- Popełniłam błąd – płacze młoda matka, do której dotarli dziennikarze "Kuriera Lubelskiego". – Myślałam, że nigdy nie pokocham dziecka narodzonego wskutek gwałtu. Gdy zorientowałam się, że jestem w ciąży, podjęłam decyzję o oddaniu go do adopcji. Ale kiedy spojrzałam na buzię Ani, już wiedziałam, że nie potrafię przestać jej kochać - mówi. Kobieta wycofała zgodę na adopcję. Na próżno. - Szpital nie chciał mi już oddać córki - mówi.
Cała historia zaczęła się kilka miesięcy wcześniej, gdy Beata zaszła w ciążę. Ojcem dziecka jest jej były mąż, z którym mieszkała w mazurskiej wsi pomimo rozwodu. Twierdzi, że mężczyzna wciąż pił i znęcał się nad nią fizycznie. Któregoś dnia znów została przez niego zgwałcona. Polskie prawo zezwala w takich sytuacjach na aborcję, Beata w ogóle nie rozważała takiego kroku. Wybrała inny - urodzenie dziecka i oddanie go do adopcji, krok do którego ofiary gwałtów zachęcają m.in. organizacje pro-life i Kościół katolicki.
Uciekła do Gdańska. Była w ciąży i zabrała ze sobą dwójkę pozostałych dzieci czteroletnią Amelkę i półtorarocznego Artura. Zamieszkała ze swoim nowym narzeczonym, spawaczem ze Stoczni Gdańskiej. - Uciekła pobita z domu. Została znów brutalnie zgwałcona. W końcu wynająłem dwupokojowe mieszkanie w Gdańsku i zabrałem Beatę wraz z dziećmi z tego piekła - mówi gazecie mężczyzna, który przedstawia się jako Sylwester.
Oboje chcą uregulować swoją sytuację, a nowy narzeczony Beaty zapowiada, że zajmie się całą trójką dzieci - także Anią i że cieszy się ze zmiany decyzji Beaty w sprawie córki.
Co w takich sytuacjach przewiduje polskie prawo? Okazuje się, że stoi po stronie kobiety. Matka ma sześć tygodni na zmianę decyzji o oddaniu dziecka do adopcji. Ponadto ośrodki adopcyjne mają obowiązek zaoferować kobiecie pomoc psychologa i namawiać ją, by mimo wszystko to ona wychowała dziecko.
- Nie rozumiem tej sytuacji – twierdzi Grażyna Bruska z Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego "Dla Rodziny" w Gdańsku, która przyjmowała w Szpitalu Klinicznym w Gdańsku od Beaty wniosek o adopcję dziecka. – Nie zdążyłam nawet wysłać go do sądu, gdy matka zmieniła zdanie. Bardzo się ucieszyłam. Oddałam jej akt urodzenia dziecka i wysłałam do szpitala. Rzadko się zdarza, by w takim przypadku dziecka nie wydano - mówi.
"Kurier Lubelski" próbował znaleźć przyczyny całego zamieszania.
Lekarze twierdzą tymczasem, że nie wydali dziecka, bo ... kobieta ma niejasną sytuację prawną. - Postąpiłem zgodnie z procedurą – mówi dr Zdzisław Janowiak z Kliniki Neonatologii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego – Zadzwoniłem do miejsca, gdzie była zameldowana ta pani i od pracownika opieki społecznej usłyszałem, że ma ograniczone prawa do dwójki starszych dzieci - tłumaczy.
Lekarz twierdzi, że o sprawie zawiadomił sąd rodzinny, ten jednak odmówił zgody na pozostawienie dziecka przy Beacie. - Przyznaję, że jestem zdziwiony postanowieniem sądu, bo matka nie sprawiła wrażenia osoby, która nie chce dziecka. Wręcz przeciwnie, póki mogła, odwiedzała córeczkę w szpitalu, siedziała przy jej łóżeczku - mówi.
Dziennikarze próbowali więc wyjaśnić co się stało w sądzie. Ustalili, że rodzinę dwukrotnie odwiedził sądowy kurator. Za pierwszym razem w domu zastał ... bałagan. Za drugim było już posprzątane, ale nawet to nie zmieniło jego zdania. Ostatecznie uznano, że dziewczynka pozostanie w szpitalu, a matka będzie miała jedynie prawo do regularnych odwiedzin.
- Taka była niezależna decyzja sędziego – mówi sędzia wizytator ds. rodzinnych Sądu Okręgowego w Gdańsku Jolanta Żywicka-Witt.
Sąd najprawdopodobniej kierował się poprzednimi orzeczeniami ograniczającymi prawa rodzicielskie do dwójki pozostałych dzieci. Tamte były pokłosiem kłopotów Beaty z alkoholem, które - jak twierdzi kobieta - zaczęły się w czasie mieszkania z agresywnym mężem. Według jej nowego otoczenia, to już jednak wyłącznie przeszłość. - To biedna, okaleczona kobieta. Nie widziałam, by piła, opiekuje się dziećmi – broni Beaty właścicielka mieszkania, które wynajęli z Sylwestrem.
Sąd tłumaczy, że wyrok jest środkiem tymczasowym i nie przesądza o pozbawieniu matki praw rodzicielskich. - Trzeba się przypatrzeć, jak będzie funkcjonować ta rodzina. Matka ma prawo napisać wniosek o zmianę postanowienia - mówi sędzia Jolanta Żywicka-Witt.
MaRo/FF/Kurierlubelski.pl
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

