Publicysta przypomina, że według danych Związku Kontroli Dystrybucji Prasy, średnia sprzedaż "Wprost" w roku 2011 wyniosła 97 tysięcy egzemplarzy. - Nie bardzo jest czego gratulować - to piąte miejsce w segmencie, za "Gościem Niedzielnym", "Polityką", "Uważam Rze" i "Newsweekiem" - ocenia Ziemkiewicz.
- No, skoro mamy już te tabelki ZKDP przed nosem, to zobaczmy. W roku 2009 "Wprost" sprzedawał 98,5 tysięcy egzemplarzy, a "rozpowszechniał płatnie" 115 tysięcy. Owszem, pierwsze półrocze roku 2010 zamykają już liczby znacznie mniejsze, ale głównie wynika to ze "zwinięcia" przez sprzedającego tytuł starego wydawcę reklamowego rozdawnictwa - zresztą kryzys sprzedaży w chwili zamętu właścicielskiego to zjawisko normalne (rozciągnięta na dłuższy czas transakcja sprzedaży tygodnika miała miejsce w pierwszych miesiącach 2010, Lis naczelnym został bodaj w marcu) przypomina publicysta.
Ziemkiewicz pisze, że takie głupie kłamstwa mogą się brać jedynie z poczucia bezradności. - Dlatego o tym drobiazgu piszę, jak wspomniałem, że jest symboliczny, podobnie jak symboliczny dla III RP i jej ciurów jest ten pluszak w ręku premiera. Goebbelsowską metodą tyle razy przy tylu różnych okazjach w tylu mediach powtarzano, jak to Lis "uratował" "Wprost" (i jak zmienił tytuł rzekomo "będący organem jednej partii" w "niezależny"), że najwyraźniej on sam w to uwierzył - czytamy.
- Podobnie funkcjonują dziesiątki starych kłamstw, tylko siłą inercji, dzięki temu, że ludzie nie mają czasu, a często nawet ochoty, weryfikować tego, co wielokrotnie słyszeli - pisze Ziemkiewicz i przypomina choćby sprawę Barbary Blidy.
- Kłamstwo szeroko rozpowszechnione ciągnie się za sprawą w nieskończoność, jak przysłowiowy smród za wojskiem. I tak samo jak to jest ze smrodem - choćbyś nie wiem ile razy go przygważdżał, nie przygwoździsz - pisze publicysta "Rz".
Całość felietonu na portalu Interia.pl.
eMBe/Interia.pl

