Publicysta przypomina, że pani prezydent machała wtedy wyrokiem sądu, który stwierdzał, że od stycznia 2009 roku kupcy zajmują teren bezprawnie, ale kibicujące pogromowi media zgodnie przemilczały fakt, że wyrok ten nie był jednoznaczny z nakazem opuszczenia blaszaka w jakimś określonym terminie. Spór rozegrał się więc o pół roku, którego kupcy potrzebowali na wybudowanie sobie hali targowej w innym miejscu. - Ratusz, po pierwsze, żądał terenu na placu Defilad już, natychmiast. Po drugie, nie godził się na to, żeby KDT przeniesiono gdzie indziej. Oferował kupcom rozparcelowanie ich po różnych lokalizacjach - trochę tu, trochę tu. Ale przecież sens tego przedsięwzięcia, i pożytek, jaki z niego mieli konsumenci, wynikał właśnie ze skupienia wszystkich tych sklepików i warsztatów usługowych w jednej hali – zauważa publicysta.
Ziemkiewicz najbardziej ubolewa nad tym, że w trzy lata po brutalnym rozpędzeniu kupców i zlikwidowania pożytecznej dla mieszkańców, ci którzy do tego dopuścili przyznają się, że nie ma jeszcze gotowego projektu muzeum, pod które tak pilnie potrzebowali Placu Defilad. - A skoro nie ma tego projektu, to znaczy, że nie ma też ostatecznego projektu połączonej z nim stacji metra; właśnie niemożność uzgodnienia planów z biurokratami odpowiedzialnymi za II linię metra podał szwajcarski architekt jako przyczynę zerwania kontraktu – punktuje publicysta „Rz” i „Urz”.
Zdaniem publicysty, mieszkańcy Warszawy od początku nie mieli wątpliwości, co do kłamstw pani prezydent. Najpierw, przez prawie rok od wygonienia kupców, z opustoszałą halą nie działo się nic, potem przez wiele miesięcy po jej rozebraniu stał opustoszały plac, by dziś wyrosły tam... inne metalowe baraki, mieszczące biura budowy metra - „na pewno nie mniej "szpecący" centrum miasta, co jest ważne z uwagi na tak uparcie podnoszony przeciwko KDT argument estetyczny”.
- Innymi słowy, od dawna mogliśmy się domyślać tego, że motywując brutalną akcję blokowaniem przez kupców niezbędnej miastu inwestycji, pani Gronkiewicz Waltz kłamała - i to kłamała równie bezczelnie, jak łgała jej partyjna koleżanka o przekopywaniu ziemi pod Smoleńskiem "na metr w głąb", albo jak robił to ich najwyższy zwierzchnik zapewniając w tydzień po katastrofie, że wszystkie telefony o laptopy ofiar katastrofy oraz zawarte w nich tajemnice państwa polskiego i NATO zostały skutecznie "zabezpieczone przez polskie służby specjalne". Ale teraz do tego kłamstwa Ratusz wreszcie się, de facto, przyznał – pisze w swoim cotygodniowym felietonie dla portalu Interia.pl Rafał A. Ziemkiewicz.
Jedyna sensowna hipoteza dlaczego kupcom nie dano tych sześciu miesięcy na znalezienie sobie nowego miejsca, choć miasta nie goniła żadna budowa (do tej pory nie ma nawet projektów muzuem) jest – jak pisze Ziemkiewicz – fakt, że kupcy z KDT psuli interes namnożonych wokół galerii handlowych, w których można było kupić to samo, co w blaszaku, tylko znacznie drożej. - Ratusz więc odegrał rolę zbira, wykonującego w ich interesie brudną robotę – ocenia publicysta.
- Czy to przykład odosobniony? Najgorsza rzecz, że właśnie typowy. Organy państwa i samorządu często służą w III RP za najemnego zbira różnym mętnym typom i ich szemranym interesom. Bruździ ci konkurencja, chcesz kogoś zniszczyć i masz na to forsę? Możesz oczywiście wynająć bandziorów, żeby konkurenta podpalili albo podłożyli mu bombę w samochodzie. Ale w tym "państwie wielkiego cywilizacyjnego sukcesu" skuteczniej jest dać w łapę miejscowej prokuraturze, żeby zgnoiła go pod jakimś całkowicie wyssanym z palca zarzutem, na przykład, prania brudnych pieniędzy. Albo skarbówce, żeby naliczyła mu wzięty z sufitu zaległy podatek i zniszczyła egzekucją komorniczą. Co tam, że po latach jakaś wyższa instancja uzna w końcu te działania za bezprawne, tyle to pomoże, co umarłemu kadzidło – podsumowuje Ziemkiewicz.
Całość felietonu na portalu Interia.pl.
eMBe

