Rzecz w tym, że patrzę nań tak właśnie, jak świat zachodni patrzył w latach osiemdziesiątych na wspomniany konflikt iracko-irański. Wzięli się za łby Saddam Husajn z Chomeinim? Wyrzynają nasi wrogowie jedni drugich z zapałem? Świetnie. Jak wam możemy pomóc, boys, żeby nie zabrakło wam przypadkiem broni i woli walki aż do pełnego zwycięstwa?

 

Nie żebym zmienił zdanie o tej kreaturze, jaką jest Palikot, ale w bijatyce między nim a tymi, którym się tak udał, warto by go wesprzeć. Tym bardziej, że nawalanka jest jak na razie jednostronna. Palikot jakby nie rozumiał, o co w ogóle do niego ma salon pretensje, i jeszcze się mu nie odszczekuje. Czekam, aż zacznie.

 

Bo Palikotowi − idę o zakład − się po prostu „wypsnęło”. Poleciał po prostu instynktem chamusia, który jakby się nie przebierał, jakby nie perfumował i ilu specjalistów od pijaru nie zatrudnił, w głębi zawsze chamusiem pozostanie. Urągliwa sugestia, że skoro baba mu się stawia, to znaczy, że jest niezaspokojona i przydałoby się jej dobre… zgwałcenie, naszła go równie machinalnie, jak nieboszczyka Leppera zdrowy śmiech na myśl o zgwałceniu prostytutki. Albo jak Wojewódzkiemu czy Węglarczykowi kpiny z Murzyna czy sprzątających Ukrainek. Po prostu, jak to ujął w estradowym monologu Pietrzak − „taki mamy, k… , high life.”

 

Całość felietonu Rafała A. Ziemkiewicza na stronach Tygodnika Do Rzeczy TUTAJ

 

eMBe