Dziś w „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł „Wściekli na Macierewicza” pokazujący, że w PiS jest bunt części posłów, którzy nie chcą bronić teorii o zamachu w Smoleńsku. Jak pan to skomentuje?
Nie specjalizuję się w rozpoznawaniu sytuacji wewnątrz ugrupowań politycznych. Tym zajmują się inni dziennikarze. Myślę, że ta konkretna publikacja, ten artykuł, pokazuje, że PiS uczy się marketingu i wykorzystuje taki mechanizm „Donald się wściekł”. Wykorzystywała go bardzo skutecznie PO.
Na czym polegał ten mechanizm?
Wypuszczało się Palikota, aby powiedział coś obrzydliwego i podłego, co dla części elektoratu Platformy było miodem na serce, a dla części nie do przyjęcia. I ta druga część była uspokajana, że Donald się wściekł, że zawezwał Janusza i go opierdzielił.
A Antoni Macierewicz?
On wyraźnie forsuje narrację, która jest bardzo radykalna i z tendencją do radykalnego podkręcania. Trudno jest w kategoriach marketingu politycznego zrozumieć, dlaczego przekazem trzeciej rocznicy Smoleńska staje się - skądinąd przecież dużo wcześniej znana - relacja pana Turowskiego osoby mało wiarygodnej, o trzech osobach, które ponoć przeżyły katastrofę. Jest to wyciągnięte i przykrywa to, co jest rzeczywistym przekazem – że narracja oficjalna jest oszustwem. Na tym powinien się przecież PiS skoncentrować. Nie rozumiem dlaczego Antonii Macierewicz to wydobył. Skoro tak już się stało, to bardzo rozsądne jest ze strony PiS rozgrywać to właśnie w tak platformerski sposób. Dawać sygnał, że nie wszyscy są przekonani do radykalnych hipotez, że jest pewien pluralizm a Jarosław Kaczyński się dystansuje od tego. Jeśli tak jest, to jest to godne pochwały.
Not. Jarosław Wróblewski
