Fronda.pl: Polscy prokuratorzy kończą wizytę w Rosji, w trakcie której brali udział m.in. w przesłuchaniach kontrolerów lotu sprowadzających 10 kwietnia rządowego Tupolewa w Smoleńsku. Czy w Pana ocenie zeznania te są wiarygodne?
Jarosław Zieliński, poseł PiS, członek zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej: Za mało wiemy o tych przesłuchaniach, żeby wypowiadać się w tej sprawie arbitralnie. Jednak niczego nie możemy być pewni. Sposób działania strony rosyjskiej po katastrofie z 10 kwietnia pokazuje, że w procedowaniu rosyjskich śledczych nic nie jest na pewno. Wszystko trzeba sprawdzać, do wszystkiego podchodzić z dystansem. Po tak fałszywym dokumencie, jak raport MAK, wszystkie działania muszą być opatrzone dużym znakiem zapytania. Dokładnie nie wiadomo, jak wyglądała wizyta polskich śledczych w Rosji. Działania prokuratorów, którzy pojechali do Rosji, na pewno jednak nie mogą być traktowane jako rozstrzygające o czymkolwiek. One są spóźnione i niepełne.
Dlaczego Pan tak uważa?
Zgodnie z zapowiedziami, przesłuchania mają być kontynuowane. To oznacza, że działania nie zostały zakończone. Według mnie nie udało się zrealizować wszystkiego, co zamierzano. Cieniem na tych zeznaniach kładzie się również czas przesłuchań. Po dziesięciu miesiącach od katastrofy smoleńskiej przesłuchania są wątpliwe z natury rzeczy. Tylko pierwsze zeznania, złożone tuż po katastrofie, miałyby wartość rzeczywistą. Jest niebezpieczeństwo, że późniejsze zeznania wynikają z realizacji politycznego zamówienia. W kraju takim jak Rosja następne zeznania mają bardzo ograniczoną wiarygodność. Przyjęty tryb śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej powoduje, że ustalenia śledczych czy przesłuchania niczego nie gwarantują. Przykładem tego był skandaliczny raport MAK.
Czy śledztwo rosyjskiej prokuratury będzie inne?
Nic nie wskazuje na to, by prokuratorskie działania strony rosyjskiej przyniosły inny obraz katastrofy smoleńskiej. Wątpię, by pokazały one prawdę w tej sprawie. Nie ma żadnych podstaw, by w to wierzyć.
Polska prokuratura będzie w stanie pokazać tę prawdę?
Śledczy będą mieli ogromne trudności. Polska strona nie ma kluczowych dokumentów w tej sprawie. Nie mamy wraku samolotu, który jest najważniejszym dowodem w śledztwie. Szczątki rządowego Tupolewa nie zostały nawet przebadane przez polskich specjalistów. Nie mamy oryginalnego zapisu czarnych skrzynek, ani samych rejestratorów. Nie mamy nagrań z kokpitu. Nagrania z wieży kontrolnej ze Smoleńska uzyskaliśmy drogą nieoficjalną. Brakuje nam dokumentacji medycznej z sekcji zwłok. Do tego dochodzi upływ czasu, który powoduje zacieranie się pamięci świadków katastrofy smoleńskiej. Dodatkowo przecież Rosjanie zacierali ślady w tej sprawie. To wszystko powoduje, że polskim śledczym będzie bardzo ciężko dojść prawdy o katastrofie smoleńskiej.
Zeznania złożone w obecności polskich śledczych przez rosyjskich kontrolerów są już ich trzecią wersją, która trafi do Polski. Pana zdaniem mamy szansę zweryfikować, kiedy Rosjanie mówili prawdę?
Moim zdaniem nie będziemy w stanie tego zrobić. Polska prokuratura bez dowodów, o których mówiłem, porusza się jak we mgle. Trudno opierać się na domysłach, nie mając dowodów w rękach. Śledczy dodatkowo muszą się posiłkować kopiami. Rosja wielu materiałów celowo nam nie udostępnia. Sam fakt zmiany zeznań, zastąpienia ich wersji, również budzi ogromne podejrzenia. Wciąż nie wiemy dlaczego tak się stało, ale możemy podejrzewać, że te zeznania - z punktu widzenia przyjętej tezy autorów raportu MAK – były niewygodne. One mogły być jednak prawdziwe.
Zostały zamienione na zeznania pasujące?
Tak mogło być. Przecież raport miał udowodnić tezę, o której Rosjanie mówili od samego początku. Jeszcze 10 kwietnia strona rosyjska uznała, że wina za katastrofę leży po stronie pilotów. I raport MAK był pisany pod tę tezę. Widocznie pierwsze zeznania jej przeczyły. Przeczą jej również zresztą nagrania ujawnione przez Jerzego Millera. One pokazują, że teza rosyjska jest nie do obrony. Wszystko wskazuje na to, że przyczyną katastrofy było błędne naprowadzanie samolotu. Tupolew nie był na kursie i ścieżce, a kontrolerzy mówili, że był. Lotnisko należało zamknąć, a samolot wysłać na lotnisko zapasowe. W ten sposób uniknęlibyśmy tej strasznej tragedii.
Dlaczego Pana zdaniem rząd wciąż milczy na temat własnych ustaleń dotyczących katastrofy smoleńskiej?
Komisja kierowana przez Jerzego Millera uległa politycznym uwarunkowaniom. Opóźnienie wynika ze złej woli Donalda Tuska i jego rządowych funkcjonariuszy. Mimo alarmów opozycji i ekspertów, że oddanie Rosji śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej nie przyniesie prawdy, premier przekazał postępowanie Moskwie. Szef rządu wyraźnie chciał, by to Rosjanie badali sprawę katastrofy, uciekał od odpowiedzialności za tę sprawę. Sądził zapewne, że tak będzie dla niego wygodniej. Gdy się jednak okazało, że raport MAK obciąża również działania jego i jego ministrów, przestraszył się. I dlatego powiedział, że projekt raportu MAK jest nie do przyjęcia. On bowiem pokazał skalę zaniedbań rządu podczas przygotowań do wizyty polskiej delegacji w Katyniu. Te zaniedbania oraz nagonka na prezydenta doprowadziły do katastrofy.
W tej sytuacji można by sądzić, że będzie się mu spieszyło z ogłoszeniem polskiej wersji.
Premier wpadł jednak w stare koleiny. Kłamliwe sugestie, że to piloci popełnili błąd, że gen. Błasik pod wpływem alkoholu wywierał na nich presję, że prezydent oczekiwał lądowania były na rękę Donaldowi Tuskowi. Mógł to wykorzystać do walki z pamięcią o Lechu Kaczyńskim oraz z opozycją.
Politycy PO Pana zdaniem wykorzystują katastrofę smoleńską do celów politycznych?
Przecież kopie stenogramów z rozmów polskiej załogi Jerzy Miller dostał w Moskwie w czasie najgorętszego okresu kampanii prezydenckiej. W tej sprawie Bronisław Komorowski zwołał nawet posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Nie wiadomo po co, ale była kampania, więc zostało to wykorzystane do celów politycznych. Podobnie będzie z raportem komisji Millera. Wiele wskazuje na to, że on będzie wykorzystywany w kampanii parlamentarnej.
Dlaczego Pan tak uważa?
Z dwóch powodów. Po pierwsze, raport jest pisany pod przyjętą z góry tezę. Dokument ten jest jeszcze opracowywany, a jego teza jest już znana od dawna. Polski raport będzie dla nas jeszcze boleśniejszy niż dokument MAK – taki obraz jest przekazywany opinii publicznej. Jednak on jeszcze nie powstał, więc skąd wiadomo, kogo on będzie bolał? Po drugie widać obecnie gierki związane z przedłużaniem zakończenia prac. Rząd stara się je przeciągnąć w okolice rocznicy katastrofy smoleńskiej, a może i wyborów. Wymyśla się jakieś oficjalne przyczyny, jak awaria samolotu, która uniemożliwia wykonanie oblotu. Jednak to są tłumaczenia z piaskownicy. To nie jest powód, który można by traktować poważnie.
Kogo Pana zdaniem raport Millera powinien zaboleć?
Jeżeli raport Millera będzie uczciwy, on powinien zaboleć głównie rząd. To on bowiem był odpowiedzialny za przygotowanie wizyty polskiej delegacji w Katyniu. On jej jednak nie przygotował, nie zabezpieczył, nie stworzył warunków do bezpiecznego zrealizowania planu – złożenia hołdu Polakom zamordowanym przez NKWD w 1940 roku. Tego wymagała z kolei pamięć narodowa i interes kraju.
Rozmawiał Stanisław Żaryn
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

