W dwóch potężnych strumieniach pieszych, sunących po obu stronach ulicy Sobieskiego w stronę Wilanowa, panował nastrój spontanicznego pikniku. Pogoda była ładna, ludzie w owych czasach mniej się spieszyli, bo nie było dokąd, no i niezwykłe wydarzenie sprawiło, że było o czym rozmawiać, choć te rozmowy przycichały w pobliżu licznych, ale kręcących się z niejakim zagubieniem i rzadką u nich niepewnością patroli milicji.
Dotarłem po tym długim, przymusowym spacerze do domu i włączyłem "Dziennik Telewizyjny". A w owym dzienniku jedną z pierwszych wiadomości (ściślej: pierwszą po jeździe obowiązkowej, którą w ówczesnych programach informacyjnych stanowiło szczegółowe wyliczenie, gdzie był tego dnia z wizytą pierwszy sekretarz, gdzie premier, i które z partyjno-państwowych ciał rządzących obradowało nad jakim ważkim problemem), była elektryzująca informacja o bardzo pożytecznym dla obywateli udogodnieniu wprowadzonym właśnie przez władze miasta stołecznego Warszawy.
Wyglądało to tak: czołowy prezenter DTV stał na tle zupełnie pustego ronda w centrum stolicy i opowiadał, że w Warszawie wprowadzono właśnie specjalny pas przeznaczony tylko dla autobusów miejskich, dzięki czemu transport publiczny nie będzie już grzązł w korkach, wszystkim nam będzie się podróżowało lepiej, i w ogóle trzykrotne hip-hip hurra władzy, która tak dba o obywateli.
Nie pamiętam już czy relacja obejmowała rozmowę z wyrażającym radość i wdzięczność przedstawicielem społeczeństwa - nie to było ważne, co mówił "dziennikarz" z DTV i jego ewentualny gość (tak naprawdę te bus-pasy były już od paru tygodni), tylko dyskretnie eksponowany przez kamery widok za jego plecami. Otóż za jego plecami po pustym rondzie jeździły w kółko dwa, a może trzy miejskie autobusy, pozorując dzień jak co dzień i normalną pracę MZK.
Nie muszę chyba dodawać, że o żadnym strajku komunikacji nie było ani słowa.
Dlaczego publicysta szczegółowo przytacza tamtą historię? Przeczytaj całość felietonu na portalu Interia.pl.
eMBe

