Nie powiem, przy czyim nazwisku zamierzam zakreślić krzyżyk 20 czerwca. To moja słodka tajemnica; a może raczej gorzka, w każdym razie, zachowuję to dla siebie. Mogę powiedzieć tyle, że będzie to jeden z tych ośmiu kandydatów, którym sondaże nie dają szansy wejścia do drugiej tury. Wybiorę go po pierwsze dlatego, że uważam go za człowieka i polityka uczciwego, po drugie dlatego, że głosi najbliższe mi poglądy, a po trzecie, a może to jest właśnie po pierwsze, dlatego, że nie zgadzam się na podzielenie Polski pomiędzy dwa dwory (bo przecież nie partie) będące w zasadzie prywatną własnością dwóch polityków, którzy wpasowawszy się w podział kulturowy polskiego społeczeństwa, nie są w stanie wyartykułować różniących się od siebie w jakiś istotny sposób programów politycznych. Co zresztą o tyle nie ma znaczenia, że i tak się ogłaszanymi na wybory programami wcale potem nie kierują.
Uleganie presji, że „trzeba” głosować na nie-Tuska albo nie-Kaczyńskiego legitymizuje zaś zawłaszczenie Polski przez duopol polityków, którzy, w przeciwieństwie do przywódców w starych demokracjach, nie zawdzięczają swej dominującej pozycji połączeniu w szeroką koalicję nurtów odzwierciedlających rozmaite aspiracje wyborców. Oni po prostu zlikwidowali konkurencję, każdy po swojej stronie, i tym samym odebrali nam głos, pozostawiając jedynie prawo wzięcia udziału w plebiscycie, którego z nich bardziej nie lubimy.
Owszem, jeden z głównych kandydatów jest mniejszym złem od drugiego. Jeśli zostanie wybór tylko pomiędzy nimi dwoma (fakt, że Donald Tusk posługuje się w tych wyborach swego rodzaju awatarem, pomijam jako mało istotny) trzeba będzie rozstrzygnąć, czy chcemy mieć na sumieniu oddanie Polski bez reszty pod władzę jednej sitwy, czy prezydenta dalekiego od doskonałości, ale przynajmniej mogącego tę sitwę przyblokować w jej najbardziej bezczelnych i szkodliwych poczynaniach. Ale na razie wybór mamy większy.
Argument, że trzeba głosować na mniejsze zło od razu, bo inaczej „tamten” wygra już w pierwszej turze, jest idiotyczny i dowodzi tylko tego, jak straszną krzywdę wyrządzono Polsce wycofując ze szkół naukę liczenia. Jeśli kandydat, którego nie chcemy, ma więcej niż połowę zwolenników, to przecież wygra i tak, bez względu na to, komu damy swoje poparcie.
Ale to wcale nie znaczy, że nasz głos nie będzie się liczyć. Choć znaczy niewiele, to jednak coś może. Może nieco zmienić tę chorą scenę polityczną. Może pokazać, że są Polacy, którzy chcą czegoś innego niż Tusk i Kaczyński. Mogą pomóc wyrosnąć politykom dającym nadzieję, że kiedyś będziemy mieli szansę głosować na większe dobro, a nie tylko na mniejsze zło.
Zawsze to coś. Nie marnujmy tego.
Rafał A. Ziemkiewicz
Autor jest publicystą "Rzeczpospolitej".
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

