Do tej pory byliśmy przyzwyczajeni do niemal krystalicznych bądź przynajmniej bardzo pozytywnych postaci policjantów, którzy ścigają niedobrych przestępców. Było tak w „Policjantach z Miami”, „Colombo” czy „ Ulicach San Francisco”. Od wizerunku dobrego gliny w ostatnich latach odchodziło kino, tworząc demoniczne postacie skorumpowanych policjantów w „Dniu Próby” czy w „Cop Land”. Abel Ferrara w perfekcyjnym „Złym poruczniku” uchwycił nawet przemianę duchową przesiąkniętego złem gliniarza. Policjant z problemami pojawia się zresztą w każdym filmie policyjnym od kiedy Clint Eastwood wykreował porucznika Callahana, który woli strzelać w głowę niż w nogi. We wszystkich tych przypadkach mieliśmy jednak do czynienia z pewną umownością. Gliniarz miał problemy z alkoholem, nie umiał poradzić sobie z relacjami z dziećmi oraz żoną i był mizantropem. Jednak na końcu zawsze okazywał wielkie serce i czyste bohaterstwo. Policjant z większości filmów hollywoodzkich to heros z achillesową piętą, który jednak pozostaje superbohaterem. Tym razem mamy do czynienia z kimś zupełnie innym.
John Luther jest człowiekiem z krwi i kości. Brzmi patetycznie i oklepanie? Pewnie. Bo nadużywamy stwierdzenia „z krwi i kości”. Luther taki w rzeczywistości jest. Kłamie, nadużywa przemocy, jest wybuchowy, fałszuje dowody, manipuluje i prowadzi niebezpieczne psychologiczne gry ze mordercami. Jednym słowem- grzesznik i… człowiek. Luther jest ponadto błyskotliwym policjantem, który świadomie wykorzystuje swoją przewagę intelektualną nad przeciwnikiem. Nie cofa się również przed stosowaniem wobec przestępców niedozwolonej przemocy. Któż inny pozwoliłby spaść z 3 piętra pedofilowi, którego należało aresztować? Jaki gliniarz szantażowałby więźnia podłożeniem mu w celi materiałów, które zniszczyłyby jego reputację w więzieniu? Na pewno nie byłby to gliniarz z Hollywood, gdzie producenci wciąż boją się stworzyć postać, której jednocześnie nienawidzimy jak i podziwiamy. Pewnie, że mieliśmy Kurta Wallandera i Phillipa Marlowe. Mieliśmy również postacie stworzone przez Franka Millera. Luther przebija jednak je wszystkie…autentycznością. I to jest największa siła brytyjskiego serialu. Tutaj czujemy smak krwi i czujemy dramat każdej zamordowanej osoby. Śmierć jest bowiem pokazana bez patosu i nadmiernego udramatyzowania. To samo dotyczy samej pracy policji, która nie ma w swoich szeregach zwariowanego Martina Riggsa ani wyluzowanego Johna Mclanea. Na tym posterunku pracują prawdziwi gliniarze, którzy „ nie mogą powtórzyć ujęcia 70 razy, aż w końcu im wyjdzie”- jak mawiał bohater mojej ukochanej komedii „Ciężka Próba”.
Serial nie byłby rzecz jasna tak piekielnie dobry, gdyby nie znakomita rola Idrisa Elby, który zgarnął za nią Złotego Globa. Brytyjczyk od dłuższego czasu pokazuje, że brzmią w nim wielkie talenty aktorskie. Za drugoplanową rolę w wyreżyserowanym przez Ridleya Scotta "American Gangster" otrzymał nominację do Screen Actors Guild Award. Znakomicie wypadł również w bluckbusterowych hitach „Thor” czy „Prometeusz”. Aktor nie ma formalnego wykształcenia aktorskiego. Doświadczenie zdobył dzięki stypendium w National Youth Music Theatre. Widać to na ekranie. Elby jest przesiąknięty brudnymi ulicami Londynu. To definitywnie go predestynuje do roli potłuczonego przez życie gliniarza, który nie boi się wykorzystać uliczny arsenał do walki z przestępcami. Żegnaj Callahan…
Łukasz Adamski

