10 listopada minie siedem miesięcy od katastrofy smoleńskiej. Na ten dzień zaplanowano m.in. otwarcie pomnika poświęconego ofiarom katastrofy smoleńskiej oraz spotkanie rodzin z premierem Donaldem Tuskiem. Czy może to pomóc w załagodzeniu sporów wokół katastrofy? Raczej nie. Na własne życzenie politycy Platformy Obywatelskiej pogrzebali na to szansę jeszcze przed tymi wydarzeniami.
Pomnik na Powązkach już od kilku tygodni jest kwestią sporną między częścią rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej a władzami stolicy i politykami PO. Bliscy tragicznie zmarłych zaznaczają, że jego wygląd, powstanie i lokalizacja nie były konsultowane z kimkolwiek, że jest raczej pomnikiem dla władz a nie sposobem upamiętnienia ofiar tragedii z 10 kwietnia. Politycy Platformy Obywatelskiej w wielu wypowiedziach twierdzili natomiast, że pomnik na warszawskim cmentarzu jest wystarczającym sposobem upamiętnienia 96 Polaków, którzy zginęli na smoleńskim lotnisku. Zasłaniali się nim odmawiając budowy pomnika na Krakowskim Przedmieściu. W ten sposób zaognili spór również o pomnik, którego otwarcie ma się odbyć w środę. Stał się on bowiem z jednej strony symbolem niepoważnego traktowania rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, a z drugiej tanią wymówką dla polityków walczących z pamięcią o tej tragedii.
Najpierw przeprosiny?
Na uroczystości związane z otwarciem pomnika nie wybiera się m.in. Beata Gosiewska, wdowa po Przemysławie Gosiewskim. Jako powód wskazuje na zachowanie władz stolicy. Przypomina, że Hanna Gronkiewicz-Waltz przepuściła na nią bezpardonowy atak w programie "Kropka nad i". - U Moniki Olejnik ujawniłam, że rząd RP nie pomagał w organizowaniu pogrzebu mojego męża, który zginął w katastrofie smoleńskiej, że to ja musiałam biegać między cmentarzem a kościołem. Dwa dni później odbyła się "ustawka" w tym programie. Prezydent Warszawy została nagle zaproszona do TVN24 i mówiła, że nie mam prawa mieć żadnych pretensji, bo ona pomagała – mówi Gosiewska. Tą pomocą miało być wysyłanie sztandaru Straży Miejskiej i wiceprezydentów miasta na pogrzeby. - Ja po pierwsze niczego takiego nie widziałam, a po drugie nie na tym polega pomoc – dodaje żona śp. Przemysława Gosiewskiego.
Prezydent miasta uznała za swoją osobistą pomoc również wynajęcie przez Gosiewską Miejskiego Przedsiębiorstwa Usług Komunalnych, świadczącego komercyjne usługi. - To skandaliczna manipulacja i nadużycie. Prezydent stolicy podawała w TVN24 szereg nieprawdziwych informacji. Mówiła m.in. o zapewnieniu pomocy psychologicznej na Torwarze i o stanowisku do wydawania aktów zgonu, co miało być pomocą dla rodzin. Tyle tylko, że ja i inne rodziny akty zgonu otrzymaliśmy jeszcze na lotnisku. Prezydent Gronkiewicz-Waltz nie wie, o czym mówi – dodaje w rozmowie z portalem Fronda.pl.
Beata Gosiewska opisała również kłopoty, z jakimi borykała się podczas organizacji pogrzebu swojego męża. - Ja przez tydzień nie mogłam ustalić terminu pogrzebu, ponieważ okazywało się, że terminy pogrzebów ofiar katastrofy smoleńskiej nachodziły na siebie. Gdyby Ratusz wyznaczył jedną osobę, która skoordynowałaby terminy pogrzebów 28 ofiar katastrofy smoleńskiej, to oszczędziłoby to rodzinom nerwów i kłopotów – mówiła. Dodała, że na kilka dni przed pogrzebem Przemysława Gosiewskiego MPUK powiedziało, że wycofuje się z umowy, bo ma za dużo pracy. - Ja w ogóle w programie Olejnik nie informowałam o tym koszmarze, jakim była organizacja pogrzebu. Powiedziałam tylko, że nikt nam nie pomagał i nie koordynował terminów pogrzebów. Nie miałam żadnego powodu, by oskarżać kogokolwiek o coś bezpodstawnie – zaznacza Gosiewska.
Mimo tego stała się ofiarą publicznej nagonki. Jak zaznacza Gosiewska atak prezydent stolicy na wdowę po ofierze katastrofy smoleńskiej jest czymś niebywałym. - Jeżeli Gronkiewicz-Waltz mnie obraża, to niech nie będzie tak perfidna, żeby mnie później bez słowa zapraszać na cokolwiek. To żałosne i żenujące – dodaje Gosiewska.
Podzielić rodziny
Ataki na rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej są coraz częstsze i pokazują jasno, że politycy Platformy Obywatelskiej oraz przyjazne im media próbują dzielić bliskich ofiar na lepszych i gorszych. Część rodzin, ta związana z polityczną linią PO czy SLD, jest traktowana poważnie i godnie, drugą się ośmiesza i próbuje zdyskredytować. Pokazuje to jasno reakcja premiera Donalda Tuska na prośbę o spotkanie wystosowaną przez część rodzin tragicznie zmarłych w Smoleńsku. Szef rządu stwierdził publicznie, że zapewne chodzi im o wyciągnięcie pieniędzy od rządu. Jak przyznała później Małgorzata Wassermann, córka śp. Zbigniewa Wassermanna, szef rządu nie mógł bardziej urazić bliskich ofiar katastrofy smoleńskiej. Przypominała, że nikt nigdy nie mówił o jakimkolwiek domaganiu się pieniędzy za śmierć bliskich. Premier nie dość, że nie przeprosił za swoje słowa, to dodatkowo znów potraktował proszących o spotkanie obcesowo i niepoważnie. Beata Gosiewska ujawniła w rozmowie z portalem Fronda.pl chaos związany z organizacją spotkania u premiera 10 listopada. Poinformowała, że rodziny o terminie spotkania dowiedziały się z wypowiedzi Pawła Grasia w Radiu Zet oraz z informacji podawanych przez TVN24. - Gdy dziennikarze zaczęli do nas dzwonić i pytać, czy coś wiemy o tym spotkaniu, to w wielkim pośpiechu zaczęto się z nami kontaktować. Ze mną kontaktowano się przez mojego brata. W niedzielę około godziny 18:00 zadzwoniła do niego pracownica Kancelarii Sejmu, mówiąc, że kazano jej zadzwonić, bo nikt nie ma do mnie telefonu. W rozmowie poinformowała brata, że dziś otrzymamy maila z zaproszeniem do premiera Donalda Tuska. To jest styl działania Platformy Obywatelskiej. To obrazuje sposób traktowania nas przez rządzących – mówi portalowi Fronda.pl Gosiewska.
Spotkanie bez pytań?
Zaznacza, że mimo niepoważnego sposobu traktowania ze strony premiera, wybiera się na spotkanie z Donaldem Tuskiem. Przyznaje jednak, że wiele się po tym spotkaniu nie spodziewa. Dodaje, że do premiera wybiera się, by "zadać ważne pytania". - Ja poprosiłam mojego adwokata, żeby zadał pytania w moim imieniu. Nie chcę znów stać się ofiarą nagonki polityków PO – przyznaje Gosiewska. - Nie liczymy, że otrzymamy wiele szczegółowych informacji od premiera. Chcemy przede wszystkim dowiedzieć się, dlaczego premier Donald Tusk, ministrowie Ewa Kopacz i Radosław Sikorski wciąż nie złożyli zeznań w śledztwie dot. katastrofy smoleńskiej. Prokuratura uznała, że ich działania nie mają żadnego związku z przebiegiem śledztwa. Chcemy wiedzieć, na jakiej podstawie śledczy podjęli taką decyzję – mówi Beata Gosiewska. Dodaje, że rodziny chcą również wiedzieć, "na jakiej podstawie prawnej prokuratora odmawia ujawnienia zapisów czarnych skrzynek".
Pytania rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, które spotkają się z premierem, prawdopodobnie jednak pozostaną bez odpowiedzi. Rzecznik rządu Paweł Graś już w niedzielę bowiem wykluczył możliwość rozmawiania o śledztwie dotyczącym katastrofy. Zapowiedział, że goście premiera nie dowiedzą się niczego, ani o śledztwie, ani o pracach rządowej komisji pod nadzorem Jerzego Millera, ani o tym, co w Moskwie robiła Ewa Kopacz. Swoimi słowami – wypowiedzianymi kilka godzin po "zaproszeniu" rodzin ofiar Smoleńska i kilka dni przed spotkaniem – rzecznik rządu ustawił jego przebieg. Wygląda więc na to, że zarówno pomnik na Powązkach jak również spotkanie z premierem Donaldem Tuskiem nie zmieni niczego w intensywności sporu wokół katastrofy smoleńskiej. Po raz kolejny politycy PO zaprzepaścili szansę na znalezienie jakiejkolwiek nici porozumienia z tymi rodzinami ofiar katastrofy smoleńskiej, które głośno mówią o swoich zastrzeżeniach dotyczących śledztwa ws. przyczyn tragedii z 10 kwietnia. Budowanie pomników za plecami całego społeczeństwa oraz obrażanie swoich przyszłych rozmówców nigdy nie było postrzegane jako przygotowywanie gruntu do miłej i konstruktywnej rozmowy. Wątpliwe, by premier Donald Tusk i jego PRowcy mieli inne zdanie na ten temat. To oznacza z kolei, że z premedytacją niszczą sens rozmawiania z częścią rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej.
Politycy PO od 10 kwietnia starają się zdyskredytować i ośmieszyć wszystkich wytykających błędy w śledztwie dot. katastrofy, pokazać, że jego krytykowanie to uderzenie w polską rację stanu i psucie dobrych stosunków międzynarodowych, które w pocie czoła polepsza rząd. Tych, którzy poddają w wątpliwość wiarygodność rosyjskiego i polskiego śledztwa, uznaje się w związku z tym za oszołomów, z którymi nie warto rozmawiać. To ma przygotować polskie społeczeństwo na wyniki oficjalnego śledztwa, które zdaje się zostały opracowane już w godzinę po katastrofie smoleńskiej. Śledczy lansują bowiem opinie sformułowane 10 kwietnia przez Rosjan i szefa MSZ Radosława Sikorskiego, że to piloci i mgła byli winni tej tragedii. Ci, którzy wskazują na wątpliwości w tym rozumowaniu, są atakowani i ośmieszani. Te ataki będą prawdopodobnie ostrzejsze, ponieważ fakty wyciekające do opinii publicznej coraz szerszym strumieniem pokazują jasno, że rozumowanie Rosjan jest nie do obrony. Nawet rządowi spece od politycznego marketingu nie będą w stanie zasłonić wyrwy we wnioskowaniu rosyjskich śledczych. A to oznacza, że wszystkich, którzy tę wyrwę będą wskazywać, należy zmieszać z błotem, ośmieszyć i zmarginalizować. Wtedy wyrwa nie będzie bowiem przeszkadzać, będzie można powiedzieć, że widzą ją tylko ci, którym nienawiść do rządu odbiera rozum.
Stanisław Żaryn
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

