Poparcie przez PiS Czesława Bieleckiego jako kandydata na prezydenta Warszawy może sprawić nie lada kłopot kandydatce Platformy Obywatelskiej. Gronkiewicz-Waltz to polityk z pierwszej linii politycznej walki między PO i PiS-em. Choć jej kariera nie była związana głównie z wielką polityką, obecnie nie ma wątpliwości, że jest ona partyjną "frontmenką" Platformy Obywatelskiej. Wygranie przez nią wyborów samorządowych w stolicy potwierdzało tezę, że w Warszawie wybory prezydenckie są odbiciem ogólnokrajowej polityki partyjnej. Gdyby jej najpoważniejszym kontrkandydatem był któryś z polityków Prawa i Sprawiedliwości, Hanna Gronkiewicz-Waltz prawdopodobnie nie miałaby żadnych kłopotów z wygraniem wyborów. Mogłaby zwyczajnie "jechać" na podgrzewaniu niechęci wśród warszawiaków do PiS-owskiego kandydata. Biorąc pod uwagę liberalne usposobienie mieszkańców stolicy, taka kampania dałaby jej zwycięstwo. Jednak obecnie może okazać się niewystarczająca.

"Merytokrata" rusza do boju

PiS zrobił bowiem Platformie Obywatelskiej "psikusa" i wystawił kandydata, który z partią Jarosława Kaczyńskiego ma niewiele wspólnego. Co więcej, w ostatnich latach jego oceny polityczne były dla partii Kaczyńskiego mało korzystne. W wywiadach dotyczących polityki, których udzielał, mocno krytykował rządy PiS-u. - Tusk jest względnie dobrym premierem, gdy Kaczyński okazał się bezwzględnie złym – mówił w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej". Jak dodawał architekt, gabinet Kaczyńskiego był zły, bo był "denerwujący, narzucający się i obsesyjny". Zdaniem Bieleckiego PiS nie był w stanie budować w Polsce sprawiedliwego państwa. Kandydat popierany przez Prawo i Sprawiedliwość sam deklaruje, że jego poglądy plasują go między PO a PiS-em. Choć zaznacza, że to do PiS mu bliżej, jego ostatnie opinie polityczne pokazują, że nie da mu się przypiąć łatki "PiS-owca". Jednak – wbrew temu, co można by sądzić – to nie jego dystans wobec partii prezesa Kaczyńskiego jest główną zaletą kandydata przez nią popieranego. Bielecki, co słychać w jego wywiadach, jest znawcą Warszawy. Dzięki wieloletniej pracy dla miasta, zna jego problemy. W jednym z wywiadów przyznał, że jest "merytokratą". Jego zdaniem, kłopoty typowe dla Warszawy, jak budowa mostów, parkingów podziemnych, obwodnicy, to kwestia zarządzania, a nie polityki.

Bielecki w rozmowach nie daje się – jak sam mówi - zapędzać w kozi róg i unika tematów stricte politycznych. To właśnie może być jego największą zaletą. Czesław Bielecki ma szansę narzucić swoim konkurentom bardzo merytoryczną debatę w czasie kampanii wyborczej. Jeśli mu się to uda, pokaże się jako prawdziwy znawca miasta i zarządzania. Pokaże, że - w odróżnieniu od konkurentów - on wie, jak się "gra w miasto". Na tle jego inżynierskiej wiedzy blado wypadnie także Hanna Gronkiewicz-Waltz, która - jak wszyscy ostatni prezydenci stolicy - jest raczej politykiem, a nie profesjonalnym inżynierem czy urbanistą. W merytorycznej debacie może się po prostu zagubić. Ogromnym atutem Bieleckiego jest – co podkreślają również jego adwersarze – niezwykła inteligencja i elokwencja. One mogą mu pozwolić zdominować debatę przed wyborami i nadać jej wygodny dla siebie kształt. Próbkę swoich możliwości dał już w trakcie ostatnich wywiadów, w których pokazał, że jest nie tylko świetnym mówcą, ale również umie zgrabnie przejąć stery od dziennikarza i samemu wytyczać granicę rozmowy. Pierwsze wystąpienia Czesława Bieleckiego dają zatem nadzieję na jego sukces.

Jak podkreśla wielu komentatorów Bielecki jest w stanie przejąć elektorat liberalny, który nie zagłosowałby na kandydata z partii Jarosława Kaczyńskiego. Liberalizm Bieleckiego – jak podkreślają komentatorzy - zdaje się być jednym z jego atutów. Jednak jest również niebezpieczeństwem. Wystawienie Bieleckiego w wyborach prezydenckich może bowiem sprawić pewien kłopot katolikom mieszkającym w stolicy. Może się okazać, że nie zechcą oni wesprzeć nikogo z najważniejszych pretendentów do prezydenckiego fotela Warszawy. Wątpliwe bowiem, by byli oni otwarci na postulaty katolików i konserwatystów mieszkających w stolicy.

Katolicy opuszczeni?

O realizację ich postulatów nie będzie zabiegała Hanna Gronkiewicz-Waltz. Nie robiła tego w swojej pierwszej kadencji, nie ma również żadnych przesłanek, że będzie się nimi kierowała po ewentualnym drugim zwycięstwie w stolicy. Dla warszawiaków najbardziej widocznym znakiem jej działalności są rozkopane ulice, remonty, utrudnienia w ruchu, budowa Centrum Nauki Kopernik, opóźnienia w budowie II linii metra, czy mostu północnego. Pierwsza kadencja Hanny Gronkiewicz-Waltz była typowym zarządzaniem miastem, przez wielu uznanym za bałaganiarskie. Mniej bałaganu było w ideowym wymiarze tej prezydentury. Na samym początku swojego urzędowania polityk PO opowiedziała się po liberalno-lewicowej stronie ideologicznego sporu i trwała tam przez całą kadencję. To za jej czasów miasto udzieliło finansowego wsparcia spółce ITI, do której należy TVN oraz Legia. Na budowę jej stadionu spółka otrzymała kilkaset milionów złotych. Miasto rządzone przez Waltz wsparło również spółkę Agora. Otrzymała ona bez przetargu ponad 300 tysięcy złotych za zorganizowanie konkursu "Wykreuj Warszawę!" oraz prawie 200 tysięcy złotych za organizację "Święta Warszawskiego Metra" na stacji Warszawa Młociny. Warszawa wykazała się również daleko idącą uległością w kontakcie z wydawcą "Krytyki Politycznej", która wynajęła od miasta lokal na Nowym Świecie po bardzo atrakcyjnej cenie.

Miasto rządzone przez Hannę Gronkiewicz-Waltz włączyło się również w promocję homoseksualizmu. Gdy organizatorzy Europride postanowili zorganizować homotydzień zakończony paradą, władze stolicy nawet nie próbowały się temu przeciwstawić. W wywiadzie dla "Tygodnika Powszechnego" prezydent Warszawy przyznała, że zakazy dają skutki odwrotne od zamierzonych. Gronkiewicz-Waltz zlekceważyła głos ponad 200 tysięcy mieszkańców Warszawy, którzy wysłali do niej protesty przeciwko paradzie homoseksualnej. Władze miasta nie przeciwstawiły się lobby homoseksualnemu. Co więcej, włączyły się w jego akcję i sfinansowały częściowo wydanie polsko-angielskiego przewodnika homoseksualnego po Warszawie. Publikacja była częścią obchodów "Tygodnia Dumy".

Gronkiewicz-Waltz również w kwestii in vitro wykazała się bezideowym podejściem do sprawy. W jednym z wywiadów powiedziała, że odradza refundację sztucznego zapłodnienia, ponieważ jest ona zbyt droga. Deklarowany przez nią katolicyzm nie spowodował zajęcia zdecydowanego stanowiska przeciwko sztucznemu zapłodnieniu. Stanowisko zdecydowane i konsekwentne Hanna Gronkiewicz-Waltz zajmuje z kolei w sprawie budowy pomnika upamiętniającego ofiary katastrofy smoleńskiej. Od samego początku była ona jej przeciwna. Obecnie zapowiada, że jeśli wygra wybory, pomnika na Krakowskim Przedmieściu nie będzie, ale jednocześnie deklaruje, że spełni wolę warszawiaków wyrażoną w sondzie zorganizowanej po wyborach samorządowych.

Hanna Gronkiewicz-Waltz nie daje żadnych gwarancji, że będzie się kierowała swoim deklarowanym katolicyzmem czy będzie miała wzgląd na postulaty konserwatywnych mieszkańców Warszawy. Jednak również Czesław Bielecki takich gwarancji nie daje. Po pierwsze dlatego, że od lat związny jest z liberalnym nurtem polityki. Zakładany przez niego Ruch Stu zgromadził liberałów. Większość polityków tego ugrupowania tworzy obecnie centrowo-lewicowe skrzydło Platformy Obywatelskiej. Bielecki sam zaznaczał, że do PO jest mu prawie równie blisko co do PiS, a w jednym z wywiadów powiedział, że gdyby Donald Tusk i Bronisław Komorowski zadzwonili do niego z propozycją startu w stołecznych wyborach prezydenckich, być może nie odmówiłby również im. Nie wiadomo więc ostatecznie, w jakim kierunku ewoluowałaby jego prezydentura w Warszawie. Prawdopodobnie, biorąc pod uwagę jego charakter, byłaby to jego własna droga. Nie wiadomo jednak, czy zadowoleni z niej byliby katolicy. Czesław Bielecki katolikiem bowiem nie jest. Urodził się w rodzinie żydowskiej i z dumą podkreśla, że jest narodowości żydowskiej. Od lat architekt jest znany ze sceptycznego podejścia do roli Kościoła. W 1995 roku, gdy zakładał Ruch Stu, mówił, że chciałby stworzenia w Polsce laickiej prawicy, która dystansowałaby się od Kościoła. W swoim tekście w "Rzeczpospolitej", w którym opisał koncepcję budowy pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej, wyraził nadzieję, że krzyż sprzed Pałacu Prezydenckiego zniknie. - Nie mieszajmy Kościoła do naszych świeckich spraw. Ci, którzy zechcą się pomodlić za ofiary katastrofy, będą to mogli zrobić w przestrzeni sakralnej, do której duchowni są gotowi przyjąć krzyż sprzed Pałacu Prezydenckiego – pisał Bielecki. W innym ze swoich wywiadów przyznał z kolei, że sprawa walki o krzyż "to jest dość ponura sprawa". Jednym z niewielu postulatów wiążących Bieleckiego z katolikami i konserwatystami warszawskimi jest kwestia budowy pomnika upamiętniającego ofiary katastrofy smoleńskiej. W ostatnich tygodniach lobbuje on mocno za ich upamiętnieniem. Według niego na Krakowskim Przedmieściu powinien stanąć pomnik, upamiętniający 10 kwietnia i reakcję Polaków na tragedię smoleńską. W każdym ze swoich wywiadów z ostatnich dni Czesław Bielecki zaznacza jednak, że pomnik jest jedną z drobniejszych spraw, jakimi zajmie się po ewentualnym zwycięstwie wyborczym w Warszawie. Nie wykluczone jednak, że to właśnie ta "drobna sprawa" może przechylić szalę zwycięstwa na jego korzyść.

Tomasz Nałęcz powiedział niedawno, że w wyborach samorządowych nie zagłosuje na żadnego kandydata, który opowie się przeciwko budowie pomnika upamiętniającego ofiary "Smoleńska". Wypowiedź polityka lewicy może być symptomatyczna. W podobny sposób mogą myśleć nawet lewicowi i liberalni warszawiacy. Niewykluczone więc, że przy podobnych atutach i światopoglądzie Hanny Gronkiewicz-Waltz i Czesława Bieleckiego w walce o stołeczną prezydenturę to właśnie kwestia budowy pomnika stanie się najważniejsza dla wyborców.

Stanisław Żaryn

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »