Wywiad Rafała Geremka z Rafałem Ziemkiewiczem wciąga. Kiedy już się do niego siada trzeba mieć zarezerowanych kilka godzin. I to nie dlatego, byśmy dowiadywali się czegoś nowego, ale dlatego, że – jak każdy tekst RAZ-a - także ta książka wciąga i nie pozostawia obojętnym. I to od samego początku, gdy Ziemkiewicz tłumacząc się ze swoich opowieści o byciu ze wsi przyznaje, że w istocie to jest z Piaseczna, a w zasadzie z Warszawy. A często deklarowana wiejskość to zwyczajne uznanie, że jak niemal każdy w naszym kraju ma wiejskie, a nie szlacheckie czy inteligenckie pochodzenie. „Nie to mieszczan, ni to szlachta, rodem ze wsi, żyje w miastach – jak śpiewał Andrzej Rosiewicz” - deklaruje Ziemkiewicz i dodaje: „Ale jest jedna, przemożna emocja, której doświadczam. Jak to pisał Kazimierz Przerwa Tetmajer: «wolę polskie gówno na polu niż fijołki w Neapolu». Nie idealizuję tego Polactwa, ale jestem jednym z nich i jestem z nim. Wierzę, że po raz kolejny w naszych dziejach uda mu się z dzisiejszego skundlenia otrząsnąć”.
Hymn na cześć ojca
A dalej jest równie mocno, gdy autor „Michnikowszczyzny” tłumaczy, że jednym z głównych powodów obecnego kryzysu w Polsce jest brak prawdziwych mężczyzn. Prawdziwych to znaczy takich, którzy zamiast marzyć, oddawać się mrzonkom potrafią twardo rachować, oceniać swoje możliwości, ale przede wszystkim pracować dla własnej rodziny. Obrywa się jednak nie tylko „romantykom”, ale także „wiecznym chłopcom”, którzy stali się wzorcami kulturowymi. Kilka ostrych słów poświęca Ziemkiewicz także typowym polskim matkom, które wszystkiego dzieciom zakazują i wiecznie się na nie wydzierają.
„... media próbują stworzyć wrażenie, bo tak jest ideologicznie, że to mężczyzna jest głównym zagrożeniem dla dziecka, bo może je bić i molestować seksualnie. Nigdy nie mówią, że większym zagrożeniem dla dziecka jest mamusia albo nadopiekuńcza albo rozchwiana emocjonalnie; raz obsypuje dzieciaka pieszczotami i pozwala mu na wszystko, a raz bez widocznej przyczyny rozpruwa na niego bez sensu mordę. Tatusiowy klaps na pewno zaszkodzi dziecku mniej niż matczyne wrzaski. A wystarczy wyjść do supermarketu, by zobaczyć, jak przeciętna polska mamusia traktuje swoje dzieci: wrzeszczy, szarpie, popycha” - przekonuje Ziemkiewicz, gloryfikując rolę ojca.
Ta gloryfikacja przewija się zresztą przez cały wywiad. Rafał Ziemkiewicz – co wcale nie jest w Polsce takie częste, i co jest zapewne jedną z przyczyn jego odmienności – wyznaje, że został ukształtowany i uformowany przez ojca o wiele mocniej niż przez matkę. Jest on zatem nie tyle typowym polskim „mamusi synkiem”, jakich pełno na ulicach, w redakcjach, ale i na parafiach (niestety), ale raczej kimś, kogo wychował i ukształtował kochający, ale i będący źródłem autorytetu mężczyzna. „Wkurzam salon” jest zaś wielkim hołdem (choć raczej nie wyrażonym wprost) składanym własnemu ojcu. Hołdem, który – niestety – nieczęsto gości w polskim myśleniu, gdzie docenia się tylko macierzyństwo.
Wolę mieć przerąbane w prawdziwym Kościele
Ten męski, mocno zakorzeniony w chłopskim (w najlepszym, a nie koniecznie współczesnym znaczeniu tego słowa) punkt widzenia dostrzec można także w stosunku Rafała Ziemkiewicza do religii. Nie ma w nim jakichś wielkich mistycznych wzlotów (co zresztą specjalnie dziwne nie jest), nie ma silnych emocji, jest za to przywiązanie do czegoś i Kogoś, kto zakorzenia, pozwala podnosić się z upadków i jest realnym punktem odniesienia. Nie jest przy tym Ziemkiewicz, co zresztą sam przyznaje, katolikiem wzorcowym („fundamentalista – rozwodnik,”, jak sam siebie określa), ale przynajmniej w kilku sprawach przykład mogliby z niego brać także zawodowi katolicy, szczególnie ci, którym bliska jest koncepcja „katolicyzmu, ale”.
I nie jest to opinia przesadzona. Jednym z najmocniejszych fragmentów tej rozmowy są słowa Rafała Ziemkiewicza o tym, jak traktuje fakt, że nie może przystępować do komunii świętej. Zaczyna się od żalu, że Kościół nie wypracował spójnej postawy wobec dwóch milionów (w Polsce) swoich wiernych, którzy się rozwiedli. A potem jest mocne, ważne wyznanie. „Tu moje osobiste interesy rozchodzą się z tym, co uważam za dobro wspólne. Wolałbym zwyczanie iść do komunii i móc uczestniczyć w pełni sakramentów, ale z drugiej strony wolę mieć przerąbane w prawdziwym Kościele, niż być chwalonym przez jakichś ekumenicznych pajaców, któym chodzi głównie o moje składki. Nie zapiszę się do jakiegoś fanklubu Jezusa, który niewiele różni się od fanklubu Jurka Owsiaka; to już wolę być ekskomunikowany, ale przez Kościół z prawdziwego zdarzenia. Bo Jego człowiek potrzebuje tak jak żeglarz latarni morskiej. Ona musi być i świecić, choćby z daleka, żeby się można było według tego światła zorientować. Ja wierzę, że Jezus dał Kościołowi, jak to się teologicznie nazywa – depozyt wiary – i ów skarb ma być przechowany właśnie w tej niezmienionej postaci, bo stanowi on stały punkt odniesienia dla wszystkiego. A jaki sens ma latarnia morska na kółkach? Że będzie ją ktoś za mną popychał, bo sobie ubzdurał, że musi z tym światłem być jak najbliżej mnie? A na cholerę mi coś takiego” - dosadnie komentuje Ziemkiewicz.
I trudno nie stwierdzić, że to się właśnie nazywa męska postawa. Zawaliłem coś (sam Ziemkiewicz tak to określa), zaniedbałem, to ponoszę konsekwencję, a nie użalam się nad sobą i domagam zmiany. Aż trudno nie zestawić tych słów z postulatami niemieckich teologów czy świeckich, którzy domagają się zmiany nauczania, żeby im było lepiej... W tej kwestii to ów fundamentalista - rozwodnik jest o wiele bardziej katolikiem, niż stu kilkudziesięciu niemieckich profesorów teologii.
Potrzeba endecji
Pochwała męskości, co też nie jest jakąś szczególną nowością, prowadzi Ziemkiewicza do potulatów zrewidowania fundamentów polskiego myślenia politycznego. Trzeba zrezygnować z mesjanizmu, romantyzmu, piłsudczyzny na rzecz opartego na realizmie myślenia politycznego Dmowskiego – sugeruje autor „Polactwa”. Ale zawiodą się ci, którzy chcą dostrzegać w nim apologetę przedwojennej endecji. On odwołuje się raczej do podstaw tego myślenia, odrzucając to wszystko, co jego zdaniem jest błędne. Tak jest z antysemityzmem, który współcześnie jest nie tylko błędem, ale przede wszystkim skrajną głupotą, która w polityce jest zbrodnią.
„... dziś w świecie dokniętym traumą Holokaustu, w czasach, gdy jednym z ważniejszych uwarunkowań światowej polityki jest konfrontacja państwa żydowskiego ze światem arabskim, w Polsce przeturlanej kilkaset kilometrów na zachód i praktycznie pozbawionej mniejszości żydowskiej, polityczny antysemityzm jest skrajną głupotą. A głupota, zgódźmy się przynajmniej co do tego, jest tradycji Dmowskiego jak najbardziej obca” - deklaruje Ziemkiewicz. I przekonuje, że istotą endeckości jest uznanie, że patriotyzm nie jest kwestią uczuć czy emocji, ale praktyki. „Potrzebujemy Polski, bo tylko ona jest nam w stanie zapewnić bezpieczeństwo, dostatek i ugruntować podstawy wspólnoty” - przekonuje, a potem przetacza się publicystycznym walcem po „cierpieniu za miliony”.
I choć najprościej byłoby ulec temu ziemkiewiczowskiemu myśleniu – to jednocześnie trudno nie zadać pytania, czy Polska bez cierpienia za miliony, bez stawiania krzyży i odważnego znoszenia represji pozostałaby do końca sobą? Polska z marzeń Dmowskiego, to w istocie jakiś inny kraj, którego nie ma. Ziemkiewicz tak daleko nie idzie, ale pytanie zadane powyżej pozostaje aktualne... A piszę to z pełną świadomością tego, że romantyzm czy tradycja insurekcyjna często wyrastała nie z prawdziwej męskości, a z chłopięco-dziewczęcych marzeń wiecznych Piotrusiów Panów... I dlatego stawiam pytanie, jak pojednać to, co piękne i wspaniałe w polskiej tradycji z pochwałą prawdziwej męskości, która potrafi się wycofać kiedy trzeba i nie idzie na stracenie? I uzupełniam je o jeszcze jedno: czy przetrwalibyśmy jako wspólnota narodowa w kształcie rzeczywiście nam właściwym – gdybyśmy nie byli straceńcami i romantykami?
Tomasz P. Terlikowski


