Zapowiadał Pan, że nowe wydanie „Walca stulecia” będzie zmienione w porównaniu do pierwszego. Dlaczego poprawki ograniczają się jedynie do kosmetyki?

Właściwie do poprawienia ewidentnych błędów. Chyba największym było to, że lefebryści – czyli w języki powieści jesseniści – w pierwszym wydaniu odprawiali Mszę św. według rytu posoborowego, a nie trydenckiego, poza tym drobiazgi. Są pisarze, którzy jak Ernst Jünger poprawiają w nieskończoność; swoje dzieło życia „W stalowych burzach” przerabiał on chyba z osiem razy. I w ten sposób stworzył właściwie osiem różnych książek, z których pierwsza to zapis uczuć i myśli Jüngera bardzo młodego, a ostatnia człowieka dojrzałego. Druga szkoła powiada, że książki, która została napisana w pewnym momencie, poprawić się już nie da, ponieważ autor szybko staje się kimś innym. Lata płyną, doświadczenia życiowe się kumulują, przemyślenia są inne. Próbując poprawić swoją starą powieść, stałem się zwolennikiem drugiej szkoły. Nadal uważam, że od strony fabularnej „Walcowi stulecia” przydałby się co najmniej jeszcze jeden, albo dwa rozdziały dziejące się w świecie wirtualnym, ale nad tym przysiadłem, zdałem sobie sprawę, że nie jestem w stanie wejść ponownie w ten świat. Mogę już tylko albo nalepić łatę, która będzie wyraźnie się odróżniać od reszty i razić, albo napisać powieść jeszcze raz, zupełnie inaczej.

To byłyby jednak i tak zmiany fabularne, nie dotyczące przesłania.

Przesłanie to przecież to, co wynika z każdego słowa, zdarzenia, postaci. Nie jest tak, że warstwa rzemieślnicza to jedno, a przesłanie co innego, jak kromka chleba i masło, czy tort i polewa. Można je dla wygody osobno opisywać, ale są jednak nierozerwalnie ze sobą złączone. Jeżeli więc emocje autora są inne – a po 12 latach i wielkich zmianach w życiu muszą być inne – to napisać takiej łaty, żeby mogła się wtopić w tkankę powieści bez szkody dla niej, po prostu się nie da. W każdym razie dla mnie to zadanie niewykonalne.

Co więc chciał Pan osiągnąć poprzez zmiany, których w końcu Pan nie dokonał?

Chciałem bardziej zrównoważyć dwa plany czasowe powieści. W większym stopniu uczynić ją tym, czym miała być w pierwszych szkicach, traktatem na temat narodzin naszej współczesności, czyli samobójstwa Europy u zarania XX stulecia. Chciałem opisać wszystkie spiski oplatające ówczesną znudzoną europejską cywilizację, i jej intensywne oczekiwanie, pożądanie wielkiej masakry, oczyszczenia przez krew, wojnę. Bo to wszystko, co legło u podstaw książki, ostatecznie zostało odsunięte w cień przez osobiste rozterki głównego bohatera, rozdarcie między kobietami, niespełnienie jako artysty i niemożność bycia dojrzałym mężczyzną. Plan historyczny nie został w tej opowieści tak wykorzystany, jak mógł być. Nadal myślę, że to dobry temat na książkę, choć może już nieco inną. Wydaje mi się, że czas fin de siecle’u jest wart tego, by go badać. Poza tym bardzo lubię tę epokę.

Temat podobieństwa między tą epoką a współczesnością już nie raz pojawiał się w Pana twórczości.

Epoki są w pewnym stopniu podobne, symetryczne, natomiast ludzie dzisiejsi zupełnie inni do tamtych. Dziś mamy cywilizację totalnego wyziębienia, sceptycyzmu, wyobcowania, podobnego do klimatów petroniuszowskich, które kreślił Sienkiewicz w „Quo Vadis”. Ludzie sprzed I wojny światowej, wręcz przeciwnie, bardzo wierzyli w swój honor, ojczyznę, króla, rzeczy, sprawiające, że warto umierać i że śmierć może mieć sens. Wojna do czasu, kiedy ckm i artyleria zamieniły ją w absurdalną rzeź, wydawała się czymś szlachetnym, przeżyciem, które ludzi umacnia w heroizmie i czyni lepszymi. Pierwsze wydania Ernsta Jüngera, którego książka w swoim pierwszym polskim wydaniu nosiła zresztą tytuł „Książę piechoty”, a nie „W stalowych burzach”, jest zapisem tej wiary, wyniesionej jeszcze z czasów rycerskich. Gdybym nie miał wewnętrznego przekonania, że jest ona warta przypominania, nie wznawiałbym „Walca stulecia”. Nie wszystkie swoje stare książki wznawiam.

Różnica między człowiekiem początku XX i XXI wieku to różnica między człowiekiem gorącym i zimnym?

Tuż przed I wojną światową społeczeństwa przepajała wielka potrzeba dokonania czegoś wielkiego. Gdy dziś słyszymy o czymś takim, jak „duch”, uśmiechamy się chłodno i traktujemy to jako poetycką przenośnię. Dla tamtych ludzi to nie była przenośnia. Nałożenie etosu rycerskiego na bardzo modny wówczas darwinizm dało piorunującą mieszankę. Z jednej strony wierzono w honor, służbę wyższym celom, z drugiej strony wierzono, że działanie w zgodzie z nimi przyniesie konkretny, zbawienny dla świata efekt. Ci młodzi ludzie, którzy w 1914 roku maszerowali ze śpiewem na wojnę, krzycząc do rodzin i kobiet machających im chustkami, że wrócą na święta Bożego Narodzenia, byli święcie przekonani, że ta wojna będzie ostatnią w dziejach ludzkości. Mieli bowiem wygrać najlepsi – każdy sądził, że chodzi właśnie o niego – i to miało spowodować, że wszystkie problemy świata znikną. Ówczesny sposób myślenia, kontynuowany zresztą jeszcze przez kolejne kilkadziesiąt lat, wiązał problemy z różnicami natury rasowej, etnicznej, czy religijnej, co dziś jest tak niepoprawne politycznie. Szczery komunista, Władysław Broniewski, nie widział nic niestosownego, gdy pisał o pikadorczykach, że ich poezja musi być kiepska, ponieważ są z pochodzenia Żydami, a ci są z natury przyziemni i geszefciarscy, w przeciwieństwie do Słowian, którzy są wzniośli i tworzą z tego powodu też piękną poezję. Gdyby dziś ktoś próbował wyjaśniać, że ktoś myśli tak, czy inaczej, ponieważ jest Żydem, zostałby zniszczony jako antysemita. Bo dziś wiemy po prostu, do czego to prowadzi. Wówczas natomiast ogólnie przyjęty sposób myślenia prowadził do przekonania, że jeśli wymaże się z mapy Europy dekadencką Francję – tak myślał młody Niemiec – to cała Europa będzie dobrze zorganizowana, poświęcona wyższym celom, wedle sprawdzonych, niemieckich wzorców. Analogicznie myśleli Francuzi, którzy widzieli w swoim kraju wzorzec wolności i demokracji, a w Niemcach bandę tępaków, ślepo posłusznych monarsze, w dodatku sfiksowanemu psychicznie. Wszyscy ci ludzie szli na wojnę pełni najwznioślejszych ideałów, co zakłamują dzisiejsze podręczniki historii. Zgodnie z duchem naszych czasów skupiamy się na przyczynach gospodarczych, kolonialnych. A gdy czyta się teksty z epoki, widać, że te kwestie były dla tamtych ludzi drugorzędne. Oni szli umierać i zabijać dla osiągnięcia celów największych.

Jednak to się skończyło. Do czego doprowadziło to ideowe przegrzanie?

Do tego, czego się nikt nie spodziewał – piekła wojny pozycyjnej i rewolucji bolszewickiej. Jej pokłosiem była też rewolucja narodowo-socjalistyczna. Szok czterech lat krwawienia w błocie był straszny. Wojna okazała się ślepym potworem zbierającym krwawe żniwo bez patrzenia na to, kogo zabiera. Gdyby Europejczycy obserwowali Stany Zjednoczone i wyciągali wnioski z wojny secesyjnej, wiedzieliby, czego się spodziewać, ale Ameryka była wówczas zadupiem świata i nikt nią się nie interesował. W związku z tym nie zauważono, że od czasów wojen napoleońskich dużo się zmieniło – wojna stała się wielką maszynką do mielenia mięsa. Okrucieństwo wojny nie szokowało jednak, wielkie straty ponoszono także w wojnach wcześniejszych. Największym szokiem była konstatacja, że to wszystko nie ma sensu. Po raz pierwszy – to ukazał Remarque w „Na zachodzie bez zmian” – powszechne staje się przekonanie, że wojna niszczy wszystkich i nie prowadzi do niczego. Żołnierze giną przypadkiem, bez względu na zasługi, okazane cnoty czy ich brak, bez żadnej logiki. W związku z czym staje pod znakiem zapytania istnienie Boga. Dlatego wszystko, co się kojarzyło z tamtą epoką, zostało po wojnie odrzucone. Właściwie do dziś ktoś, kto mówi o patriotyzmie, jest w skutek doświadczeń tej wielkiej rzezi traktowany jako ktoś, kto chciałby podpalić świat. Z perspektywy dzisiejszej, wychłodzonej epoki, uważam, że w tym wielkim piecu zginęło także wiele rzeczy wspaniałych, za którymi bardzo tęsknię i za którymi serce się rwie, choć zdaję sobie też sprawę ze wszystkich jej mankamentów.

W czasie I wojny światowej utraciliśmy wolę walki?

Z całą pewnością. Wola walki wynikała z poczucia jej sensu, który nie znikał, nawet wtedy, gdy się w walce ginęło. Ci ludzie właśnie dlatego byli od nas szczęśliwsi, choć mieli okropną opiekę medyczną i byli niedożywieni – co w kontekście współczesnego przeżartego świata nie wygląda aż tak strasznie – dlatego, że ich życie miało sens. Istniały oczywiste, nie wymagające nawet spisywania zasady godnego postępowania. Widać to nawet w drobiazgach. Czy wie Pan w jakim stopniu wojskowym był Mikołaj II?

W jakim?

Pułkownika. Ciekawe, prawda? Jako car-samowładca mógł przecież mianować się na dowolny stopień, nawet takowy dla siebie wymyślić. Ale jego ojciec nie przygotowywał go do objęcia tronu, sądząc, że ma na to jeszcze wiele czasu, a zginął przedwcześnie w wyniku zamachu, i z tej przyczyny syn wstąpił na tron zupełnie nieprzygotowany. Między innymi, w karierze wojskowej doszedł tylko do stopnia pułkownika. W momencie, kiedy został carem, został tym pułkownikiem już na zawsze, gdyż jemu i jego otoczeniu wydawało się oczywiste, że nie może sam siebie mianować na wyższy stopień. Że to by było nie w porządku, nie tak, jak należy. To wyczucie, co wypada, kompletnie zniknęło wraz z tamtym światem. Wśród współcześnie rządzących nie ma takiego poczucia przyzwoitości, że czegoś zrobić nie wolno, mimo że można, że czegoś nie wypada. Argument straty honoru jest dla współczesnego Europejczyka czymś zupełnie niezrozumiałym. Dla Azjaty zaś jest to wciąż argument bardzo silny i to powoduje, że właśnie ta cywilizacja jest obecnie bardzo prężna, znacznie bardziej od naszej.

Ale przecież człowiek cały czas dąży do stabilizacji i lepszych warunków życia.

Natura nie pozakładała nam bezpieczników na sytuacje, które w naturze się nie zdarzają, jak np. nadmiar pożywienia. Człowiek ma rozmaite fizjologiczne mechanizmy, które pojawiają się w momencie niedożywienia i mają naprzemiennie powodować oszczędzanie energii i jej przypływ, który pomaga mu coś upolować. Ale każdy dietetyk potwierdzi, że nasze organizmy są zupełnie bezbronne, gdy spożywamy w nadmiarze pokarm zbyt wartościowy. Przyczyną chorób cywilizacyjnych jest właśnie rafinowany cukier czy mąka oczyszczona, które nam smakują, chcemy ich jeść jak najwięcej, choć niby wiemy, że nam szkodzą i w skrajnych sytuacjach mogą nas nawet zabić. Ten mechanizm dotyczy nie tylko fizjologii. Nie mamy naturalnych bezpieczników, musimy wypracowywać bezpieczniki kulturowe. Wojciech Wasiutyński w mało znanej w Polsce broszurce „Ziemia jest ciałem niebieskim” zwraca uwagę na to, że człowiek jest istotą z natury nienaturalną, w związku z czym hasła „powrotu do natury” są bez sensu. Człowiek chodzi pionowo, jest aktywny seksualnie przez cały rok, nie ma podstawowych instynktów − potrafi bezsensownie zadawać ból, czego nie robi żadne zwierze, potrafi też pokonać swój instynkt zachowawczy i sam się zabić. Te „braki” w stosunku do zwierząt musimy uzupełnić normami kulturowymi. Problemem naszej dzisiejszej cywilizacji jest to, że te niezbędne do istnienia normy kulturowe rozmontowała. W czynieniu sobie świata poddanym poszliśmy tak daleko, że stworzyliśmy zagrożenia, przed którymi nie jesteśmy zabezpieczeni w sposób naturalny. Tylko rozum jest nas w stanie przed nimi chronić, a rozum, żeby wiedział, przed czym musi się bronić, niestety potrzebuje najpierw nauki, przeważnie bolesnej. Stąd i ta lekcja, jaką odbiera nasza cywilizacja w tej chwili.

Czy ten problem związany jest także z zanikiem umiejętności zabijania? Popatrzmy choćby na notorycznie powracający problem somalijskich piratów, z którymi znacznie przeważająca technologicznie Europa nie jest sobie w stanie poradzić.

Ale inni tak. Gdy ci piraci odważyli się napaść rosyjski statek, zaraz zostali złapani i zawiezieni do Moskwy, gdzie zapewne trafią do łagru, z którego łatwo nie uciekną. Przypuszczam, że jeśli zaatakują statek chiński, będzie podobnie. Zatrata instynktu obronnego jest właściwa cywilizacji, którą nazywamy białą, choć i to określenie jest obecnie niepoprawne politycznie, i to samo w sobie jest jednym z objawów. Gdy się raz sparzymy herbatą, to potem przesadnie na nią dmuchamy i pijemy za zimną. Gdy otrzymaliśmy lekcję, że nadmiar entuzjazmu jest szkodliwy, popadliśmy w chorobę sceptycyzmu i dystansu. Dla naszych przodków to, że nie można powiesić piratów, którzy nas atakują, byłoby absurdalne. Wystarczającym powodem do ich wieszania byłoby, że zajmują teren, który my mamy ochotę zająć. Człowiek współczesny poszedł w przeciwną skrajność i boi się jakiejkolwiek stanowczości.

W „Walcu stulecia” pojawia się Kościół Ekumeniczny, jako symbol chrześcijaństwa wypłukanego z głębszych treści. Czy także to wypłukanie jest winne kryzysowi naszej cywilizacji?

Jeśli mamy rozumieć ekumenizm tak, jak definiuje się go od pewnego czasu, czyli jako tworzenie religii uśrednionej, która nikogo nie obraża i którą każdy może zaakceptować, to można w ten sposób stworzyć tylko coś, co jest oczywistą bzdurą i pozorem. Na samym brzdąkaniu w gitarkę i mówieniu, że Bóg nas kocha, nie da się zbudować poważnej postawy, a już na pewno nie cywilizacji. W jakimś stopniu ten współczesny, chory ekumenizm – przeciwny zdrowemu ekumenizmowi, poszukującemu pokoju między wyznaniami, ale opartemu na pielęgnowaniu odmienności – musi polegać na eliminowaniu tego, co różni religie biorące udział w takim dialogu. A niesprzeczna pozostaje tylko dekoracja. To na swój sposób analogia do tego, co widać było w starożytnym Rzymie, w którym przed wejściem chrześcijaństwa wprowadzanie kolejnych bożków wszystkich podbitych ludów uczyniło religię tylko pozorem, w który nikt już nie wierzył. Religia ekumeniczna jest czymś z założenia podobnym do obrzędów odprawianych w indiańskim rezerwacie dla uciechy turystów. Ludzie, którzy dążą do stworzenia takiej synkretycznej religii, doskonale zdają sobie z tego sprawę. Oni tak naprawdę tworzą nową religię, bez Boga. Oni doskonale wiedzą, że to, co robią ze starymi religiami, to nie jest umożliwianie im dalszego istnienia, ale ich niszczenie. Chcieliby, że ich nowa wiara wyparła wszystkie inne tak, jak chrześcijaństwo wyparło te błyskotki pogańskie.

Czy Kościół katolicki może przywrócić wartości i równowagę między instynktem samozachowawczym a totalnym wychłodzeniem?

Przywracaniem wartości zajmuje się od czasu do czasu osobiście Pan Bóg. U mnie na wsi mówi się rubasznie, że „kiedy strach koło dupy, wtedy czas do pokuty”. Widzimy, co się dzieje, kiedy spada samolot w Smoleńsku. Nagle wesołkom cichnie śmiech na ustach, nagle okazuje się, że są w życiu rzeczy poważne, których wyeliminować się nie da, a taką rzeczą jest śmierć. W jakimś sensie wartości istnieją zawsze, tylko czasem ludzie o nich zapominają, aż zdarzy się coś, co dowodzi, że są godne tego, by o nich pamiętać. Niech tak, powiedzmy, zamiast jednego wulkanu na Islandii wybuchnie pięć, zadymią one niebo i spowodują ochłodzenie klimatu, i gwałtowny nieurodzaj w Europie, albo niech nagle odwróci się golfsztrom, co jest według niektórych klimatologów bardzo możliwe, i także spowoduje wychłodzenie, prowadzące do klęski głodu… Wyobraźmy sobie, że nie jedna Grecja wpada w kłopoty finansowe, a kryzys, który zażegnuje się metodą leczenia kaca kolejnymi klinami, doprowadzi do upadku systemu finansowego, po którym ludzie uświadomią sobie, że to, co uważali za pieniądze, nigdy nie istniało. Każdy z takich momentów może przypomnieć ludziom, że trzeba żyć zupełnie inaczej. Rola Kościoła polega na przechowywaniu wartości w stanie niezmienionym. Dlatego jestem przeciwny sposobowi myślenia, że Kościół, żeby trwać, powinien się dostosowywać do panujących mód. Zresztą historia pokazuje, że zawsze, gdy Kościół próbował się dopasowywać, źle się to dla niego kończyło. Historia uczy, że wiara chrześcijańska rozwijała się przez kolejne historyczne katastrofy. Gdyby Rzymianie nie zburzyli świątyni jerozolimskiej i nie rozpędzili żydów po całym imperium, chrześcijaństwo prawdopodobnie nie stałoby się religią panującą w cesarstwie. Gdyby nie upadek Rzymu i przyjęcie chrześcijaństwa przez barbarzyńców, nie zapanowałoby ono w całej Europie. Być może za ileś lat ktoś, kto będzie o tym opowiadał doda kolejny przykład, że gdyby Europa nie upadła i nie została zdominowana przez ludy azjatyckie czy afrykańskie, to chrześcijaństwo nie zapanowałoby na całym świecie. Jak mawiał Pan Zagłoba, nie rzecz Panu Bogu zaglądać w rękawy, co dla ludzi naszykował, ale być może dbanie o to, by Europa nie upadła, jest równie działaniem jałowym i sprzecznym z planem Opatrzności, jak ongiś dbanie o to, by imperium rzymskie nie zostało przejęte przez ludy barbarzyńskie.

Czy zapanowanie chrześcijaństwa nad światem musi nastąpić na zasadzie zjednoczenia jessenistów z rosyjskimi oligarchami?

Nie mam pojęcia. W powieści szkicuję pewne warianty, które wydają mi się możliwe. Historia nie musi się powtarzać, ale historia ochrzczenia plemion barbarzyńskich przez upadający Rzym pokazuje, że taka wizja jest możliwa. Z dzisiejszego punktu widzenia można powiedzieć, że te ówczesne plemiona były w czymś w rodzaju mafii. Tak jak naszemu Mieszkowi I, tak i Chlodwigowi opłacało się mieć taką religię, która była znacznym postępem wobec tego, co barbarzyńcy wyznawali wcześniej. Z tego można wysnuć wniosek, że oligarchiczne organizmy mafijne, które powstaną – a one już powstają i w niedalekiej przyszłości moim zdaniem będą dominować na świecie – będą zainteresowane ochrzczeniem się. Ale to oczywiście tylko spekulacje i nikt nie może ich zweryfikować, chyba że zamrozi się w ciekłym azocie jak Walt Disney i każe odmrozić za kilkaset lat.

Dlaczego w „Walcu stulecia” występuje tylko jedno dziecko?

Prawdopodobnie dlatego, że autor nie miał wówczas dzieci, nie zadawał się z dziećmi i ta sfera życia była mu głęboko obca, więc nie miał na jej temat nic do powiedzenia. Myślę jednak, że w świecie powieści to się tłumaczy. Już w obecnym świecie posiadanie dzieci nie jest modne. Jeśli się przyjmuje zasadę, że żyjemy po to, by zrealizować swoje prawo do szczęścia, żyć wygodnie i mieć maksymalne zadowolenie, to po co dzieci? Szczególnie w sytuacji, kiedy zabezpieczenie na starość przyjęliśmy uważać za problem państwa, a nie osoby.

Postaci występujące w „Walcu stulecia” w ogóle nie myślą o przyszłości – albo są zakorzenione tu i teraz, albo odwołują się do minionej już przeszłości.

Zajmowanie się przeszłością jest rzeczą wąskiej grupy pasjonatów, do których należy Orin Bethlen, przyszłością zajmują się również fachowcy, których nazywam deweloperami. W 1997 roku, kiedy pisałem moją powieść, nie wiedziałem jeszcze, że za kilka lat tym pojęciem określać się będzie w Polsce kogoś, kto buduje osiedla mieszkaniowe czy punktowce. Cechą naszej cywilizacji jest to, że ufamy fachowcom, więc myślenie o przyszłości zostawiamy fachowcom od myślenia o przyszłości. Dzieje się to z tego samego powodu, dla którego nie mamy dzieci – ponieważ staramy się żyć chwilą. To nas skłania do myślenia, że współczesność będzie trwać zawsze i się nie będzie zmieniać.

Ale przecież oni, jako fachowcy, mają większą wiedzę od zwykłego człowieka i łatwiej im myśleć o przyszłości, także jego.

Tylko czy rozsądne jest pozostawienie mediom myślenia za mnie, co jest rozsądne? Kult fachowości doprowadził do tego, że właściwie nie wiadomo, po co człowiek jest. Ma żyć, ale każdym konkretnym aspektem jego życia mają się zajmować jacyś fachowcy. To jest sprzeczne z modelem człowieka, który wyznawano kiedyś, który wskazywał na to, że każdy z nas w jakiejś mierze niesie na sobie odpowiedzialność za wszystko – nie tylko za siebie, ale także za swoją rodzinę, ojczyznę, czy Europę. To także jedna z tych cech, które utraciliśmy w trakcie wojny światowej.

„Walc stulecia” to była pierwsza książka, w której skupił się Pan w dużej mierze na psychologii postaci. Czy oznaczała ona zmianę Pana zainteresowań?

Bo, rzecz ciekawa, młody człowiek ma większą skłonność do zajmowania się problemami całej kuli ziemskiej, myśli o przyszłych stuleciach. A z wiekiem coraz bardziej interesuje go to co najbliżej, życie prywatne. W moim przypadku w każdym razie tak było. Wkraczałem do literatury jako człowiek myślący wielkimi kwantyfikatorami, o ojczyźnie, o wielkich zbiorowościach ludzkich, stąd wybór literatury science fiction, która ze swej natury zajmuje się najchętniej modelowaniem losów całych cywilizacji i układów planetarnych. Potem z czasem coraz bardziej zacząłem dostrzegać codzienność – może w miarę nabierania życiowych doświadczeń, dokonywania odkryć, które może z perspektywy czterdziestolatka są śmieszne, ale piętnastolatek o nich jeszcze nie wie, na przykład, że ludzie są różni. Kiedy mamy paręnaście lat myślimy, że wszyscy myślą w ten sam sposób, w związku z czym rozumiemy się wszyscy nawzajem doskonale. Później się jednak okazuje, że nawet ludzie, którzy się bardzo kochają, nie potrafią się nawzajem porozumieć, jak przysłowiowa gęś z prosięciem. Do tego dochodzą rozmaite paskudne rzeczy i okazuje się z czasem, że potrafimy się nawzajem krzywdzić, zupełnie tego nie chcąc. Stąd moje stopniowe odsuwanie się od formuły fantastyki.

Czy fantastyka nadaje się w ogóle do opisu psychiki człowieka?

Klasyczna fantastyka się tym nie zajmowała. Wynikła z utopii, antyutopii, oświeceniowej powiastki, która chciała rozważać pewne sprawy na modelu. Robot, sztuczne życie, to na przykład model, za pomocą którego doskonale rozważa się relacje stwórcy ze stworzeniem i odwrotnie, podobnymi modelami są podróże kosmiczne, alternatywne przebiegi historii czy skoki w czasie. Dzięki nim możemy testować sobie rozmaite wyrozumowane hipotezy. Myślę jednak, że wśród tricków, które przyniosła literatura fantastyczna jest wiele takich, które zdolny pisarz może użyć także penetracji psychologicznych i to czyniąc je fabularnie znacznie bardziej atrakcyjnymi i jaśniejszymi, niż wgłębianie się w drobiazgowe analizowanie stanów emocjonalnych. Najlepszymi przykładami są powieści Philipa Dicka, który nawiasem mówiąc, gardził fantastyką i ilekroć udało mu się uciułać trochę więcej pieniędzy, rzucał science fiction i zaczynał pisać coś, co miało być „prawdziwą literaturą”. Niestety, powieści współczesne pisał marne, a z jarmarcznych schematów i rekwizytów fantastyki potrafił układać rzeczy niesamowite. „Ubik”, w której główni bohaterowie są martwi, ale żyją w świecie pozorów wygenerowanym przez ich gasnące umysły jest powieścią genialną i ktoś, kto nie przeszedł szkoły literatury fantastycznej nie wpadłby na pomysł takiego rozpisania wewnętrznego świata na obrazy.

Czy „Walc stulecia” był swoistą spowiedzią?

Aż tak to nie. Gdy go pisałem, bardzo poważnie traktowałem literaturę i uważałem, że jeśli mam doświadczenia, które wymagają artystycznej rafinacji, to należy to zrobić nie biorąc pod uwagę, że to ktoś może przeczytać i odnieść do konkretnej sytuacji. To problem funkcjonowania artysty w normalnym życiu, co, jak wiemy w większości przypadków, wielu się nie udaje. Pisanie powieści przypomina nieco aktorską metodę Konstantego Stanisławskiego, który uczył, że aktor musi najpierw w sobie znaleźć emocje, które ma ukazać, bo inaczej nie będzie mógł ich realistycznie przedstawić. Pisarz zawsze pisze o tym, co przeżył, ale zawsze to deformuje. Ktoś znajomy czy spokrewniony czytając taką powieść od razu odnosi ją do rzeczywistych wydarzeń. Trochę to utrudnia życie i dlatego, gdyby dziś powieść zaczęła mi się robić tak „bebechowa”, odpuściłbym.

Dość bezkompromisowo potraktował Pan Orina Bethlena.

A co, nie zasłużył sobie? Czasami zastanawiam się nad tym, dlaczego kolejni bohaterowie mojej prozy są takimi beznadziejnymi dupkami. Chciałbym opisywać fajnych, heroicznych facetów, ale jakoś mi to nie wychodzi. Mogę się usprawiedliwiać tylko, że nawet wielcy mistrzowie tak mają. Joseph Conrad w chyba jedynym wywiadzie, którego udzielił, powiedział, że zawsze chciał napisać powieści o wierności, bohaterstwie i odwadze, ale ile razy zaczynał, po jakimś czasie orientował się, ze znowu pisze o małości, zdradzie i tchórzostwie. Bardzo bym chciał kiedyś napisać powieść z fajnym bohaterem, z którym czytelnik mógłby się utożsamić. Naprawdę.

Rozmawiał Stefan Sękowski.

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »