianej modlitwy Chrystusowej. Mówię: „Panie, daj rozum, mądrość, miłość i może rozwiąż problemy tych, którzy są tak wewnętrznie niepoukładani”.

 

Rozmawiała Marta Brzezińska