"Na setki sposobów powtarzana jest przez polityków, publicystów i tzw. ekspertów, utrzymywanych z unijnych funduszy, mantra, iż tylko przyśpieszenie, zacieśnienie i pogłębienie może uratować wspólną walutę, a wspólną walutę ratować trzeba, bo bez niej rozpadnie się Unia, a jeśli rozpadnie się Unia, to będzie wojna.

 

Dmie ten balon cała eurokracja i uzależnione od niej media; dmą też, i to już szczególnie groteskowe, nasze establisz-męty. Pan minister Sikorski postanowił - zgodnie z dotychczasową strategią tego rządu, którą określiłbym jako strategię "na prymuska" - wyskoczyć przed stado, by przez chwilę poudawać, że je prowadzi. Nasłodził więc Niemcom takich farmazonów, jakich oni sami wygłaszać nie mieli dotąd śmiałości.

 

Niemcy, nie bójcie się wziąć Europy za kark i zaprowadzić w jej finansach swój ordnung - zawołał do niemieckiego   hegemona z pozycji ubogiego krewnego, deklarując, że państwo polskie chętnie się temu dyktatowi podda. Przy okazji zaproponował połączenie urzędu przewodniczącego Komisji Europejskiej z urzędem przewodniczącego Rady Europejskiej, co miałoby niby dać Europie urząd o większym znaczeniu.

 

Nie wiadomo, na jakiej zasadzie dodawanie zer miałoby dać coś więcej niż zero, bo przecież władza pana Barroso jest minimalna, a pana Van Rompuya całkowicie symboliczna. Taki hipotetyczny "barrompuy" nie byłby więc żadnym przywódcą, ale na pewno zażywałby większych niż ktokolwiek dotąd we Wspólnocie splendorów; chodziłaby za nim krok w krok eskorta nie sześciu, jak za Buzkiem, ale ze dwunastu woźnych.

 

Osobiście sądzę, że łącząc wiernopoddańczy hołd dla Niemiec z tą propozycją minister Sikorski zdradził faktyczne motywy swego postępowania: idę o zakład, że nasza gorliwość europrymusika służy zabieganiu o wymarzoną przesiadkę do Brukseli dla Tuska, bo przecież nie ma wątpliwości, kto miałby być kandydatem na takiego fasadowego "lidera Europy", maskującego faktyczne rządy nad nią Berlina".

 

Dostaje się od Zemkiewicza mediom krajowym, które zachłysnęły się mową Sikorskiego. Ziemkiewicz twierdzi, że każde stworzenie federacyjnego tworu europejskiego powiększy animozje róznych narodów, które będa się wzajemnie oskarżać o pasożytnictwo. Publicysta twierdzi też, że na samym "jednoczeniu przez centralę" słabo wyjdą sami Niemcy:

 

"(...) ponad animozje wzajemne wybiłaby się oczywiście w niej narastająca niechęć do Niemców. Siedemdziesiąt lat to nie aż tak dużo, żeby sobie nagle małe narody nie przypomniały, że niemiecka skłonność do imperialnej ekspansji już dwa razy spowodowała wojnę, i nie doszły do wniosku, że za sprawą Unii Europejskiej i wspólnej waluty Niemcy zrealizowali wreszcie testament kajzera i Hitlera, osiągając kredytem to, czego tamtym nie udało się osiągnąć podbojem wojskowym.


Zresztą w Europie, w której wszyscy krajowi namiestnicy tłumaczyliby swoim rodakom, że nie chcą ich tak łupić, ale muszą, bo Berlin kazał, niemiecka centrala musiałaby szybko zacząć tłuc ich po łapach, a potem po łbach, żeby powstrzymać zapędy do oszukiwania kontrolerów kreatywną księgowością i sabotowania poleceń.


Mówiąc krótko, jeśli Niemcy chcą znowu ściągnąć na siebie nienawiść całej Europy, to pomysł, by brać w swoje ręce przyszłość strefy euro, jest świetny".

 

Na koniec Ziemkiewicz wieszczy, że "nadal jedna wspólna waluta, tylko różna w różnych krajach. Będzie euro niemieckie i euro greckie, i różne inne euro. Nieważne, jak tam sobie poradzą wynajęci fachowcy ze szczegółami, pewnie wszystkie owe euro połączy się jakimiś "korytarzami", systemami przeliczeń i parytetów, mniejsza o samą inżynierię finansową. Specjaliści od euroentuzjazmu będą w każdym razie krzyczeć, że wspólna waluta została uratowana i nadal się coraz bardziej integruje (...)"

 

PSaw/Interia.pl