Zeszyty Historyczne WiN-u 42: 2015

Maciej Korkuć

 

Zbrodnia pod Krościenkiem

 

2/3 maja 1946 roku


4 V 1946 r. o godz. 9.40 do siedziby Prokuratury Sądu Okręgowego w Nowym Sączu przyszedł z Komendy Powiatowej MO w Nowym Targu fonogram, informujący, że dnia 2.5.[19]46 około godz. 22-giej o jeden klm od Krościenka kilkunastu osobników w mundu-rach WP z bronią automatyczną napadło na samochód ciężarowy wiozący 26 osób narodo-wości żydowskiej do Krościenka. Po wylegitymowaniu 11 osób zastrzelono, 7 zraniono, reszta zbiegła. Zwłoki zastrzelonych przewieziono do Nowego Targu, rannych umieszczono w szpitalu w Nowym Targu. Przy zwłokach znaleziono 3 zaświadczenia PCK z nazwiskami wszystkich żydów jako powracających obywateli austriackich z obozów niemieckich. Prze-słuchani ocaleni żydzi podają się za obywateli polskich. Ponadto o 2 kl[m] od Krościenka w rzece znaleziono NN zwłoki zastrzelonego mężczyzny1. Fonogram został podpisany przez referenta śledczego Jana Fryźlewicza.

Zamordowanie pod Krościenkiem kilkunastu polskich obywateli narodowości żydow-skiej i zastrzelenie Jana Wąchały „Łazika”, „Kamienia”, byłego żołnierza AK i – do wiosny 1945 r. – dowódcy poakowskiego oddziału partyzanckiego to dwa wydarzenia ze sobą po-wiązane. O ile śmierć Wąchały była konsekwencją działań podejmowanych przez niego wcześniej, o tyle w przypadku grupy polskich Żydów mamy do czynienia z zabójstwem osób zupełnie przypadkowych, tylko chwilowo przebywających w pobliżu południowej granicy kraju, z zamiarem jej przekroczenia. To zdarzenie mogłoby utonąć w hekatombie zbrodni, w których mordowano dziesiątki i setki tysięcy ludzi na polskiej ziemi od czasów niemieckiej, słowackiej i sowieckiej agresji w 1939 r. A jednak, mimo że ofiar śmiertelnych było nie więcej niż kilkanaście, wydarzenie to ma swoje szczególne znaczenie. Nie tylko dlatego, że każda zbrodnia ma swój indywidualny wymiar – dotyczy ludzi, którym już nikt życia nie przywróci, oznacza więc tragedię ofiar, ich rodzin i bliskich. W tym wypadku

mamy do czynienia z mieszkańcami Polski zastrzelonymi przez żołnierzy polskiego pod-ziemia niepodległościowego, ludzi w mundurach polskiego wojska. Nie działali oni jako narzędzia tego czy innego systemu totalitarnego. Nie podlegali sowieckiemu okupantowi, tak jak żołnierze oddziałów podporządkowanych komunistom. Tym większego znaczenia nabiera wspomniany fakt, że mówimy tutaj o ofiarach zupełnie przypadkowych, które tego dnia znalazły się w tragicznym dla nich miejscu. Nie byli to ludzie ani zaangażowani w bu-dowę systemu komunistycznego, ani z jakichkolwiek powodów źle zapisani w lokalnych dziejach. Wszyscy byli cywilami. Co więcej, wśród ofiar były kobiety i dzieci.

O wydarzeniu tym wspominano już we wcześniejszych publikacjach Instytutu Pamięci Narodowej. Tak było w opracowaniu poświęconym działalności niepodległościowego podzie-mia zbrojnego w Krakowskiem (przygotowanym jeszcze bez szerokiego dostępu do akt ko-munistycznego aparatu terroru)2. Zbrodnia ta była też ujęta w pokazującym działalność kon-spiracji zbrojnej Atlasie polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956 i poruszana w pracach zbiorowych wydawanych przez IPN3. Wcześniej opisywał problem pokrótce Julian Kwiek w monografii poświęconej mniejszościom narodowym w Krakowskiem4. Znalazł on także odbicie w książkach, które nie były przygotowane przez zawodowych historyków, co skutkowało brakiem odpowiedniej staranności przy weryfikacji źródeł zarówno u Jana T. Gros-sa5, jak i u Bolesława Derenia6. Temat ten pojawił się również w opublikowanych materiałach wspomnieniowych, artykułach recenzyjnych i dyskusjach publicystycznych7.

 

Pasażerowie i organizatorzy transportu

 

Na feralnej ciężarówce oprócz kierowców i odpłatnych pośredników w przerzucie za granicę znalazło się 26 pasażerów – wszyscy byli narodowości żydowskiej. Większość per-sonaliów można próbować ustalić na podstawie dostępnej dokumentacji. Jednakowoż w wie-lu wypadkach mamy do czynienia z niestarannym zapisem żydowskich nazwisk i imion. Z tego biorą się zasadnicze rozbieżności, co do ich rzeczywistego brzmienia. Byli to:

1. Orensztein Jakub, lat 46, urodzony w Równem8;
2. Abramowicz Nachama, lat 50, urodzona w Warszawie, krawcowa9;
3. Abramowicz Chaja, lat 1610;
4. Wygoda Abraham, lat 50, zamieszkały w Łodzi11;
5. Wygoda Dwojra, lat 50, zamieszkała Łodzi12;
6. Wygoda Leib, lat 27, urodzony w Pułtusku13;
7. Holand Icek, lat 45, urodzony w Wyszkowie, zamieszkały w Łodzi, pomocnik szewca­14;
8. Holand Tema, prawdopodobnie lat 44, zamieszkała w Łodzi15;
9. Holand Rachel, lat 18, prawdopodobnie urodzona w Wyszkowie, zamieszkała w Łodzi16;
10. Holand Chaja, lat 14, urodzona w Wyszkowie, zamieszkała w Łodzi17;
11. Flamm Gerszon, lat 10, urodzony i zamieszkały w Łodzi18;
12. Flamm Izrael, lat 20, zamieszkały w Łodzi19;
13. Finkelsztein Jakub, lat 2720;
14. Galler Izrael, lat 49, urodzony w Krakowie, kupiec21;
15. Galler Maria, lat 55, urodzona w Krakowie22;
16. Galler Dawid Józef, lat 12, urodzony najprawdopodobniej w Krakowie23;
17. Galler Rena, lat 15, urodzona w Krakowie24;
18. Symel Regina, lat 34, urodzona w Łodzi, fryzjerka25;
19. Symel Tuna, lat 15, urodzona w Łodzi26;
20. Piniunski Aizyk, lat 46, furman27;
21. Piniunska Rachela, prawdopodobnie lat 54, zamieszkała prawdopodobnie w Łodzi28;
22. Piniunski Mojżesz, prawdopodobnie lat 18, zamieszkały w Łodzi, szewc29;
23. Szapiro Rachela, prawdopodobnie lat 1930;
24. Szapiro Liba, prawdopodobnie lat 4931;
25. NN kobieta określona w sfałszowanych dokumentach PCK jako Schloser Rena, lat 4532;
26. NN mężczyzna określony w sfałszowanych dokumentach PCK jako Schmulewitz Mosze, lat 4133.

 

Organizatorem całego wyjazdu był Jakub Finkelsztein. Był w jakimś sensie zaopatrze-niowcem i na różne sposoby pomagał organizacyjnie w działalności Komitetu Żydowskie-go w Krakowie34. Miał znajomości i kontakty, które umożliwiały mu m.in. przygotowanie dokumentów dla ludzi, którzy zamierzali wyjechać z kraju przez „zieloną granicę”. Uczest-nicy wyjazdu mówili o nim „przewodnik” względnie „kierownik”35.

Najprawdopodobniej Finkelsztein nie działał samodzielnie – musiał być w kontakcie z żydowskimi siatkami, które koordynowały tego rodzaju wyjazdy. Julian Kwiek pisał o strukturze organizującej tego rodzaju przerzuty: największą organizacją ułatwiającą opuszczenie Polski była Koordynacja Syjonistyczna, nazywana po hebrajsku Brichah. W Polsce działała nielegalnie, a w jej skład wchodzili przedstawiciele legalnych i nielegal-nych partii syjonistycznych działających w Polsce. Mniej więcej w połowie 1945 r. siedzibą Koordynacji stał się Kraków36. Zapewne temat tej samej struktury omawiał jeden z rapor-tów UB: organem nadrzędnym obejmującym całokształt zagadnień związanych z emigracją Żydów jest „Komitet Koordynacyjny Organizacji Syjonistycznych” z siedzibą w Warszawie oraz równoległym ciałem koordynacyjnym w Łodzi37.

Raport ten wspomina o zakonspirowanych działaniach, ukierunkowanych na koordyna-cję przerzutów także przez „zieloną granicę”. Wprawdzie istniała możliwość przejazdu przez zwyczajne przejścia graniczne, jednak podczas przekroczenia granicy daje się emi-grantom możliwość zabrania ze sobą, prócz rzeczy użytku osobistego – po 100 zł i 100 sztuk papierosów (Czesi pozwalają wywieźć ze sobą tylko po 60 sztuk papierosów). Nadwyżki konfiskuje straż graniczna38. Dlatego zaczęto organizować nielegalne sieci przerzutowe, przy wykorzystaniu wyspecjalizowanych przemytników. Jednym z zaplanowanych etapów takich przerzutów ludzi był w Czechosłowacji Nachod, Bratysława – skąd transporty idą do Wiednia. Z Wiednia część emigrantów jest skierowana do Włoch a część do amerykań-skiej strefy okupacyjnej39.

Możliwe, że część uczestników wyjazdu przybyła do Krakowa jako do punktu etapowe-go, tylko i wyłącznie w ramach realizacji planów emigracji. W Krakowie osoby wyjeżdżają-ce były zaopatrywane w fałszywe dokumenty (austriackie, greckie i inne) – pisał Kwiek. – Do nielegalnego opuszczania Polski wykorzystywano południowy odcinek granicy w rejonie Nowego Sącza i Krosna40. Zapewne Finkelsztein był uczestnikiem takiej akcji. Wątpliwe, aby wyjazd do Austrii był jego prywatną inicjatywą. Tym bardziej, że według Kwieka uczestnicy prowadzonego przez Finkelszteina wyjazdu byli członkami organizacji „Gordo-nia”41. Nie można wykluczyć ani potwierdzić, że uczestniczył on w organizacji wcześniej-szych tego rodzaju przerzutów. Ale jest też możliwe, że tym razem tylko dlatego zbierał większą grupę osób, ponieważ sam także chciał przedostać się za granicę. Był bowiem or-ganizatorem, ale też uczestnikiem wyjazdu. Wpisany był na listę wszystkich pasażerów transportu.

To Finkelsztein zorganizował ciężarówkę i umówił kierowcę, który miał przewieźć wszystkich w określone miejsce, on także musiał nawiązać kontakt z Janem Wąchałą, by-łym żołnierzem AK. Ten z kolei znał potencjalnych przewodników, którzy całą wyprawę przeprowadzą przez granicę. Ze strony Wąchały i przewodników były to usługi odpłatne. Finkelsztein posiadał jednak fundusze na operację przerzutu. Nie ma śladu, aby zbierał

środki od uczestników wyjazdu na opłacenie wszystkich zaangażowanych w ten proceder ludzi. Możliwe, że po prostu uczestnicy wyprawy fakt ten zatajali (wszak podtrzymywali później, że był to wyjazd jedynie do Krościenka), ale też możliwe, że otrzymał takie środki z innego źródła. W zeznaniach w ogóle nie ma mowy o jakichkolwiek pieniądzach na prze-rzut przez granicę. Były to bowiem działania nielegalne, więc ludzie zapewne byli poucze-ni, co mają mówić, a co ukrywać.

Wspomniany Jan Wąchała, z którym kontaktował się Finkelsztein, to były żołnierz AK i dowódca oddziału, który mógł się pochwalić ładną kartą działań przeciw dwóm okupan-tom. Pochodził z Krakowa. Urodził się w 1922 r., a więc w dniu zdarzenia miał 24 lata. W czasie okupacji niemieckiej używał pseudonimu „Łazik”. Już po wejściu Armii Czerwo-nej na te tereny, kontynuując działalność, zaczął używać także pseudonimu „Kamień”. W AK został zaprzysiężony 7 V 1943 r. Powierzono mu dowodzenie patrolem egzekucyj-nym przy Inspektoracie AK Nowy Sącz, potem jego grupa była częścią OP „Wilk”, który stał się trzonem I batalionu 1. psp AK. Wąchała – już w stopniu kaprala – stanął na czele drużyny gospodarczej (aprowizacyjnej) batalionu. Od wiosny do lipca 1945 r. prowadził czynną działalność niepodległościową jako dowódca „Oddziału Samoobrony AK”, podej-mując szereg skutecznych akcji zbrojnych przeciw siłom komunistycznym. W lipcu 1945 r. wraz z oddziałem ujawnił się i zaprzestał działalności partyzanckiej. Po kilku miesiącach na przełomie 1945 i 1946 r. – jak pisał Dawid Golik – we współpracy z dwoma nieujawniony-mi w lipcu 1945 r. podkomendnymi – Władysławem Bulandą „Szatanem” i Janem Kurnytą „Szczerbą” organizuje grupę rabunkową nie mającą żadnego podłoża politycznego, a jej celem było zdobywanie gotówki42. Prowadzili działalność rabunkową ukierunkowaną na po-mnażanie prywatnych zasobów materialnych, nie stroniąc od zabójstw. Między innymi w lutym 1946 r. zamordowali i obrabowali dwóch handlarzy Antoniego Wekierę i Ignacego Gronowskiego (na marginesie warto zaznaczyć, że obaj uchodzili powszechnie za handlują-cych Żydów) w Zabrzeży. Nie można wykluczyć, że zabrali im 140 tys. zł. Za to Wąchała otrzymał wyrok śmierci od dowódcy działającej w regionie partyzantki – Józefa Kurasia „Ognia”. W ślad za tym „Ogień” wydał swoim podkomendnym rozkaz likwidacji Wąchały na miejscu w wypadku jakiegokolwiek spotkania z nim.

Jednak „Łazik” przez kilka miesięcy skutecznie takich spotkań unikał. Jednocześnie rozpoczął dochodowy proceder organizacji przerzutu przez zieloną granicę Żydów, pragną-cych tą drogą wyjechać z Polski. Dawid Golik pisał, że nie wiadomo, czy rzeczywiście ich przerzucał, czy też wyłudzał od nich pieniądze, a następnie zostawiał samych sobie na gra-nicy lub likwidował43. Wydaje się, że przynajmniej w przypadku transportu Finkelszteina nie ma udokumentowanych powodów do przypuszczeń, że Wąchała brał pod uwagę reali-zację tego rodzaju nieuczciwych czy wręcz zbrodniczych planów. Okoliczności przygoto-wań do przerzutu w nocy z 2 na 3 V 1946 r. potwierdzają, że rzeczywiście zamierzano ludzi przeprowadzić przez granicę.

Nie wiemy, czy Wąchała był pośrednikiem we wcześniejszych (należy zakładać: uda-nych) przerzutach Żydów. Natomiast nie ma wątpliwości, że pośredniczył w nich Adolf Gabryś „Bobek” ze Szczawnicy. Przewoził ich z Krakowa przedsiębiorca autobusowy Józef Węglarz. Z „Łazikiem” współpracowali też jego bracia – Ludwik i Kazimierz (wszyscy

trzej znani byli w okolicy jako „Jałowce”). Następnie przekazywał całą grupę w ręce prze-wodnika Franciszka Kowalczyka ze Sromowiec Wyżnych. Punktem spotkania była Tylka koło Krościenka. Stamtąd Kowalczyk za opłatą przeprowadzał wszystkich bezpośrednio za granicę słowacką. Najprawdopodobniej w kwietniu 1946 r. dwukrotnie przeprowadził takie grupy. Pierwsza liczyła 21 osób – pobrał za to opłatę w wysokości 7 tys. zł. Druga grupa została przez niego przeprowadzona dwa dni później za 10 tys. zł.

Trzecia grupa, czyli interesujący nas transport Finkelszteina, która wyjechała 2 V 1946 r., miała dotrzeć do umówionego miejsca spotkania w Łąkcicy pod Krościenkiem. Stamtąd „Bobek” Gabryś całą grupę miał przeprowadzić na Tylkę pod Krościenkiem. Tam o godz. 22.00 miał ich oczekiwać przewodnik Kowalczyk. Ten miał przejąć całą grupę i przeprowa-dzić przez granicę. I rzeczywiście tam czekał wieczorem 2 V 1946 r. Ponieważ nikt na umówione miejsce nie przyszedł, wróciłem do domu, gdzie dopiero następnego dnia dowie-działem się od Bobka o wystrzeleniu Żydów – zeznawał w trakcie śledztwa44.

Finkelsztein był umówiony z Wąchałą. Jak się poznali? Nie wiadomo. Wyjazd został zaplanowany na 2 V 1946 r. Tego dnia Wąchała wyszedł z domu w Zabrzeży, wsiadł na motocykl i wyjechał w kierunku Krakowa. Żona potem twierdziła, że nic nie mówił o celu podróży45. Swój motocykl zostawił w jakimś domu w Borku Fałęckim – miejscowości po-łożonej tuż przy wyjeździe z Krakowa w stronę Zakopanego (obecnie w granicach miasta). Innymi środkami lokomocji dostał się do centrum miasta. To on musiał być jedną z trzech osób, które na Małym Rynku poszukiwały auta należącego do firmy przewozowej Józefa Węglarza. Podeszły one do auta, w którym za kierownicą siedział Stanisław Zachwieja, który pracował jako szofer u Węglarzy46. Według ustaleń PUBP w Nowym Targu wcześniej „Łazik” miał omówić sprawę z Ludwikiem i Józefem Węglarzami w restauracji „Pasieka”. Sami Węglarze pojechali do Katowic w innej sprawie47. Zachwieja twierdził, że na Małym Rynku w Krakowie podeszło do niego trzech nieznajomych z pytaniem o kurs do Krościen-ka. Po zgodzeniu się z ceną za jazdę wyjechał z Krakowa48.

Nawet jeśli Zachwiei rzeczywiście nie tłumaczono szczegółów, to na wszelki wypadek sprawiał wrażenie, jakby to było zdarzenie zupełnie przypadkowe, mimo że cały proceder był umówiony pomiędzy Wąchałą a Węglarzami (kierowca nie musiał o wszystkim wie-dzieć). Możliwe jednak, że świadom nielegalnego charakteru takich działań do końca nie chciał się do tego przyznać. W zeznaniach Zachwieja twierdził, że przyjechał z Krościenka do Krakowa specjalnie „po towar”, ale w gruncie rzeczy nie ma śladu po jakimkolwiek to-warze, jaki miałby zabrać. Zostałem zatrzepiony [t.j. zaczepiony – M.K.] przez jakichś trzech osobników, którzy zaproponowali mi przewiezienie dwudziestu kilku osób do Krościenka49.

Pierwszą osobą był „Łazik”, drugą Gabryś, który miał przejąć grupę na następnym etapie. Możliwe, że trzecią był Finkelsztein (mówiono: szofer był zgodzony przez Kierownika Fil-kelstajna50). Jednak nie można wykluczyć, że owo „zgodzenie” auta miało miejsce wcze-śniej, a owym „trzecim osobnikiem” był Stanisław Stec ze Szczawnicy, o którym wspomi-na jeden z raportów UB51. Auto przejechało kilkadziesiąt metrów, do miejsca, gdzie był wyznaczony przez Finkelszteina punkt zbiórki pasażerów. Przyjąwszy uzgodnioną cenę przejazdu w kwocie 9.000 lub 12.000 zł podjechałem na ulicę Stolarską, gdzie w krótkim czasie zeszli się pasażerowie52.

Finkelsztein odpowiadał za przygotowanie pasażerów pod każdym względem. Ewident-nie wszyscy uczestnicy wyjazdu zostali przez niego poinformowani, że na wypadek kontak-tu z jakimikolwiek organami władzy mają twierdzić, że jadą – jako obywatele polscy – na dwutygodniowy wypoczynek do Krościenka, jako do miejscowości uzdrowiskowej. Ta wer-sja była potem podtrzymywana w śledztwie. Regina Symel zeznawała: Do Krościenka [je-chaliśmy] celem wypoczynku na dwa tygodnie. Do Krościenka zostaliśmy skierowani przez Komitet Żydowski w Krakowie, przewodnikiem naszym był niejaki Jakub, którego bliżej nie znam53. Lejb Wygoda twierdził, że został skierowany wraz z innymi (w tym z rodzicami) na wywczasy letnie do Krościenka54. To samo podtrzymywała Nachama Abramowicz (do Kro-ścienka na dwutygodniowy odpoczynek55), Icek Holand (Filkensztajn zorganizował wyjazd 26 osób z Komitetu Żydowskiego na dwutygodniowy pobyt w Krościenku na wypoczynku56), Rena Galler (jechałam z rodzicami i bratem z Krakowa do Krościenka na dwutygodniowy wypoczynek57), Jakub Orensztein (pobyt wypoczynkowy w Krościenku58) i Mojżesz Piniunski (Komitet żydowski skierował nas z grupą osób do miejsca wypoczynkowego w Krościenku59).

Ta legenda była potrzebna do przejazdu przez kraj. Inną spreparowano na użytek cze-chosłowackiego etapu podróży. Na terytorium tego państwa Finkelsztein zamierzał posługi

wać się opowieścią o „obywatelach austriackich” powracających z obozów koncentracyjnych do domów. Dlatego też uzyskał sfałszowane zaświadczenia obite pieczątkami krakowskiego Biura Informacyjnego Polskiego Czerwonego Krzyża. Wątpliwe, aby osobiście je spreparo-wał. Wygląda na to, że je otrzymał na podstawie dostarczonej listy wyjeżdżających. Na trzech listach mieszczących się na pojedynczych kartkach opatrzonych hasłem „Zaświadczenie”, stwierdzono, że wszyscy wymienieni obywatele Austrii zostali zarejestrowani jako osoby po-wracające do ich miejsc stałego zamieszkania z obozów koncentracyjnych w Auschwitz (9 osób), w Rawensbrück (9 osób) oraz w Görlitzach (8 osób). Wszystkich podzielono tu na trzy mniej więcej równe grupy. W sposób niespecjalnie wyszukany dokonano „zróżnicowa-nia” miejsc docelowych. Po prostu wpisano trzy duże miasta austriackie: Wiedeń, Salzburg i Innsbruck. W ramach fałszerstwa zmieniono także personalia uczestników wyprawy tak, aby brzmiały bardziej „po niemiecku”. Z zasady nie modyfikowano nazwisk obco brzmiących (np. Holand). Natomiast przerobiono wszystkie nazwiska brzmiące za bardzo słowiańsko lub formę niektórych zapisów nazwisk na bardziej „niemieckie”. Tak nazwisko Wygoda przero-biono na Wein, Piniunski na Barasch, Symel na Schimell, Abramowicz na Abramowitz, Sza-piro na Schapiro itd. Wydaje się, że miało to także służyć na wypadek jakichkolwiek kontak-tów z władzami albo z wojskiem już przy samym przejściu granicy (np. gdyby wszyscy zostali złapani na gorącym uczynku przez patrole Wojsk Ochrony Pogranicza).

Dokumenty miały jednocześnie pełnić rolę czechosłowackiej wizy tranzytowej. Na od-wrocie każda z trzech kartek została obita pieczątką Ambasady Republiki Czechosłowac-kiej w Warszawie i drugą pieczątką, opisową, z formułą w języku czeskim: Pozwala się na przejazd przez terytorium ČSR w celu powrotu do Austrii. Wszystko wydaje się sfabryko-wane, tym bardziej, że data wystawienia dokumentów w PCK w Krakowie to 29 IV 1946 r., a data podbicia rzekomo w Warszawie to 30 IV 1946 r.60 Trudno przypuszczać, że zaintere-sowani, będąc już w Krakowie, odbyli w ciągu jednego dnia podróż – w ówczesnych wa-runkach – do Warszawy, złożyli wizytę w placówce dyplomatycznej Czechosłowacji i na-tychmiast zdążyli zawrócić do tegoż samego Krakowa.

Wyjazd

 

Finkelsztein polecił być gotowym do transportu o godz. 1561. Wszystkim wyjeżdżają-cym wydzielił porcje żywnościowe i na ul. Stolarskiej kazał się załadować na podstawione auto z firmy Węglarza62. Około godz. 16.30 wyjechaliśmy z Krakowa w liczbie 26 osób– opowiadał Orensztein. Tę godzinę potwierdzał Mojżesz Piniunski i Lejb Wygoda63. Wącha

ła wsiadł do szoferki. W szoferce jechał także Gabryś (możliwe, że Zachwieja potem celo-wo pomijał jego obecność). Według raportu PUBP w Nowym Targu w szoferce jechał także wspomniany Stanisław Stec64. Przy wyjeździe z Krakowa w Borku Fałęckim Wąchała wy-siadł przed jednym z domów, wziął motocykl i wtoczył go na samochód. Wraz z Gabrysiem na powrót wsiedli do szoferki65.

 

Jechali przez Myślenice. Następnie skręcili w kierunku Nowego Sącza. Zapewne chcieli uniknąć kontroli na drodze do Zakopanego. Potem w zeznaniach (wciąż utrzymując, że ce-lem był odpoczynek w Krościenku) twierdzili, że trasa bocznymi drogami od strony Nowe-go Sącza została wybrana celem uniknięcia spotkania się z bandami. Wydaje się, że tak mówili w śledztwie jedynie w celu ukrycia prawdziwego celu wyjazdu. Według Jakuba Orenszteina po drodze szofer stanął dwa razy66. Według zeznań Holanda z 4 V 1946 r. po drodze jeden z ludzi towarzyszących […] [z]szedł z auta i oddalił się na bok i po upływie kilkunastu minut wrócił i oświadczył, że do Krościenka jest około 13 klm67. Dzień wcześniej opisał to precyzyjniej: W miejscowości obok jakiejś rzeki, przez którą był położony most żelazny, szofer przystanął i przez chwilę około 15 min[ut] odszedł kawałek od auta i tam coś robił. […] W tym miejscu szofer przyszedł i odjechaliśmy68.

Według zeznań żony „Łazika” około 20-21.00 Wąchała pojawił się w domu w Zabrze-ży. Zjadł kolację i powiedział, że wróci z powrotem za dwie godziny69. Możliwe, że spe-cjalnie się nie spieszyli. Wszak przewodnik miał czekać dopiero od 22.00.

Do Krościenka zbliżyli się już po zmroku. Tutaj auto nieoczekiwanie ponownie się za-trzymało. Kierowca stanął na poboczu. Wyłączył silnik i światła. Rozbieżne są oceny, która

była godzina. Sporne było też, ile trwało całe zajście. Najczęściej podawana jest godzina 21.0070 lub 23.0071. Ta pierwsza godzina jest bardziej wiarygodna (przewodnik był umó-wiony na 22.00). Mimo wszystko nie ma to większego znaczenia. Było stosunkowo późno i już po zmroku. Pasażerowie nie mieli pojęcia o powodach zatrzymania72.

W rzeczywistości Zachwieja, Gabryś i Wąchała zaniepokoili się widokiem wystrzelonej „białej rakiety” świetlnej, którą zobaczyli nad Krościenkiem. Zachwieja twierdził, że „Ła-zik” polecił mu zatrzymać wóz73. Wąchała następnie zdjął motocykl, którym odjechał w kie-runku Krościenka w celu – jak mówił – zbadania kto rakietę wystrzelił74. Wraz z nim na motor wsiadł Gabryś. W odległości około 2 klm [od Krościenka] szofer zatrzymał samochód z jakich powodów nie wiem. Natomiast jeden ze szoferów z pomocnikiem pojechał motocy-klem do Krościenka, mówiąc że coś potrzebuje brać dla maszyny [samochodu – M.K.] i już nie wrócił do nas75. Według zeznań pasażerów Zachwieja przestrzegł ich w tym momencie, żeby siedzieli cicho, bo mogą ściągnąć bandę76. Sam twierdził, że oświadczył pasażerom których wiózł, że nad Krościenkiem była rakieta i nie wiadomo co to może być77.

Partyzanci w Krościenku

 

W tym samym momencie na wystrzeloną rakietę zwrócili uwagę także przebywający w Krościenku partyzanci ze zgrupowania partyzanckiego Józefa Kurasia „Ognia”. Było ich siedmiu i znaleźli się tam na polecenie „Ognia”.

Dowódcą kilkuosobowej grupy został wyznaczony młody partyzant, zaledwie osiemna-stoletni wówczas Jan Batkiewicz „Śmigły”. Podhale to jego rodzinne strony. Był synem Władysława Batkiewicza i Michaliny z d. Kowalskiej. Pochodził z Nowego Targu. Urodził się 14 VIII 1927 r. i był w porównaniu z innymi rówieśnikami stosunkowo dobrze wy-kształcony. Ukończył bowiem trzy klasy gimnazjum. W oddziałach „Ognia” znalazł się po tym, jak zdezerterował z „ludowego” Wojska Polskiego. Co ciekawe, w marcu 1945 r. zgło-sił się do wojska ochotniczo. Odbywał służbę w 1. Oficerskiej Szkole Piechoty i Kawalerii w Krakowie, a następnie w podobnej szkole nr 3 w Inowrocławiu. 19 IX 1945 r. – już jako sierżant podchorąży – został przeniesiony do pułku piechoty stacjonującego w Świeciu. Zdezerterował z niego w listopadzie 1945 r. Wrócił do rodzinnego domu, jednak ścigany przez władze trafił do partyzantki, zasilając w styczniu 1946 r. oddział „Ognia”.

Z gór do Krościenka zeszło w sumie pięć osób. Byli to ludzie bezpośrednio wyznaczeni przez „Ognia” do pomocy „Śmigłemu”. Oprócz Batkiewicza byli to: Mieczysław Pyzowski „Żbik”, Jan Jarosz „Leń” z Krościenka, „Szary” (najprawdopodobniej był to Michał Kwa-pień), Józef Dyda „Czarny”. W Krościenku dołączyli do nich: Józef Ćwiertniewicz „Długi” i Józef Gabryś „Krzoczyk” (czyli „Krzaczek”), „Dolina”78.

W jakimś sensie „prawą ręką” Batkiewicza w czasie tych działań był Mieczysław Py-zowski. On także pochodził z Nowego Targu. Był starszy od Batkiewicza. Urodził się 26 III 1924 r. W czasie wydarzeń miał więc skończone 22 lata79. Z kolei Józef Dyda „Czarny” został do tych działań wyznaczony jako miejscowy, dobrze znający Krościenko. Był rówie-śnikiem Pyzowskiego80. Dyda i dziewiętnastoletni Jan Jarosz „Leń”81 znaleźli się w oddzia-łach „Ognia” w listopadzie 1945 r. Jako funkcjonariusze UB 11 XI 1945 r. pilnowali w szpi-talu pojmanego bratanka „Ognia” Kazimierza Kurasia „Kruka”. Tego dnia „Kruk” został odbity przez partyzantów, a obaj pilnujący go strażnicy przystąpili do oddziału82.

Do wsi zeszli rano. Przez dzień siedzieliśmy w stodole w Krościenkach– zeznawał Py-zowski83. Wieczorem, około 21.00, w pięciu poszli do centrum miejscowości. Zatrzymali

się niedaleko rynku i czekali na innych, którzy mieli do nich dołączyć. Niebawem przybył szósty Ćwiertniewicz „Długi”84 i siódmy Józef Gabryś „Krzoczyk” („Krzaczek”), „Doli-na”85. Dyda zeznawał: […] wieczorem doszliśmy do wioski Krościenko i w Krościenku spo-tkaliśmy się z „Długim” i Gabrysiem Józefem i Jaroszem Marianem ps. „Inżynier” […]86. Po poszukiwaniach motocykla u jednego z gospodarzy wyszli do Krościenka. Najprawdo-podobniej wtedy pojawiła się na niebie wystrzelona rakieta. „Śmigły” wziął ze sobą „Żbi-ka” i pobiegli sprawdzić, co się dzieje. Należało upewnić się, czy nie odbywa się właśnie jakaś akcja KBW czy UB, która zagrażałaby bezpieczeństwu partyzantów. Okazało się jed-nak, że była to jedynie zabawa młodych ludzi, którzy weszli w posiadanie rakietnicy. Party-zanci po stwierdzeniu, że nic niepokojącego się nie dzieje, powrócili do reszty. Rakietnicę dzieciom na wszelki wypadek odebrali87.

Można przyjąć, że ta rakieta świetlna, którą również dostrzegli szofer i organizatorzy transportu, mogła być wystrzelona ok. 21.30–22.00. Odległości do pokonania w Krościen-ku są niewielkie. Skoro po zobaczeniu rakiety Wąchała z Gabrysiem wsiedli na motor, to w ciągu kilku minut mogło dojść do spotkania ze „Śmigłym” i „Żbikiem”. Gabryś zezna-wał potem: wysiadłem z tym osobnikiem [t.j. z Wąchałą – M.K.] i pojechałem z nim w kie-runku Czorsztyna motocyklem w celu zbadania terenu i wskazania drogi. W odległości oko-ło kilometra za Krościenkiem w kierunku Nowego Targu, zatrzymało nas dwóch uzbrojonych ludzi i pytało o dowody, na co osobnik ów odpowiedział, że jest „Łazik”. Jego zatrzymali, a mnie kopnąwszy puścili […]88.

Te zeznania zazębiają się z danymi przekazanymi przez Batkiewicza w sierpniu 1947 r.: W międzyczasie nadjechał motocykl, któryśmy zatrzymali i po wylegitymowaniu okazało się, że na motorze jechał „Łazik” […]. Pseudo „Łazik” znałem poprzednio, gdyż on dostał wezwanie od „Ognia”, że ma się stawić do obozu, lecz nie wstawił się, więc miałem polecenie dostawić go do obozu, w ostatniej chwili w drodze do Krościenka dostaliśmy rozkaz od „Ognia”, że w razie spotkania „Łazika” ma być zastrzelony. Następnie ja dałem rozkaz by dwóch [moich podkomendnych] poszło na bok zlikwidować „Łazika” co też [tych] dwóch uczyniło89.

Zeznania te potwierdzały także wypuszczenie Adolfa Gabrysia: Na osobnika, który je-chał z „Łazikiem” powiedział „Łazik”, że wiezie go do Ostrowska na służbę więc zwolnili-śmy go90. Gabryś bez ociągania skorzystał z szansy: oddalając się słyszałem serię z automa-tu dochodzącą z miejsca gdzie pozostali91. Batkiewicz w sposób jednoznaczny przedstawił powody zastrzelenia Wąchały: „Łazik” został zastrzelony za to, że zastrzelił dwóch kupców koło Łącka i przy przeprowadzaniu obywateli narodowości żydowskiej, bogatych miał na

granicy lub za granicą strzelać i rabować92. Powody te były także oczywiste dla kolegów Wąchały, którzy również potem byli ścigani przez „ogniowców” za zabójstwo kupców. Zwłoki Wąchały wrzucono do rzeki Krośnicy93.

Dyda z innymi czekali przy karczmie na powrót „Śmigłego” i „Żbika”. Kiedy po upły-wie pół godziny wszyscy się połączyli, poszli razem w stronę Księżego Lasu. Tam zobaczy-li stojącą na jego skraju zaparkowaną ciężarówkę ze zgaszonymi światłami. Postanowili ją skontrolować: wszyscy udaliśmy się w stronę Książęcego [t.j. Księżego – M.K.] Lasu i tam stało auto na szosie […]94.

Dwóch ludzi wysłali naprzód95. Byli to Ćwiertniewicz i Gabryś. Batkiewicz zeznawał: Myśmy nie przypuszczali, że to jadą obywatele narodowości żydowskiej, ponieważ według zalecenia Ognia mieli jechać dnia następnego i my mieliśmy czekać. Więc wysłaliśmy zba-dać kto jedzie „Długiego”, który natychmiast przyszedł i mówił, że w samochodzie są cywi-le, lecz kto nie mówił96. W podobnych słowach opisał to Pyzowski: nasi członkowie Ćwiert-niewicz „Długi” i Krzoczyk Józef […] powiadomili d[owód]cę oddziału „Śmigłego”, że przed Krościenkiem w odległości jednego kilometra stoi na szosie auto ciężarowe. „Śmi-gły” po otrzymaniu tej wiadomości rozkazał wyruszyć w to miejsce […]97.

Siedzący w ciężarówce Zachwieja stwierdził potem, że Wąchała więcej nie wrócił. Za-miast niego po upływie 20–30 minut względnie po jakichś kilkunastu minutach od zatrzy-mania auta98, nadeszli od strony Krościenka uzbrojeni w automaty osobnicy, odziani w mundury WP w liczbie 5–7 osób99. Prawdopodobnie pierwszą osobą, którą napotkali, był Jakub Orensztein: […] zszedłem z wozu a wówczas nadeszło od strony miasta 10 ludzi ubranych w mundurach WP uzbrojonych w automaty, którzy krzyknęli na [nas – M. K.] i po zatrzymaniu nas spytali nas czy jesteśmy szoferami a gdyśmy odpowiedzieli, że jesteśmy pasażerami zażądali od nas okazania dokumentów. Finkelsztein okazał im swe dokumenty osobiste i pokazał im papier świadczący o tym, że pasażerowie auta jadą na letnisko100.

Następnie podeszli do szofera. Zachwieja opisywał: przyszła do auta grupa żołnierzy w mundurach WP, uzbrojonych, zapytali się co za gości wiezie, powiedział im, że jedzie z Krakowa, żołnierze ci zaczęli legitymować pasażerów101. Rozmawiał z nim Batkiewicz. Po przyjściu do samochodu zapytałem się szofera, którego nazwiska nie znam, kogo wiezie, na co szofer odpowiedział, że wiezie cywili na letnisko102.

Ten moment dobrze zapamiętali także pasażerowie auta: W drodze około 1 km przed Krościenkiem nasze auto stanęło nie wiadomo z jakich przyczyn[.] auto to stało na drodze około 5 minut, w odległości kilkuset metrów od nas zobaczyliśmy światła reflektorów[,] po chwili światła te zgasły i po krótkiej chwili pokazało się kilka świateł tuż koło nas i zoba-czyliśmy, że auto nasze zostało obskoczone przez jakichś osobników umundurowanych i uzbrojonych w karabiny, automaty […]103. Lejb Wygoda zeznawał: po upływie długiego czasu zobaczyłem przed autem światło i doszły mnie głosy rozmawiających mężczyzn. Osob-nicy ci pytali szofera co za ludzie znajdują się na aucie104. Jakub Orensztein opisał też nie-których sprawców: przyszło od strony Krościenka około 10 nieznanych żołnierzy polskich, uzbrojonych w broń automatyczną i pistolety. Wśród nich było dwóch oficerów, jeden wyso-ki, blondyn105, czerwony na twarzy, [twarz] pociągła, nos zadarty – tytułowano go podpo-rucznik, drugi wzrostu średniego, szczupły, brunet, wąsiki, tytułowano go poruczniku, […] nazywali siebie pseudonimami, jak Szary, Leń106.

 

Zbrodnia

 

Batkiewicz zwrócił się do pasażerów, aby wyszli z samochodu. Zachwieja opowiadał, że żołnierze ci zaczęli legitymować pasażerów, i kazali im z auta wychodzić odstawiali ich na bok do rowu107. Wśród ludzi na ciężarówce pojawiło się wahanie. Gdy pasażerowie wzbraniali się opuścić auto osobnicy ci powiedzieli „my nie bandziarze”. Następnie zeszli-śmy z samochodu […]108. Nachama Abramowicz mówiła o tym, że przybyli uspokajali wy-siadających: kazali nam wyjść z auta i ustawili nas do szeregu mówiąc nam nie lękajcie się my tylko chcemy zobaczyć wasze papiery. Wszystkich nas obrewidowali zabierając nam wszystkie papiery109. Izrael Galler twierdził wręcz, że polecenia wydawali mówiąc, że są Bezpieką, że chcą skontrolować dokumenty i zapytywali się czy posiadamy broń. Szukając

broni a gdy tej nie znaleźli ustawili nas do szeregu […]110. Podobnie zapamiętała to Regina Symel: jeden z nich nazywany porucznikiem podszedł do szoferki naszego auta [na]kazując nam wyjść mówiąc, że nam się nic nie stanie, że to nie banda a chcąc sprawdzić nasze do-kumenty przedstawiając się za bezpieczeństwo111. To samo potwierdza Orensztein: Żołnie-rze Ci kazali nam zejść z samochodu, mówiąc, że nie są bandyci. Na wezwanie ich zeszli-śmy z samochodu, zgrupowali nas przed samochodem i zaczęli nas legitymować, a następnie szukali za bronią. Broni żadnej nie mieliśmy – przeszukali bagażnik – lecz i tam nie było112.

W świetle reflektorów i latarek „Śmigły” rozpoczął przeglądanie dokumentów113. Po zejściu ze samochodu każdy z osobna musiał podchodzić do światła latarki elektrycznej, którą miał prawdopodobnie porucznik, [...] który przeglądał papiery, jak również szukał broni114. Lejb Wygoda twierdził, że […] dowódca tego oddziału jakiś porucznik legitymo-wał wszystkich oraz przeprowadzał rewizję osobistą i zabierał ludziom pieniądze szukając rzekomo broni. Ojcu memu zabrał kwotę około 1000 złotych115. Zeznania Icka Hollanda potwierdzały, że przy okazji niektóre dokumenty i pieniądze były zabierane przez legitymu-jących: […] nadeszło kilku osobników i coś rozmawiali z szoferem a następnie przyszli do nas […], kazali nam zejść ze samochodu ustawili nas za samochodem, legitymowali, zabra-li mnie 1200 zł i dokumenty […]116. Najprawdopodobniej nie żądali gotówki, ale zabierali te pieniądze, na które natrafili przy okazji, podczas przeglądania dokumentów. Mojżesz Pi-niunski opisywał: ja również okazałem dowód wystawiony mi przez komitet żydowski, który mi odebrano. Nie słyszałem by ci osobnicy, którzy byli ubrani w mundury WP żądali wyda-nia pieniędzy117.

Dopiero w bezpośrednim kontakcie z uczestnikami wyjazdu dowiedzieli się, że pasaże-rami są Żydzi (w następujący sposób zostały zapisane słowa Batkiewicza: Przystąpiliśmy do legitymowania i, jak się okazało, byli to obywatele narodowości żydowskiej118). Prawdo-podobnie już po tym, jak wysiedli, niektórzy pasażerowie wyczuli niebezpieczeństwo. Możliwe, że w zamieszaniu i w ciemności instynktownie szukali potencjalnych dróg uciecz

ki. Legitymujący nie przykładali zbytniej uwagi do tego, żeby dokładnie wszystkich zgroma-dzić obok auta. Dzięki temu pojawiły się okoliczności sprzyjające ucieczce w stronę lasu, rosnącego w tym miejscu tuż obok drogi. Po wylegitymowaniu ustawili się przy samocho-dzie. Widziałem, że część osób uciekło jednak było ciemno więc nie zatrzymywaliśmy ich119.

Uzbrojeni kontrolujący zgrupowali ich w fosie przydrożnej badając ich dokumenty120. W takich właśnie okolicznościach otworzyli ogień z broni automatycznej do grupy bezbron-nych cywili. Wszystko wskazuje na to, że nastąpiło to na podstawie prostej decyzji Batkie-wicza jako dowodzącego partyzantami. W żadnych dotychczas poznanych dokumentach nie znalazłem informacji, które uprawdopodobniałyby brany przeze mnie wcześniej pod uwagę scenariusz, według którego strzelaninę wywołałoby jakieś nieprzewidziane zdarzenie, jaki-kolwiek odruch legitymowanych, który pociągnąłby za sobą niezaplanowane bądź automa-tyczne naciśnięcie spustu. W zapisie zeznań Pyzowskiego z marca 1947 r. jest to jasno wyło-żone: Przekonawszy się na podstawie okazanych dokumentów, że zatrzymani są żydami, [Batkiewicz] oświadczył nam to i wydał rozkaz otwarcia do nich ognia, co uczyniliśmy121. I to zazębia się z relacjami ofiar i innymi zapisami z przesłuchań sprawców. Również z prze-słuchań Batkiewicza z 1947 r. wynikało to samo: po wylegitymowaniu wszystkich dałem roz-kaz wystrzelać. Po wydaniu rozkazu przeze mnie strzelali wszyscy do wymienionych obywa-teli narodowości żydowskiej […] z RKM-u została wydana jedna seria, następnie zaciął się i reszta byli strzelani z PPSzy, a następnie dobijani z broni krótkiej122.

Spójrzmy na zapisy relacji ofiar, składane bezpośrednio po wydarzeniach. Jakub Orensztein mówił 3 V 1946 r.: Następnie porucznik powiedział, czy mamy pieniądze to nas w to miejsce zawiezie. Wtem nagle dano do nas salwę. Jedni padli z nas na miejscu, inni zaczęli uciekać do lasu, a wśród nich i ja. Z grupy 26 ludzi zostało na miejscu zabitych 11 ludzi, zaś 3 ranionych, którzy żyją123. W kolejnym zeznaniu dodawał: Po przepatrzeniu dokumentów osobistych i po-szukiwaniu broni uszykowali wszystkich pasażerów w szereg sami zaś poszli przepatrzeć za bagażem. Po tym nagle z trzech stron otworzyli na stojących pasażerów auta z bliskiego dy-stansu ogień z broni maszynowej124. Regina Symel: Po sprawdzeniu dokumentów rewizji za bronią dokumenty nam oddali mówiąc: żeby dać im resztę pieniędzy to oni odwiozą nas do Krościenka, że tak będzie nam bezpieczniej. Następnie ustawili nas w szeregu poza [nieczytel-ne słowo] światła [i] za krótką chwilę zaczęli strzelać do nas równocześnie z kilku stron125. Lejb Wygoda: Po zrewidowaniu ustawiano nas wszystkich w jedno miejsce[,] tu chwilę później zaczęli do nas strzelać126. W dodatkowym zeznaniu relacjonował: w pewnym momencie gdy

pasażerowie auta stali w grupie przed samochodem […] ze wszystkich stron naraz otworzyli ogień127. Icek Holland: legitymowali, […] a następnie odeszli od nas kawałek około 10-ciu kroków i strzelili w naszą stronę z automatów128. Po kilku dniach relacjonował zaś: udali się na tył samochodu celem dokonania rewizji za bronią zaraz po tym otworzyli do nas ogień z broni automatycznej, z której zginęła pewna część naszych towarzyszy podróży129. Mojżesz Piniunski: W pewnym momencie jeden z tych osobników przeszedł na drugą stronę drogi i krzyknął „strzelać”. Wówczas to grupa uzbrojonych osobników, która nas poprzednio legitymowała, otworzyła ogień na pasażerów stojących na drodze130. Izrael Galler: […] ustawili nas do szere-gu i po krótkich szeptach pomiędzy sobą, których ja dobrze nie słyszałem, otworzyli do nas ogień jednocześnie z kilku stron, gdy byliśmy ustawieni w rowie131. Rena Galler: ustawili nas w szeregu i po krótkiej chwili ze wszystkich stron równocześnie dali do nas ognia132.

Partyzanci przez palce patrzyli na to, że część pasażerów rozbiega się po okolicy. Rów-nież na podstawie relacji ofiar można wnioskować, że nie próbowano ich ścigać. Możliwe też, że prawdą jest to, co Batkiewicz zeznawał w 1947 r., że celowo wypuścił małego chłopca: Jednego małego żydka wypchnąłem ja by uciekał, gdyż był bardzo młody133. Był tam rzeczywiście najmłodszy uczestnik wyjazdu, dziesięcioletni Gerszon Flam. On przeżył, ale zabito mu brata. Po przybyciu do miejsca wypadku auto przystanęło a było to w nocy, jakieś wojsko nas legitymowało, kazało nam z auta wysiąść a następnie usłyszałem strzały ja przewróciłem się i na rączkach zbiegłem do lasu. Rano zobaczyłem mojego Brata Flama Izraela lat 20-cia zamieszkałego ostatnio w Łodzi ul. Zawadzka Nr 8 zastrzelonego przez nieznanych mi sprawców – zapisano na milicji w jego zeznaniach134.

Z drugiej strony sprawcy nie okazali litości dla innego chłopca, dwa lata starszego Da-wida Józefa Gallera. Zeznania jego matki Marii Galler detalicznie opisują jego ostatnie chwile: Po kilku chwilach usłyszałam strzały, w tym momencie przyszło do (wozu) auta dwóch osobników umundurowanych w mundury WP i [uzbrojonych w] broń automatyczną oraz ten cywil, który wyrzucił mnie wraz z moim synem z auta, jeden z osobników umundu-rowanych strzelił do mego syna Józefa trafiając go w głowę, mnie rzucili na ziemię i dwu-krotnie do mnie strzelając ale oba strzały chybiły. Leżąc na ziemi słyszałam jak mówili między sobą o moim synu[:] ten mały dużo stęka, popraw mu, i strzelił mu w głowę drugi raz135. Dlaczego z jednej strony machnęli ręką na rozbiegających się ludzi, a z drugiej z zimną krwią dobijali rannych, łącznie z nieletnim Dawidem Józefem Gallerem?

Kto nie został trafiony od razu, próbował ratować się, korzystając z ciemności i blisko-ści lasu. Opowiadali o tym ci, którzy ocaleli. Jakub Orensztein: Widząc co się dzieje upa-dłem na ziemię i zacząłem pełznąć w kierunku jakiejś stodoły za którą się ukryłem, a na-stępnie zacząłem pełznąć do lasu136. Regina Symel: […] ja wraz z moją córka Tosią padłam na ziemię tracąc przytomność chwilowo, po chwili opamiętałam się leżąc na ziemi137. Lejb Wygoda: ja upadłem na ziemię i zacząłem się czołgać w kierunku krzaków. Skąd obserwo-wałem później ruch osobników na szosie. Chwilę później przyszedł do mnie jeden z naszych Jakub Orensztajn i obydwaj żeśmy siedzieli do rana bojąc się wcześniej wyjść. Rano stwier-dziłem, że spośród naszej grupy zostało zastrzelonych 11-cie osób138.

W następujący sposób opisał swoją ucieczkę Icek Holland: Ja upadłem do rowu i zdoła-łem ucieknąć do lasu a następnie tam spotkałem się z jeszcze jednym żydkiem i żydówką [tak w oryg. – M.K.]. W lesie siedziałem do rana a następnie zeszliśmy do Krościenka na Posterunek Milicji i zawiadomiłem o zajściu139. Dzień później dodawał: Ja uciekłem i pod-czołgawszy się pewną przestrzeń uciekłem w las gdzie przesiedziałem do rana. […] Z mojej rodziny zginęły żona i córka. Wszystkie moje papiery zabrali mi napastnicy140.

Mojżesz Piniunski mówił krótko: Widząc co się dzieje rzuciłem się do ucieczki i ukryłem się w lesie, w którym przebywałem aż do rana141. Izrael Galler: Słysząc strzały zacząłem uciekać, co robili też i drudzy. Uciekając zostałem postrzelony w lewe przedramię, co działo się na miejscu tego dokładnie nie wiem, gdyż ja uciekając nie oglądałem się, lecz mimo woli zauważyłem światło reflektorów oraz słyszałem kilka strzałów. Na miejsce wróciłem około godz. 9-tej następnego dnia i zobaczyłem leżące na ziemi trupy, jednak ich nie rozpo-znałem bo wypadkiem byłem tak przejęty że nawet nie patrzyłem się na leżące trupy142. Rena Galler: widząc, że ludzie koło mnie padają starałam się schronić chowając się między trupami pomimo, że byłam ranna w nogi143. Abramowicz Hachama: Ja widząc to zaczęłam uciekać i również inni z nas porozlatywaliśmy się w różne strony pomimo tego osobnicy ci zastrzelili z nas 11 osób i kilku ranili. Około godz. 7-mej rano zeszłam ze swego ukrycia i udałam się na Posterunek Milicji w Krościenku144.

Sprawcy zachowywali się niekonsekwentnie. Z jednej strony otworzyli ogień z broni automatycznej z bliskiej odległości do grupy cywili. Z drugiej nie widzieli potrzeby zabija-nia wszystkich. Jak wcześniej stwierdziliśmy, nie zajmowali się tymi, którzy rozbiegli się po lesie. Oszczędzili również niektórych rannych. Mówiła o tym Maria Galler: następnie osobnicy ci pytali się o „Śmigłego” drugi odpowiedział, że go nie ma, i twierdzę, że on był dowódcą całej tej bandy. Osobnicy ci chodzili z latarkami i kontrolowali czy ktoś jeszcze żyje i dobijali. Do mnie leżącej na ziemi przystąpił ten cywil mówiąc: leż cicho, masz zega-rek [?] nie miałam, więc mi nie zabrał. Pozostawił ją przy życiu145.

Jednocześnie – jak to było widać na przykładzie Dawida Józefa Gallera – z zimną krwią dobili kilku już ugodzonych pociskami. Mówił o tym również Zachwieja: Po upływie kilku minut napastnicy otworzyli ogień do żydów, potem z krótkiej broni dobijali niektórych ko-nających146. Faktem jest, że dobijanie rannych także było dość bezładne. Regina Symel: le-żąc na ziemi i słyszałam rozmowę osobników, którzy mówili, że który żyje trzeba dobijać lecz […] nie zrobili tego. Zeznawała, że to z braku amunicji, jednak wszystko wskazuje na to, że amunicji sprawcy mieli pod dostatkiem. Tym bardziej, że sama Symel dodawała, że w ten czas słyszałam jeszcze kilka strzałów przypuszczam, że dobijali rannych147. Dlaczego niektórych rannych dobijali – innych nie? Czym się kierowali, odbierając jednym życie – innym nie? Nie wiadomo. Faktem jest, że odchodząc, mieli świadomość, że część rannych zostaje, bo ich po swojemu policzyli i później o nich mówili.

W sumie zastrzelonych zostało 11 osób, w tym sześć kobiet i jeden nieletni, wspomnia-ny już chłopiec. Byli to: organizator wyjazdu Jakub Finkelsztein, Abraham Wygoda, jego żona Dwojra Wygoda, dwunastoletni Dawid Józef Galler, Izrael Flamm, osiemnastoletnia Rachel Holand, jej matka Tema Holand, Rachela Piniunska, Rachela Szapiro, Liba Szapiro oraz czterdziestoletni człowiek – najprawdopodobniej w „dokumentach PCK” określony jako Mosze Schmulewitz148.

Rannych było 5 osób: piętnastoletnia Rena Galler, szesnastolatka Chaja Abramowicz, czternastoletnia Haja Holand oraz zdecydowanie od nich starsi czterdziestosześcioletni Aizyk (Izaak) Piniunski i prawie pięćdziesięcioletni Izrael Galler. Niestety wszystko wska-zuje na to, że jeden spośród rannych, t.j. Aizyk (Izaak) Piniunski zmarł w szpitalu w No-wym Targu 5 V 1946 r.149

Sprawcy przeszukali kilka zwłok. Zabrali dokumenty. Niektórzy zabrali to, co było naj-łatwiej dostępne, choć nie przeprowadzali systematycznego przeszukiwania ofiar ani kom-pleksowego rabunku wszystkich znajdujących się przy nich przedmiotów. Ale też Regina Symel słyszała, jak niektórzy mówili między sobą, aby ściągać buty co lepsze oraz portfele i dokumenty co zaraz uczynili. […] Mnie zabrali buty, zegarek, pierścionek150. W protokole zeznań M. Pyzowskiego z 7 VIII 1947 r. zapisano: Po zaprzestaniu ognia, przeszukaliśmy trzy-cztery zwłoki, poczem kazaliśmy szoferowi odwieść się do Ostrowska, gdzie wysiedli-śmy, udając się do lasu151. Większość podręcznych bagaży ofiar została na ciężarówce (trudno mówić o większych bagażach, skoro wyprawa zmierzała do przejścia przez „zielo-ną” granicę w górach). Co się stało z naszymi rzeczami nie wiem. Osobnicy ci jeszcze długi czas kręcili się na miejscu [nieczytelne słowo], bo oświecali latarkami – do świtu152.

Maria Galler opowiadała: Po dokonaniu napadu osobnicy ci podeszli do szofera i po-wiedzieli coś ty się bał, nie bój się, choć [chodź – M.K.] nawracaj. Wszyscy wsiedli do auta i odjechali do Krościenka z naszymi rzeczami153. Następnie zabraliśmy szofera i kazali-śmy mu jechać do Ostrowska – notowano słowa Batkiewicza. – Szofer był mocno przestra-szony i nie chciał jechać, jak również nie posiadał oliwy [t.j. ropy naftowej]. Postaraliśmy się o oliwę i szofer jechał pod terrorem. Motocykiel załadowaliśmy na samochód i zabrali-śmy do obozu. W Ostrowsku wysiedliśmy z samochodu i poszliśmy do obozu154. To, co zna-leźli, czyli jakieś dokumenty czy podręczne rzeczy mogły być tymi pakunkami, o których mówił szofer Zachwieja: wreszcie zabrali część pakunków zabitych, siedli na auto i kazali mi się odnieść [tak w oryg. – M.K.] w stronę Nowego Targu, wysiadając koło Maniów155.

Partyzanci po ujechaniu kilku kilometrów zsiedli z ciężarówki i poszli do lasu. Za-chwieja w trzy tygodnie po zbrodni, a więc niemal bezpośrednio po wydarzeniach, stwier-dzał, że po strzałach żołnierze kazali mu wstać, siadać do auta za kierownicę i jechać w stronę Nowego Targu, pod Snoską zatrzymali auto, wysiedli z auta, i pośli [czyli: poszli

– M.K.] w nieznanym mu kierunku, jemu kazali jechać do domu156. Umówiony w celu prze-jęcia i przeprowadzenia całej grupy przez granicę przewodnik Franciszek Kowalczyk ocze-kiwał Gabrysia i grupy Żydów bezskutecznie. Po jakimś czasie wrócił do domu157.

Ofiary, które przeżyły, doczekały poranka w lesie. W lesie siedziałem do rana a następ-nie zeszliśmy do Krościenka na Posterunek Milicji i zawiadomiłem o zajściu – opowiadał

Icek Holland. Również Lejb Wygoda i Jakub Orensztein rano dotarli na Posterunek Milicji do Krościenka. Tam czekał na przyjazd MO i UB z Nowego Targu. Maria Galler pieszo po-szła wprost do Nowego Targu158. Ranni zostali przetransportowani do szpitala w Nowym Targu159.

Prawdopodobnie w towarzystwie milicji Holand powrócił na miejsce zabójstwa. Na miejscu poznałem znanych mi osobiście zastrzelonych Wygodę Abrahama lat około 50, Wy-godę Dwoję lat 50, z Pułtuska, Cholandę Rachelę, lat 18-cie, Cholandę Femę lat 45, moją żonę i córkę ostatnio zamiesz[kałe] w Łodzi, Filkensztajna Jakuba160.

W czasie wojny i po wojnie bieda była powszechna. Zarówno trupy żołnierzy fronto-wych, jak i innych ofiar działań zbrojnych były źródłem uzupełniania środków do życia. Pyzowski po kilku latach zeznawał: Ubrania z zabitych, jak później mówił „Długi”, pością-gała ludność miejscowa161. Rena Galler zeznawała, że była świadkiem, jak pojawił się zło-dziej, który przyszedł rabować nawet rannych. Po odejściu bandytów zjawił się z wioski pobliskiej chłop około lat 60, wzrostu średniego, ubrany w ciemny garnitur, […] przystąpił do nas pytając się czy żyjemy […] i ściągnął nam buty. Złodziej wykorzystał bezkarność, dodatkowo strasząc dziewczyny (kazał uciekać bo nas zastrzeli [?])162. Bynajmniej nie było lepiej w Komitecie Żydowskim przy ul. Długiej w Nowym Targu. Tam zwłoki pozbawiono kolejnych wartościowych przedmiotów. Przy zwłokach żony Lejba Wygody zostawiono złoty zegarek i złotą bransoletę. Kiedy trafiły do lokalu Komitetu Żydowskiego były w fu-trze. Skradziono je pod nieobecność Wygody, kiedy był na przesłuchaniach w Komendzie Powiatowej MO163.

 

Śledztwo

 

Jeszcze 3 V 1946 r. przesłuchano kierowcę Zachwieję jako świadka wydarzeń. Nie miał wiele do powiedzenia. Skądinąd niektórzy poszkodowani uważali, że kierowcy byli w zmo-wie z napastnikami. Przebieg wydarzeń w ich optyce mógł takie przypuszczenia uzasad-niać164. Zachwieja obawiał się, że może być podejrzewany o współudział w zbrodni. Stąd próbował usilnie wykreować jeszcze jedno zdarzenie, które dodatkowo mogłoby uwiary

godnić go jako całkowicie odległego od wspierania sprawców. Zaczął twierdzić, że został przez sprawców pobity: zapytał żołnierzy co chcą robić, w tem jeden z nich uderzył go w twarz tak, że wywrócił się do rowu, i powiedział mu będziesz skurwysynie żydów woził165. Potem to podtrzymywał, stwierdzając, że jeden z tych osobników pobił mnie za to, że wiozę żydów166. Jest jednak raczej mało prawdopodobne, że tak się stało. Nikt ze świadków nie widział takiego incydentu, a wszystko miało się odbyć na ich oczach. Trudno sobie wy-obrazić, że w dość detalicznych relacjach zostałoby to przez wszystkich przeoczone. Świad-kowie widzieli, że kierowcy nic się nie stało. Tym bardziej podejrzewali, że szofer był ze sprawcami w zmowie. Sprawa tych podejrzeń powróciła po kilku miesiącach167.

Wróćmy do pierwszych dni po zabójstwie. Bezpośrednio po odebraniu zeznań ofiar, o 23.05 wysłano pierwszy fonogram do KW MO w Krakowie. 4 maja o 10.50 PK MO w Nowym Targu została poinformowana o przyjeździe na miejsce prokuratora. Jednocze-śnie zarządzono sekcję zwłok wszystkich zastrzelonych168. Prokuratura skierowała wniosek do Sądu Grodzkiego w Nowym Targu o dokonanie oględzin sądowo-lekarskich zwłok. Na-kazano też przesłuchać wszystkich świadków169. Zwłoki dwunastu zabitych (z ciałem Wą-chały włącznie) przewieziono do Nowego Targu i umieszczono w Komitecie Żydowskim. 4 V 1946 r. przeprowadzono szczegółowe oględziny sądowo-lekarskie. Następnego dnia Komitet Żydowski z Krakowa zabrał zwłoki zabitych. Odwiózł także tych, którzy przeżyli.

Pierwsze zapisy zeznań poszkodowanych są opisem z jednej strony szczegółowym, z drugiej technicznie ułomnym, w wielu miejscach mało starannym. Ofiary wciąż nie ujaw-niały, że celem było przekroczenie granicy. Ewidentnie obawiały się, że niezależnie od tra-gedii, jaką już przeżyli uczestnicy wyjazdu, mogą ich spotkać dodatkowo represje karne ze strony władz komunistycznych. Jakub Orensztein zeznawał, że jechali do Krościenka na wypoczynek i tej wersji trzymali się wszyscy170. Kiedy przy jednym z ciał (zapewne Fin-kelszteina) odnaleziono sfabrykowane dokumenty PCK poświadczające ich rzekome oby-watelstwo austriackie, pobyt w obozach koncentracyjnych oraz czeską „wizę tranzytową”, udawali, że nic o tym nie wiedzą. Na przykład Izrael Galler zaprzeczał chęci przejazdu za granicę, mówił też, że nic mu nie wiadomo na temat tego, kto wyrabiał dokumenty171. Z ko-lei Icek Holand tłumaczył, że w czasie wojny był uciekinierem, czyli tzw. bieżeńcem w ZSRS. Obywatelem austriackim nie byłem i nie jestem. W obozie w rawentbryke [chodzi o Ravensbrück – M.K.] i w ogóle w obozie niemieckim nie przebywałem. Kto wyrabiał oka-zane mi zaświadczenia w Polskim Czerwonym Krzyżu w Krakowie tego ja nie wiem, jak również nie wiem kto starał się o wizę w Konsulacie Czechosłowackim w Warszawie172.

Całe śledztwo nie trwało długo. Już 6 VI 1946 r. Prokuratura Sądu Okręgowego w Nowym Sączu sporządziła postanowienie o umorzeniu śledztwa z powodu niewykrycia sprawców.

Rzeczywiście: sprawcy – z Batkiewiczem włącznie – byli jeszcze poza zasięgiem orga-nów podporządkowanych komunistom. Dzisiaj wiemy, że dwaj z nich polegli niedługo po umorzeniu śledztwa. 12 VI 1946 r. w Krościenku z rąk funkcjonariuszy UB zginął Józef Gabryś „Krzoczyk” („Krzaczek”). Niespełna cztery miesiące później, 29 IX 1946 r., w wal-ce z KBW został postrzelony Józef Ćwiertniewicz „Długi”. Ranny, zażył truciznę i zmarł dzień później.

W kolejnych miesiącach informacja o umorzeniu śledztwa dotarła do Izraela Gallera. Stało się to z półrocznym opóźnieniem. Galler w międzyczasie opuścił Polskę – przebywał już w Niemczech. 29 I 1947 r. napisał obszerne pismo do Prokuratora Sądu Okręgowego w Nowym Sączu z żądaniem i prośbą o kontynuowanie śledztwa, celem ujęcia sprawców. Jako trop wskazał Franciszka Kowalczyka, który może posiadać informacje na temat szofe-rów i – jak twierdził Galler – ich udziale w zbrodni. Galler nie miał wątpliwości, że stali oni za organizacją zbrodni. Po kilku miesiącach twierdził nawet, że wręcz czynnie w niej uczestniczyli. Oskarżył ich o to, że to oni ściągnęli z auta jego syna i żonę, a następnie za-strzelili, chociaż w zeznaniach spisywanych bezpośrednio po wydarzeniach ani on, ani inni uczestnicy takich informacji nie przekazywali. Galler twierdził także, że już wcześniej kie-rowcy, zatrzymując się w szynku, żądali od pasażerów pieniędzy na zapłacenie rachunku. Opisał także kosztowności, jakie miała na sobie jego żona, a które zostały zabrane przez sprawców, szoferów i okoliczną ludność. Nie spocznę dopóki sprawcy śmierci mojego syna nie zostaną wykryci i odpowiednio ukarani – stwierdzał na koniec. Kopie listu wysłał do ministra sprawiedliwości i prokuratora Sądu Najwyższego w Warszawie173.

List Gallera dotarł do adresatów w końcu lutego 1947 r. Możliwe, że właśnie te ostatnie elementy (odpisy do ministerstwa i Sądu Najwyższego) spowodowały ponowne urucho-mienie procedur. Rozpoczęto powtórne dochodzenie. Prokurator Sądu Apelacyjnego w Kra-kowie 7 III 1947 r., wprost przywołując list Gallera, zwrócił sprawę do Nowego Sącza z żądaniem jej wyświetlenia. Pierwsza rzecz, którą Prokurator Sądu Okręgowego uczynił w reakcji na polecenie, to nakaz sprawdzenia wszystkich przesłanek wskazanych w liście Gallera. Polecenie przekazano Posterunkowi MO w Szczawnicy.

21 III 1947 r. milicjanci ze Szczawnicy sporządzili listę wszystkich szoferów znajdują-cych się na ich terenie. Zaczynali listę „Jałowce”, czyli trzech braci Węglarzy: Kazimierz (ur. 1905), Józef (ur. 1911) i Ludwik (ur. 1916). Zwrócono też uwagę, że istnieje rodzina Gabrysiów pod przydomkiem „Bobek”, który w liście wymienił Galler174. Dzisiaj wiemy, że bracia Węglarze już wcześniej uczestniczyli w ciemnych sprawach Wąchały. Dwaj z nich – Józef i Ludwik – byli zamieszani m.in. w zabójstwo kupców w Zabrzeży175. Jednak o tym Galler w liście nie pisał, więc nie stało się to przedmiotem dochodzeń.

Interwencja Gallera i droga jego listu do kraju zbiegły się z innymi jeszcze wydarzenia-mi. 25 I 1947 r. w Waksmundzie został aresztowany Józef Dyda „Czarny”. Był wtedy par-tyzantem 2. kompanii zgrupowania „Ognia”176.

Jego pierwsze przesłuchanie w aktach nosi datę 31 I 1947 r. Protokoły przesłuchań były typowymi dokumentami wytwarzanymi w takich okolicznościach. UB decydowało o tym, co i jak zostanie zapisane. Słownictwo dobierane było przez protokolanta z PUBP w Nowym Targu niezależnie od tego, jakich form używali aresztowani. Przesłuchanie było w całości ukierunkowane na poszukiwanie żyjącego jeszcze i kontynuującego walkę „Ognia”177. Do-piero w kolejnym przesłuchaniu, 6 II 1947 r., pojawiła się w zeznaniach sprawa wydarzeń w Krościenku: W miesiącu maju 1946 r. brałem bezpośredni udział przy wyroku śmierci na 7 żydach a sporo z nich zdążyło zbiec178. Wówczas tego wątku nie rozwijano.

Formalne postanowienie o wszczęciu śledztwa przeciwko Józefowi Dydzie „Czarnemu” nosi datę 12 II 1947 r.179 Dziesięć dni później, w nocy z 21 na 22 II 1947 r., śmierć poniósł dowódca zgrupowania Józef Kuraś „Ogień”. Wieść o tym błyskawicznie rozniosła się po całym Podhalu. Tego też dnia komuniści ogłosili „amnestię” dla tych z podziemia, którzy się zgłoszą dobrowolnie, zdadzą broń i ujawnią szczegóły dotychczasowej działalności.

Te wydarzenia miały duży wpływ na dalsze postępowanie podkomendnych „Ognia”. Zarówno tych, którzy jeszcze byli w podziemiu, jak i tych – jak Dyda – już pochwyconych przez UB. U pierwszych wpływały na decyzje o ujawnieniu. Zarówno u jednych, jak i dru-gich stwarzały też możliwości kierowania śledztwa na mylne tropy. Jedną z metod obrony przesłuchiwanych było przerzucanie odpowiedzialności na tych, którzy już nie żyją albo na tych, którzy są poza zasięgiem UB, np. na Zachodzie. Przesłuchiwani wiedzieli, że UB nie będzie mógł zweryfikować zeznań dotyczących np. indywidualnie kierowanych ustnie po-leceń dowódców albo postaw i działań żołnierzy wcześniej poległych. Zakładano, że zmar-łym już żadne zeznania nie zaszkodzą. Była to naturalna strategia stosowana wobec orga-nów represji. To dodatkowo „obciążało” powstające w ten sposób materiały archiwalne, poprzez mieszankę faktów, przemilczeń i wzajemnie sprzecznych „informacji”.

W takiej atmosferze stopniowo wychodzić zaczęły na jaw rozliczne szczegóły działań sprawców zbrodni w Krościenku. Czy wszystkie ujawniane detale miały oparcie w faktach? Z pewnością nie. W odniesieniu do przebiegu samej zbrodni możemy je skonfrontować przynajmniej z zapisami zeznań ofiar, sporządzonymi bezpośrednio po tym wydarzeniu. Przy rekonstrukcji przyczyn, kulis działań partyzanckich i odpowiedzialności za całość wy-darzeń, takiej możliwości nie mamy. Jesteśmy zmuszeni bazować tylko na ułomnych zapi-sach zeznań ze śledztwa.

Bardziej szczegółowe informacje o wydarzeniach z nocy z 2 na 3 V 1946 r. pojawiły się po raz pierwszy w zeznaniach Józefa Dydy, datowanych na 27 III 1947 r. Ten zapis jest najbardziej rozbudowanym materiałem na temat jego działalności. Jest także najbardziej szczegółowym opisem pod kątem ustaleń faktograficznych. To pierwsze informacje poka-zujące – przynajmniej w teorii – powody, dla których partyzanci został wysłani przez

„Ognia” do Krościenka. Według zeznań Dydy w pierwszych dniach maja „Ogień” wypisał listę, na której byłem ja, „Śmigły”, „Szary”, „Żbik”, „Leń” i kazał nam zaraz iść do Kro-ścienka po motocykl, […] wieczorem doszliśmy do wioski Krościenko […]. Jego zdaniem takie poszukiwania rzeczywiście podjęto: zaraz udaliśmy się do jednego gospodarza na re-wizję za motocyklem, lecz motocykla nie było i zaczekaliśmy koło karczmy a „Żbik” wraz ze „Śmigłym” pobiegli w niewiadome mi miejsce i po upływie pół godziny przyszli […]180.

Dyda zeznał, że po zbrodni zaraz wsiedliśmy na auto, które wiozło poprzednio żydów i na którym były bagaże żydów i odjechaliśmy do Ostrowska, po drodze załadowaliśmy mo-tocykiel, który zabrał „Śmigły” wraz ze „Żbikiem” nieznanemu osobnikowi. […] Autem w/w dojechaliśmy do Ostrowska i tam zwaliliśmy bagaże pozostałe po żydach i motocykl a szoferowi kazali jechać z powrotem do swego domu. Zaraz zabraliśmy furmankę i bagaże żydów przewieźliśmy do obozu wraz z motocyklem i oddaliśmy to wszystko „Ogniowi”181.

4 IV 1947 r. w PUBP w Nowym Targu ujawnił się Mieczysław Pyzowski „Żbik”. O udziale w wydarzeniach pod Krościenkiem w formularzu ujawnienia nie napisał ani sło-wa182. Tego samego dnia ujawnił się również Jan Jarosz „Leń”183.

W maju 1947 r. nowosądecka prokuratura przesłuchała jeszcze Franciszka Kowalczyka, na którego w liście powoływał się Galler. Już wówczas zapisano jego słowa, że słyszał kie-dyś przypadkowo, jak partyzant „Żbik”, czyli Mieczysław Pyzowski, opowiadał, że brał udział w zabójstwie Żydów184. W tym samym miesiącu od prokuratora Sądu Apelacyjnego w Krakowie przyszło do Nowego Sącza ponaglenie – polecenie przedstawienia wyników dalszych dochodzeń w sprawie masowego zabójstwa żydów i rabunku ich mienia pod Kro-ścienkiem w nocy z 2 na 3 maja 1946 r.185 Jednak żadnych nowych rezultatów śledztwa nie było. Nie doszukano się powiązań wskazanych kierowców ze sprawcami. 22 VI 1947 r. wiceprokurator sporządził wniosek o umorzenie śledztwa – również tego podjętego na sku-tek pisma Józefa Gallera186.

A jednak półtora miesiąca później, 7 VIII 1947 r., na przesłuchanie do prokuratury we-zwano – w roli podejrzanego – Pyzowskiego. Ewidentnie wiceprokurator Roman Rękie-wicz musiał mu powiedzieć, że wie o jego uczestnictwie w wydarzeniach pod Krościen-kiem. To był główny temat przesłuchania. Te zapisy zeznań są generalnie spójne z tym, co kilka miesięcy wcześniej w UB mówił aresztowany Dyda.

Pyzowski zeznał, że 2 V 1946 r. w godzinach wieczornych przebywali w Krościenku pod dowództwem „Śmigłego”. Zapisane to jest tak, jakby rzeczywiście nie planowali żad-nych działań podobnych do tych, które finalnie miały miejsce. Jednak Pyzowski nie precy-zuje, jaki był cel pobytu w tej miejscowości. Możliwe, że go nie pytano. W tych zeznaniach jest mowa, że „Długi” i „Krzoczyk” („Krzaczek”) przyszli z meldunkiem o stojącym na drodze aucie ciężarowym. Pyzowski przyznał, że rozkaz otwarcia ognia do Żydów wydał dowódca „Śmigły”. Oświadczył także, że sam oddał z automatu 13 strzałów187. Zaprzeczył

informacjom o powiązaniu szoferów z partyzantami (Nie mam wiadomości o tem, aby szo-fer auta wiozącego żydów był w porozumieniu z naszym oddziałem188).

Jeszcze tego dnia Rękiewicz złożył wizytę w PUBP w Nowym Targu. Tam ustalił, kto z wymienianych w przesłuchaniach się ujawnił. Przejrzał kartoteki i oprócz Batkiewicza oraz Pyzowskiego wytypował Jana Jarosza („Lenia”) i Czesława Kieresia „Szarego”, które-go przypisał do tych wydarzeń ze względu na pseudonim pasujący do NN „Szarego” z gru-py partyzantów, która zeszła do Krościenka. W zeznaniach dotychczas zapisanych pojawiał się taki pseudonim, jednak bez żadnych dodatkowych informacji personalnych. Rękiewicz najprawdopodobniej dopiero wówczas dowiedział się też, że Dyda jest w rękach UB – aresztowany i przetrzymywany w więzieniu w Krakowie. Tam uzyskał także informacje o tym, że „Długi” – Ćwiertniewicz i Gabryś – „Krzoczyk” („Krzaczek”) zginęli w 1946 r.

Następnego dnia na polecenie Rękiewicza jeszcze raz przesłuchano zatrzymanych Za-chwieję i Adolfa Gabrysia. 8 VIII 1947 r. Rękiewicz przesłuchał też, jako świadka, Kazi-mierza Węglarza – jednego z „Jałowców”189. Gabryś nie przyznawał się nawet do współ-pracy z Wąchałą. Udawał, że dopiero w samochodzie dogadali się w sprawie przewozu. Cóż więc robiłby umówiony na 22.00 Kowalczyk?190 Stanisław Zachwieja kategorycznie zaprzeczył, aby udzielił partyzantom informacji o przyjeździe transportu191. To samo pod-kreślał Adolf Gabryś „Bobek”192.

9 VIII 1947 r. został wezwany na przesłuchania do MO w Nowym Targu także ujawnio-ny 10 kwietnia Jan Batkiewicz – już w charakterze podejrzanego. Wtedy i w jego zezna-niach pojawiły się szczegółowe informacje o zbrodni w Krościenku. Protokół tych zeznań jest dość detaliczny, ale rodzi też szereg pytań. Przy pobieżnej lekturze może on tworzyć wrażenie pełnej szczerości zeznań. To złudzenie. Chociażby przy opisie zastrzelenia „Łazi-ka”. Batkiewicz starał się jednoznacznie sugerować, że osobiście nie uczestniczył w wyko-naniu wyroku, jedynie dał rozkaz, by dwóch poszło na bok zlikwidować „Łazika”. Wiemy tymczasem, że to on z Pyzowskim we dwóch zatrzymali motocykl z Wąchałą i Gabrysiem. I jeśli jakichś „dwóch” ten wyrok wykonało – to tylko oni. Batkiewicz tymczasem również w dalszej części zeznań próbował utwierdzać przesłuchujących w przekonaniu, że do Wą-chały nie strzelał: W międzyczasie przyszli dwóch [ci dwaj], którzy zlikwidowali „Łazika”, lecz którzy to byli – nie pamiętam193.

W tym zapisie zeznań jest informacja, że Batkiewicz przyznał, iż to on dał bezpośredni rozkaz otwarcia ognia do cywili: Następnie po wylegitymowaniu dałem rozkaz wystrze-lać194. Wcześniej jednak w jakimś sensie sugerował odpowiedzialność nieżyjącego dowód-cy zgrupowania. Według tych zapisów Batkiewicz miał stwierdzić, że był rozkaz „zlikwi-dowania” grupy Żydów, choć nie tej, którą napotkali: tamta miała być mniej liczna i miała przejeżdżać innego dnia. Zapis w zeznaniach jest następujący: Dnia 2.5.1946 r. dostałem

rozkaz od „Ognia”, by iść do Krościenka, że tam mają przyjechać obywatele narodowości żydowskiej, którzy mają zamiar nielegalnie przekroczyć granice państwa polskiego, do Cze-chosłowacji, których ja mam zlikwidować. Podkreślał zarazem, że w poleceniu była mowa o zupełnie innej grupie, kilkakrotnie mniej licznej. Zaznaczam, że obywateli narodowości żydowskiej miało być około 6-ciu195. W dalszej części przesłuchania mamy następujący za-pis: Myśmy nie przypuszczali, że [wieczorem 2 V 1946 r. w ciężarówce – przyp. M.K.] to jadą obywatele narodowości żydowskiej, ponieważ według zlecenia „Ognia” mieli jechać dnia następnego196.

Z jednej strony zapis taki potwierdzać może to, co w zeznaniach różnych przesłuchiwa-nych jest jednoznaczne: partyzanci tego wieczoru byli zaskoczeni widokiem ciężarówki. Z drugiej pojawia się tu sugestia, że „Ogień” o jakimś przerzucie wiedział – choć nie o tym. Czy więc rzeczywiście to był powód wysłania kilku podkomendnych do Krościenka? Pro-blemem jest to, że nigdy wcześniej ani już nigdy później (ani u innych przesłuchiwanych, ani też w innych późniejszych zapisach zeznań Batkiewicza) taka sugestia się nie powtó-rzyła. Tymczasem w zeznaniach Dydy jest mowa o zupełnie innym celu zejścia do Kro-ścienka – poszukiwaniu motocykla197.

Pytanie o staranność zapisu zeznań Batkiewicza w tym miejscu pozostaje bez odpowie-dzi – nie ma z czym tego skonfrontować. Więc rodzi się pytanie: czy Batkiewicz nie próbo-wał i w tym wypadku konfabulować, aby odsunąć od siebie odpowiedzialność? Taką opcję należy brać pod uwagę. Jednak i tak postawiona kwestia rodzi kolejne pytanie: jeśli Batkie-wicz chciałby tak po prostu zrzucić odpowiedzialność na dowódcę, to wskazałby poprawną datę. W jakim celu miałby ją zmieniać? I kolejna wątpliwość: chcąc przerzucić odpowie-dzialność na dowódcę wskazałby poprawną, znaną mu przecież już po wydarzeniach, liczbę pasażerów ciężarówki. Dlaczego podał informację o sześciu uczestnikach wyjazdu? A może to maszynowa pomyłka protokolanta? Nie wiadomo, gdyż ta informacja również nie znaj-duje potwierdzenia w innych zeznaniach. Do kwestii odpowiedzialności za te wydarzenia „Ognia” jako dowódcy zgrupowania tak czy inaczej konieczne będzie wrócić poniżej.

11 VIII 1947 r. zostali tymczasowo aresztowani Stanisław Zachwieja i Adolf Gabryś – pod zarzutem pomocy w zabójstwie 11 obywateli narodowości żydowskiej. Uczyniono tak, mimo że również Batkiewicz – podobnie jak Pyzowski – zaprzeczał, jakoby działali w po-rozumieniu z partyzantami (Zaprzeczam jakoby szofer miał z nami łączność198). Z braku ja-kichkolwiek wiarygodnych dowodów przeciw nim sprawę umorzono już po miesiącu – 12 IX 1947 r. – po czym obu wypuszczono na wolność199.

Meandry tych działań władz komunistycznych w ogóle zadziwiają. W międzyczasie bo-wiem, 7 IX 1947 r., Batkiewicz został aresztowany przez PUBP w Nowym Targu200. Jednak – paradoksalnie – nie miało to żadnego związku z wydarzeniami w Krościenku, choć UB wiedziało już o uczestnictwie zarówno Pyzowskiego, jak i Batkiewicza w zabójstwie Żydów. Dziwi to tym bardziej, że właśnie w tym czasie finalizowano sprawę Józefa Dydy, oskarżonego m.in. o udział w tej zbrodni.

W tym śledztwie marcowe zeznania Dydy uznano za wyczerpujące. Powrócono do nich w sposób nietypowy jak na ówczesne metody postępowania. 13 IX 1947 r. na dokumencie z zeznaniami, który został sporządzony w marcu, oficer śledczy WPR w Krakowie kpt. Ze-non Grela napisał formułkę: W obecności oficera Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Kra-kowie potwierdzam, własnoręcznym podpisem, prawdziwość wyjaśnień. Przymusu wobec mnie nie stosowano. Zgodnie z poleceniem Dyda się pod tym podpisał201.

16 IX 1947 r. sporządzono postanowienie o pociągnięciu go do odpowiedzialności kar-nej. Całe wydarzenie zakwalifikowano jako mające tło rabunkowe – ukierunkowane na przy-właszczenie dobytku żydowskich pasażerów. W tym dokumencie Dyda został oskarżony m. in., że w maju 1946 r. pod Krościenkiem wraz z innymi zabrał mienie ruchome na szkodę 26-ciu obywateli narodowości żydowskiej oraz, że wraz z innymi dopuścił się zabójstwa

11­-tu obywateli narodowości żydowskiej202. Także w akcie oskarżenia jest mowa m.in. o udziale Dydy w zabójstwie oraz o rabunku trupów i ruchomego mienia ofiar203. 9 X 1947 r. odbyła się rozprawa przed WSR w Krakowie. Dyda twierdził, że w Krościenku był, ale oso-biście nie strzelał, bo zaciął mu się automat. Potwierdzał, że rzeczy, które były w aucie zabra-liśmy i pojechaliśmy do obozu, gdzie „Śmigły” oddał je „Ogniowi”204. 13 X 1947 r. Dydę skazano na karę śmierci205. Wyrok wykonano już kilka tygodni później – 25 XI 1947 r.206

Dlaczego sprawy nie rozciągnięto na Batkiewicza i Pyzowskiego, skoro wiedziano o ich udziale w tym zabójstwie? To jedno z kolejnych pytań bez odpowiedzi. W czasie, gdy Dyda czekał w celi na wykonanie wyroku, Batkiewicz był przesłuchiwany (8 i 9 XI 1947 r.). Jednak wciąż w ogóle nie poruszano sprawy jego udziału w zbrodni w Krościenku. Po kilku miesią-cach, 12 III 1948 r., skazano go na karę dożywotniego więzienia, przy czym wyrok dotyczył nielegalnego posiadania broni i radiostacji207. Pyzowski, póki co, pozostał na wolności.

 

Rozprawa Batkiewicza i Pyzowskiego

 

Sprawa Krościenka powróciła dopiero niemal dwa lata później. W jednym z później-szych dokumentów jest mowa o tym, że i tym razem wznowienie śledztwa było rezultatem skargi obywateli narodowości żydowskiej, którym udało się zbiec208.

Dlatego 16 I 1950 r. WUBP w Krakowie nakazał PUBP w Nowym Targu w trybie pil-nym sporządzić szczegółowy raport na temat wydarzeń w Krościenku w nocy z 2 na 3 V

1946 r.209 Odpowiedzi udzielono 30 I 1950 r., dość detalicznie objaśniając wyniki ustaleń. Tam wskazano, że spośród sprawców jest do odnalezienia ujawniony wcześniej Czesław Kiereś „Szary”210.

Wznowiono śledztwo. Rozpoczęły się nowe przesłuchania. Teraz – po dłuższym czasie

– Batkiewicz próbował zrzucić odpowiedzialność za dowodzenie zbrodniczą akcją na „Sza-rego”. Dlaczego akurat na niego? Był to jeden z partyzantów, którego nie znali. Rzeczywi-ście nie wiedzieli, kim on jest. Możliwe, że w trakcie przesłuchań do któregoś z nich dotar-ła sugestia, że to „Szary” był dowódcą. Taki pogląd pojawił się już w zeznaniach Icka Hollanda z 1946 r. Stwierdzał on, że wołali na dowódcę „Szary”211. O tym, że sugestia mogła się brać od prowadzących śledztwo, świadczy jednoznaczne przyporządkowanie Kieresia jako „Szarego”, co – jak wiemy – miało swe źródło jeszcze w konstatacjach z wi-zyty prokuratora Rękiewicza w PUBP w Nowym Targu w 1947 r. Mogło to być już efektem narzucenia przesłuchiwanym tez ze śledztwa.

Prokuratura wojskowa zebrała wszystkie dostępne akta ze sprawy Dydy i wcześniejsze oświadczenia z ujawnień Batkiewicza, Pyzowskiego, Kieresia i Jarosza, jako podejrzanych o udział w zbrodni pod Krościenkiem. W sposób kuriozalny prokuratorzy dopiero wtedy zauważyli, że już od lat wiadomo było o udziale Pyzowskiego i Batkiewicza w zbrodni. Obaj w 1947 r. przyznali się do udziału w przedmiotowym napadzie i morderstwie i wyjawi-li szereg nazwisk i pseudonimów innych wspólników przestępstwa – pisano 30 IX 1950 r. Skonstatowano także, iż w oświadczeniach składanych podczas ujawnienia udział w tych wydarzeniach został przez nich przemilczany. Nakazano przy tym poinformować o wyni-kach petenta Izraela Gellera212.

Batkiewicz był wówczas przetrzymywany w więzieniu we Wronkach213. 27 X 1950 r. zadecydowano o aresztowaniu Kieresia (który w rzeczywistości z wydarzeniami pod Kro-ścienkiem nie miał nic wspólnego) i Pyzowskiego – za udział w morderstwie Żydów. Osa-dzono ich w areszcie PUBP w Nowym Targu. Sądzono, że również Jan Jarosz jest przetrzy-mywany w więzieniu, ale szybko okazało się, że Jarosz, który jest do dyspozycji, to nie poszukiwany Jan Jarosz „Leń” – tylko zupełnie inny partyzant214. W związku z powyższym Jarosza „Lenia” dopiero należało odnaleźć. W lutym 1951 r. rozesłano za nim listy gończe. Jego sprawę wyłączono do oddzielnego postępowania. Tymczasem skupiono się na Batkie-wiczu, Pyzowskim i Kieresiu.

Pyzowski, przesłuchiwany jako podejrzany 8 XI 1950 r., pominął udział w wydarze-niach pod Krościenkiem215. Jednak musiał w końcu zacząć i o tym mówić. Na przesłucha-niu 29 XI 1950 r. potwierdził wszystko – w zgodzie z linią przyjętą przez przesłuchujących (albo jedynie tak to zapisano w protokołach) – łącznie z nieprawdziwymi informacjami, że w wydarzeniach brał udział już zidentyfikowany Kiereś Czesław ps. „Szary”. Protokół ewi

dentnie w tym wypadku potwierdził to, co podsuwali przesłuchujący. W tym przesłuchaniu Pyzowski ponownie zeznawał, że to Batkiewicz wydał rozkaz strzelania. Zanegował nato-miast rabunek mienia ofiar: Z zamordowanych i rannych żadnych ubrań ani też innych rze-czy nie ściągaliśmy […] ludzie natychmiast [po odjeździe sprawców] się zbiegli zabierając z trupów ubrania i inne rzeczy216. W podsumowaniu w piśmie do Naczelnej Prokuratury Wojskowej z 11 I 1951 r. PUBP w Nowym Targu poinformował, że Pyzowski został prze-słuchany i przyznał się do udziału w morderstwie pod Krościenkiem217.

Jednak pojawił się problem „Szarego”. Z czasem do prowadzących sprawę zaczęło do-cierać, że Kiereś to mylny trop. W końcu zrozumieli, że ten „Szary” do oddziałów party-zanckich „Ognia” uciekł z wojska dopiero w czerwcu 1946 r. Na początku maja 1946 r. Kiereś był jeszcze w wojsku, a więc nie mógł być uczestnikiem wydarzeń w Krościenku. Jednoznacznie o tym opowiadał podczas przesłuchań. Świadczyły też o tym inne dokumen-ty. W końcu i Pyzowski (wbrew wcześniejszym zapisom zeznań) oraz Batkiewicz potwier-dzili, że Kiereś to nie ten „Szary”218. Tak więc po kilku miesiącach, 6 III 1951 r., sprawę Kieresia umorzono, a jego samego wypuszczono na wolność.

Natomiast dla Batkiewicza i Pyzowskiego historia z Kieresiem była dodatkowym po-twierdzeniem, że UB nie wie, kim był ów nieznany z nazwiska „Szary”. Z tym większym zdecydowaniem mogli potem właśnie NN „Szaremu” przypisywać kierowanie całą akcją. Widoczne jest to w zeznaniach Batkiewicza z początku roku. W czasie procesu już obaj próbowali się trzymać takiej linii. Z kolei odpowiedzialnością za bezpośrednie wykonanie rozkazu obciążali kolegów już nieżyjących.

Batkiewicza przesłuchano w więzieniu we Wronkach 16 I 1951 r. Zapisano zeznania w następujący sposób: w początkach maja 1946 r. dokładnej daty nie pamiętam przez d[o-wód]cę bandy „Ognia” została wyznaczona grupa, której dowódcą był „Szary” nazwiska jego nie znam. Po drodze ps. „Szary” powiedział nam, że idziemy w kierunku Krościenka nie objaśniając przy tym żadnego celu. […] Po dwóch dniach pobytu w Krościenku wieczo-rem dowódca grupy ps. „Szary” kazał nam przygotować się po czym wyszliśmy na mia-steczko. […] Po godz. 21.00 „Długi” wrócił i rozmawiał z d[owód]cą „Szarym”. Po tej rozmowie „Szary” objaśnił nam , że opodal pod Krościenkiem stoi samochód ciężarowy, którego należy zrewidować. Poszliśmy tam w całym składzie na miejsce i ps. „Szary” zaczął kontrolować. Jak się okazało później byli tam ludzie. Podczas kontroli „Szary” kazał tym osobom zejść z samochodu. Po sprawdzeniu dokumentów u tych ludzi, których było 20 osób – podszedł do ps. „Czarnego”, który miał karabin maszynowy i powiedział mu coś po ci-chu. Po pewnym czasie na znak [dany przez] ps. Szarego – ps. Czarny zaczął strzelać do tych ludzi. […] Ja do tych ludzi nie strzelałem. […] Ja byłem tym wypadkiem zaskoczony i zdenerwowany tak, że już nie przypominam sobie jak to wyglądało dokładnie219.

Według tych zeznań po tych wypadkach wsiedli do auta i pojechali do Ostrowska. Tutaj Batkiewicz nie wspominał nic o bagażach ofiar. Przy tym zaznaczał, że po ujawnieniu

w 1947 r. był wzywany jako świadek w sprawie Dydy i – jak stwierdził – wówczas w ze-znaniach swych dokładnie nakreśliłem przebieg całego zajścia tak samo jak w tym protoko-le. Czy liczył, że nie znajdą tamtych protokołów? A może już po latach nie pamiętał do-kładnie, co tam napisano? Może i wówczas nie bardzo mógł się szczegółowo z protokołem zapoznać? Tak czy inaczej do tamtych protokołów sięgnięto i wykorzystano je niezależnie od nowych zeznań Batkiewicza i Pyzowskiego.

23 I 1951 r. z Izraela napisała list do Polskiego Radia Maria Galler, poruszona audycją na temat organizacji podziemnej z udziałem księży. Opisała na swój sposób zbrodnię z Kro-ścienka. Niezwykle emocjonalnie posłużyła się komentarzem utrzymanym w tonie obowią-zującej wówczas w komunistycznej Polsce propagandy z podtekstem antyklerykalnym. Pi-sała więc o Grupie potworów ludzkich, która owej pogodnej nocy śniła sen minionych „dobrych czasów” – czasy nieróbstwa i hulaszczego życia, czasy Koców, Prystorów, Be­ cków, księży Trzeciaków i innych „uszczęśliwiaczy” Narodu Polskiego, czyhało na swe ofia-ry. Chcieli godnie uczcić nadchodzący dzień 3-go Maja i w krwi ludzkiej żydożercze in-stynkta […]. Dodała szereg nieprawdziwych szczegółów, aby jeszcze bardziej zwiększyć odrażający obraz mordu. Przypomniała jednak przy tym rzeczywistą tragedię swojego syn-ka: Jako bolejąca matka wołam wielkim głosem o karę dla zbrodniarzy tych parobków kle-rykalno-burżuazyjnej kliki, którzy po dziś dzień jeszcze mordują dzieci i porządnych ludzi pracy. Hańba tym, którzy mordowali dzielnych żołnierzy Armii Radzieckiej […]220.

8 III 1951 r. przygotowano akt oskarżenia przeciw Batkiewiczowi i Pyzowskiemu. Tego pierwszego – mimo jego zabiegów – potraktowano jako dowódcę grupy. Całość ich działań bez jakichkolwiek wątpliwości zaklasyfikowano jako mające tło rabunkowe. O sprawcach w akcie oskarżenia pisano, że po dokonaniu zabójstw zabrali pozostawione mienie ruchome następnie samochodem, terroryzując szofera, zawieźli do meliny bandy221.

Pyzowski, przesłuchiwany jako świadek 29 III 1951 r., przyznał się do bezpośredniego udziału w zamordowaniu 14 [sic!] żydów w Krościenku . Tu znowu potwierdził, że dowodził Batkiewicz. Natomiast w sprawie „Łazika” twierdził, że to dwaj już nieżyjący – „Długi” wraz z „Krzaczkiem” – go zastrzelili222. Tego samego dnia, 29 III 1951 r., był przesłuchiwa-ny Batkiewicz. Zeznawał, że przez grupę pod dowództwem ps. Szary, w składzie ja, Pyzow-ski ps. Żbik, Czarny, Leń, Długi, Krzaczek, została zamordowana grupa 14 [sic!] żydów w Krościenku223. Ta zgodnie powtarzana błędna cyfra również przypomina o tym, w jakich okolicznościach sporządzano protokoły i jak niepewnym są one źródłem.

Rozprawa główna miała miejsce 18 IV 1951 r. Batkiewicz podtrzymywał nową wersję wydarzeń. Twierdził, że w początkach maja 1946 r. „Ogień” wyznaczył grupę ludzi pod dowództwem „Szarego” […] i wysłał nas do Krościenka224. Rozwinął wątek odpowiedzial-ności „Szarego”. Gdy dochodziliśmy do „Szarego” zobaczyliśmy wóz ciężarowy i ludzi ustawionych, a gdy się więcej zbliżyliśmy, usłyszeliśmy strzały z RKM-u i krzyk ludzki. Ja będąc tym zaskoczony zdrętwiałem. Ja z Pyzowskim stałem od nich w odległości może 10 m.

Strzelali [Jarosz] „Leń” i [Dyda] „Czarny”225.Wyjaśnił, że sam był jedynie w pobliżu, w rozstrzeliwaniu ludzi nie brał udziału. Było ciemno, słyszał strzały. Widziałem, że od salw RKM padali ludzie ale ile ich było nie wiem, bo byłem tym widokiem przerażony226.

Swoją niewinność próbował podbudować informacjami o rzekomej próbie ukarania go za niechęć do partycypacji w zbrodni. Dodał opowieść o tym, że po powrocie do obozu „Szary” przedstawił mnie do raportu za to, że nie brałem czynnego udziału w napadzie.

[…]  Po napadzie usprawiedliwiałem się u „Ognia”, że nie strzelałem gdyż chciałem zacho-wać amunicję do samoobrony227.

Podobnie uczynił wówczas Pyzowski. I on stwierdził, że dowódcą był „Szary”, podkre-ślając odpowiedzialność nieżyjącego „Ognia”: W dniu 1 albo 2 maja 1947 r. zostaliśmy wysłani „Leń” (Jarosz), „Czarny” (Dyda), „Żbik”, „Ryś”, „Szary”, Ćwierkiewicz [tak w oryg. – K.M.], „Krzaczek”, Śmigły. Dowódcą był Szary228. Sam – jak tym razem twier-dził – nie strzelał do cywili: Gdy dochodziliśmy do samochodu był podany gwizdek przez „Szarego” i „Szary” dał rozkaz strzelać. Strzelał „Leń” z RKM-u. Ja też strzelałem dałem serię w górę i zaciął mi się automat. „Leń” strzelał z pistoletu do żydów i dzieci. Ja nie strzelałem do ludzi tylko w górę strzeliłem. „Leń” strzelał z pulimiotu a Czarny z RKM-u. Batkiewicza widziałem ale nie strzelał bo miał [tylko] pistolet. Udział w tym brałem lecz do ludzi nie strzelałem229. Wzorem Batkiewicza także „uzupełnił” obraz dowódcy zgrupowania tak, aby potwierdzić swoją niewinność: Za to, że nie strzelałem do ludzi „Ogień” wydał na mnie wyrok, lecz nie został wykonany gdyż [nieczytelne słowo] był w innej grupie. Potem dodawał: Do winy poczuwam się, że byłem jako członek bandy ale do morderstwa i do ra-bunku nie przyznaję się bo nie miałem sumienia strzelać do ludzi230.

19 IV 1951 r. WSR w Krakowie wydał wyrok skazujący na obu sądzonych, czyli Bat-kiewicza i Pyzowskiego. Uzasadnienie nie uwzględniło nowych wyjaśnień. Przywołano ich zeznania z akt Dydy, w których przyznali się do udziału w zbrodni, a Batkiewicz – tak-że do kierowania grupą partyzantów i wydania rozkazu otwarcia ognia. Dosyć niechlujnie przypomniano zeznania z procesu Dydy, nawet myląc jego właściwy pseudonim („Czar-ny”) i konsekwentnie tytułując go „Szarym”. Sąd orzekł, że Batkiewicz winien jest, że działając wspólnie z innymi członkami bandy „Ognia”, którymi dowodził, wystrzałami z broni palnej, zabił 11-tu (jedenastu) obywateli narodowości żydowskiej. W wyroku stwierdzono także, że działając wspólnie z innymi przy użyciu przemocy w celu przywłasz-czenia zabrał 26 (dwudziestu sześciu) obywatelom narodowości żydowskiej ich mienie ru-chome. W uzasadnieniu pisano wprost, że zabrano garderobę i żywność pasażerów, znaj-dującą się na samochodzie. Pyzowski również został skazany za to że działając wspólnie z innymi członkami bandy „Ognia”, wystrzałami z broni palnej, zabił jedenastu obywateli narodowości żydowskiej. Jednocześnie w uzasadnieniu błędnie przyjmowano, że była to zorganizowana zasadzka. Obaj zostali skazani na karę śmierci, na podstawie amnestii za-mienioną ostatecznie na 15 lat więzienia231. 11 VI 1951 r. Najwyższy Sąd Wojskowy zmniejszył karę śmierci Pyzowskiemu do 15 lat, co oznaczało po zastosowaniu amnestii wyrok ogólny 10 lat więzienia232.

Batkiewicz został zwolniony z więzienia w grudniu 1956 r.233 Odpowiedzialność

Jedno z kluczowych pytań związanych z wydarzeniami w Krościenku dotyczy kwestii odpowiedzialności za nie dowódcy zgrupowania, czyli Józefa Kurasia „Ognia”.

W odniesieniu do tych wydarzeń zasadniczo nie dysponujemy żadnymi źródłami wytwo-rzonymi przez sprawców ani przez oddziały, w których służyli. Nie ma ani pisemnych rozka-zów, ani żadnych dokumentów, wytworzonych przez podziemie na własne potrzeby, cho-ciażby pośrednio wspominających o tym, co stało się w Krościenku. Jedynym wyjątkiem jest lakoniczny, jednozdaniowy zapis w notatniku osobistym Kurasia, potwierdzający, że dowódca zgrupowania ex post został poinformowany o tym, że do otwarcia ognia do ludzi doszło. Jednak ten dokument – póki co – historykom nie jest dostępny w oryginale. Głów-nym źródłem informacji o zbrodni w Krościenku są omówione wyżej akta kilku śledztw przeprowadzonych w tej sprawie. Z natury ówczesnych postępowań wytworzone w ich trak-cie akta nie spełniają wymogów rzetelności przekazu informacji. Protokoły przesłuchań były wówczas sporządzane i zapisywane w oparciu o reguły odległe zarówno od przedwojen-nych, jak i dzisiejszych standardów wytwarzania tego rodzaju dokumentacji. Ich jakość bywa różna. Wymaga też szczególnego wyczulenia podczas krytycznej analizy zawartości.

Jak wyżej wspomniano, nie mamy dostępnego oryginału prowadzonego przez Józefa Kurasia notatnika dowódcy. Wiemy na pewno, że taki notatnik istniał. Nie miał on jednak w żadnym wypadku ani charakteru dziennika, ani też pamiętnika Kurasia. Był to po prostu osobisty notatnik noszony w raportówce, zawierający na ogół opatrzone datami suche, ha-słowe zapiski. W aktach UB przetrwały mniej lub bardziej starannie wykonane odpisy. Jeśli oprzemy się na jednym z nich, jako bardziej wiarygodnym (co nie znaczy dokładnym), mamy do dyspozycji zaledwie jednozdaniowy hasłowy wpis „Ognia” na temat wydarzeń w Krościenku. Brzmi on w całości następująco: 2 V [1946] Krościenko 12-tu Żydów, 3-ch ciężko rannych 6 lekko rannych234.

 

Wpis jest dość oszczędny, skupiony tylko i wyłącznie na faktach i liczbach. Możemy z niego wywnioskować następujące informacje:

 

  • „Ogień” został poinformowany o wydarzeniu post factum;
  • „Ogień” został w miarę precyzyjnie poinformowany o liczbie zabitych (jednego z ciężko rannych mogli partyzanci wziąć za zabitego);
  • „Ogień” został poinformowany też, że byli ranni, których pozostawiono przy życiu na miejscu zdarzenia;
  • „Ogień” został poinformowany o narodowości ofiar.

Z zapisu tego nie wynikają natomiast żadne informacje, mogące być odpowiedzią na pytania:

  • czy „Ogień” wiedział o transporcie Finkelszteina?
  • czy „Ogień” wydawał polecenia rozstrzelania uczestników tego bądź innego trans-portu (jak to zapisano w protokole jednego z zeznań Batkiewicza)?
  • czy „Ogień” został rzetelnie poinformowany o okolicznościach zabójstwa (jako ni-czym niesprowokowanego przez ofiary)?
  • czy „Ogień” został poinformowany o wieku ofiar (o tym, że wśród nich były osoby nieletnie)?
  • czy „Ogień” został poinformowany o pobieżnej rewizji, przy okazji której sprawcy zabrali niektóre wartościowe przedmioty;
  • czy rzeczywiście zostały do obozu sprowadzone przedmioty ofiar, jakie znalazły się na ciężarówce?

 

To ważne zagadnienia. Jednocześnie znamy kontekst funkcjonowania sztabu i zgrupo-wania „Ognia”. Nawet jeśli mamy do czynienia ze zdarzeniem wcześniej niezaplanowa-nym, i nawet jeśli „Ogień” nie wiedział o transporcie Finkelszteina – a Jan Batkiewicz au-tonomicznie podjął decyzję o otwarciu ognia do grupy cywili – to musiał zakładać, że nie spotka się to z jednoznacznym potępieniem dowódcy. Nie ulega przecież wątpliwości, że miał świadomość odpowiedzialności przed przełożonym za każde działania podejmowane na własną rękę. Wiedział, że działania tego rodzaju, podejmowane wbrew zasadom akcep-towanym przez dowództwo zgrupowania, są bezwzględnie karane. I to według zasad obo-wiązujących w warunkach wojennych – tj. z groźbą kary śmierci włącznie. Takie wyroki w oddziałach „Ognia” się zdarzały. I – jeśli zaistniały poważne naruszenia zasad dyscypliny – dotykały one nie tylko szeregowych żołnierzy, ale również dowódców pododdziałów235. Kluczowym pytaniem, na które nie możemy odpowiedzieć w oparciu o autorytatywne

dokumenty, jest kwestia, w jaki sposób zdano „Ogniowi” relacje z wydarzeń. Jakie szcze-góły mu przekazano, a jakie pominięto. Jednak sam fakt, że ofiarami byli ludzie narodowo-ści żydowskiej, o których „Ogień” wielokrotnie pisał w swoich ulotkach, zmusza do zatrzy-mania się dłużej nad kwestią stosunku „Ognia” do tej mniejszości narodowej.

Pytanie o stosunek „Ognia” do Żydów jest tym bardziej istotne, że jednym z elementów czarnego obrazu „Ognia”, odpowiednio podsycanego przez propagandę komunistyczną przez kilka dziesięcioleci, był wizerunek partyzantów-antysemitów, którzy mordują Żydów z pobudek rasowych. W myśl tej propagandy celem Kurasia było po prostu wyniszczenie jak największej liczby ludzi tej narodowości, dzięki czemu mógł być przedstawiany jako naśladowca zbrodniarzy niemieckich.

Po latach podkomendni „Ognia” odrzucali te oskarżenia. Jednoznacznie w tym duchu wypowiadał się adiutant Kurasia Bogusław Szokalski „Herkules”236. Nie było wypadku, żeby jakiś Żyd za samo pochodzenie został zlikwidowany stwierdzał z kolei inny „ognio-wiec” Zbigniew Paliwoda, który jednak działał w oddziale funkcjonującym na terenie Kra-kowa i w powiecie miechowskim, a więc na terenach dość odległych od Podhala. Nie mu-siał mieć więc pełnej orientacji na temat wydarzeń, mających miejsce w górach237.

Podkomendni Kurasia, zaprzeczając oskarżeniom o dokonywanie fizycznej likwidacji ludności żydowskiej, twierdzili z reguły, że z rąk żołnierzy „Ognia” ginęli ci, którzy — po-dobnie jak i przedstawiciele innych narodowości, z Polakami włącznie — byli aktywnie zaangażowani w działalność komunistycznych struktur władzy i represji. Takie przypadki znamy i trudno – w realiach tamtejszej walki – uznawać je za problematyczne. Wręcz prze-ciwnie. Wszak likwidacje funkcjonariuszy komunistycznej i sowieckiej bezpieki wpisywały się w zwalczanie organów represji i komunistycznego terroru jako takich. Niezależnie od narodowości ich funkcjonariusze byli przedstawicielami narzuconej Polsce władzy, ich za-daniem było jej utrwalenie i zdławienie jakiegokolwiek oporu. To samo dotyczy konfiden-tów nowej władzy i aktywnych działaczy komunistycznych.

Jednakowoż wydarzenia w Krościenku każą postawić pytanie o wiarygodność tak kate-gorycznych deklaracji byłych partyzantów. Podkreślmy raz jeszcze: mamy tutaj do czynie-nia z grupą cywili, którzy tylko przejazdem znaleźli się na Podhalu. Nie ma żadnej wątpli-wości: były to osoby, których sprawcy nie mogli podejrzewać o działalność w aparacie represji czy o potajemną współpracę z UB. Nie było więc żadnego powodu – wpisującego się w praktykę walki niepodległościowej – który uzasadniałby ich śmierć. Wszystko, co sprawcy wiedzieli o pasażerach ciężarówki, sprowadzało się do tego, co stwierdzili przy legitymowaniu: była to grupa przypadkowych osób narodowości żydowskiej, które udawa-ły się w dalszą podróż.

I kolejny ważny element: analiza tego, co wiemy o wydarzeniach w Krościenku, w peł-ni pokazuje, że ofiary niczym nie sprowokowały otwarcia ognia.

Z drugiej strony najbardziej elementarne fakty w odniesieniu do wydarzeń z Krościenka podważają propagandowe hasła komunistów. Gdyby „ogniowcy” chcieli wymordować wszystkich dlatego, że są Żydami – niewątpliwie mieli taką możliwość. Mogli podjąć od-powiednie zabiegi, aby uniemożliwić albo chociaż utrudnić im ucieczkę. Czy byłaby gwa-rancja, że nikt nie zbiegnie? Oczywiście nie, ale mogli dołożyć starań, aby nikt nie uciekł. Siedem uzbrojonych osób to wystarczająco dużo, aby zapanować nad dwudziestokilkuoso-bową grupą bezbronnych cywili. Mogli zadbać o minimalizację prawdopodobieństwa ucieczki. Nie zrobili tego. Więcej: nie zrobili nic, aby uniemożliwić ucieczkę części ofiar. Niektórym wręcz dali szansę przeżyć. Ale tylko niektórym.

A jednak niewątpliwie mamy do czynienia z sytuacją, w której z niejaką łatwością za-częto strzelać do tej grupy bezbronnych cywili. Dlaczego?

Tak naprawdę nie wiemy, po co w ogóle „Ogień” wysłał grupę partyzantów do Kro-ścienka i jakie zadania przed nią postawił. Jeśli przyjmiemy, że „Ogień” o transporcie Fin-kelszteina i Wąchały dokonywanym tego dnia nie wiedział – jak wskazuje na to większość zeznań – to co w takim razie mieli jego podkomendni zrealizować w Krościenku? Możemy się oprzeć na zeznaniach Dydy z 27 III 1947 r., a więc zapisanych niecały rok po wydarze-niach, według których w Krościenku mieli zarekwirować motocykl. Tym bardziej, że takie poszukiwania rzeczywiście podjęto: zaraz udaliśmy się do jednego gospodarza na rewizję za motocyklem, lecz motocykla nie było i zaczekaliśmy koło karczmy […]238. Informacje te dość spójnie wpisują się w przebieg wydarzeń łącznie z tym, że później zabrali ze sobą mo-tocykl Wąchały.

Jednakowoż rodzi się pytanie: czy aż siedem uzbrojonych osób byłoby potrzebne do konfiskaty jednego motocykla? Z drugiej strony mamy także odosobniony zapis zeznań Batkiewicza, który stwierdził, że miał polecenie zastrzelenia jakiejś innej grupy Żydów,

którzy mieli pojawić się w tych okolicach następnego dnia. Ta informacja pojawiła się w zapisie tylko jednego z zeznań. I nie powrócono do takiego twierdzenia nigdy więcej.

Mamy w końcu wspomnienie o tym, że tuż przez odejściem z obozu Batkiewicz otrzy-mał polecenie likwidacji „Łazika” w wypadku spotkania z nim, a nie doprowadzenia go do obozu. To jedyna konkretna informacja o powodach zejścia i otrzymanych od „Ognia” po-leceniach, która znajduje potwierdzenie w naszej wiedzy z innych źródeł. Przy założeniu, że „Łazik” mógł posiadać broń i mógł nie być sam, wydaje się uzasadnione dysponowanie co najmniej grupką kilku uzbrojonych osób. Może rzeczywiście „Ogień” uzyskał jakieś – niezbyt precyzyjne – informacje o tym, że wkrótce trasą przez Tylkę koło Krościenka (uży-waną już wcześniej do takich celów) „Łazik” będzie przerzucał kilkuosobową grupę Ży-dów. Mogła to być okazja do wykonania na nim wyroku śmierci. O tym, że poszukiwano takiej okazji, wiemy na pewno.

Zrządzenie losu sprawiło, że wystrzelona przez dzieci rakieta doprowadziła do łatwego natknięcia się partyzantów na „Łazika”. Zaraz potem, poinformowani o stojącej na skraju Krościenka ciężarówce (a wówczas to nie było zwyczajne na ulicach podhalańskich miej-scowości), mogli w sposób oczywisty skojarzyć to z domniemaną informacją o transpor-tach organizowanych przez Wąchałę. Skoro „Łazik” pojawił się dzień wcześniej to i cięża-rówka musiała być nieprzypadkowa.

Rzuca się w oczy, że w śledztwach od razu potraktowano jako oczywiste, że sprawcy skorzystali z okazji przejęcia dobytku Żydów. W różnych miejscach mamy rozproszone in-formacje o konfiskacie funduszy dokonywanej przez Batkiewicza już podczas legitymowa-nia pasażerów. Są zapisy o tym, że dobytek, który pozostał w ciężarówce, pojechał z party-zantami w stronę Ostrowska. Jeszcze w czasie procesu w 1951 r. w zeznaniach pełnych konfabulacji zarówno Batkiewicz, jak i Pyzowski twierdzili, że po te pakunki posłał jakichś dodatkowych ludzi „Ogień”. Batkiewicz mówił, że w samochodzie były pakuneczki. Po przybyciu do Krościenka Ogień wysłał po nich ludzi239. Pyzowski z kolei zeznawał, że w sa-mochodzie były rzeczy, jedzenie i ubranie i to zabrano do bandy. Ogień posłał po to ludzi bo my byliśmy zmęczeni240. Jednak nie bardzo widać ślady, kto dodatkowo miałby być przez „Ognia” po to posłany. Przypomnijmy, że w tej sprawie Dyda, przesłuchiwany stosunkowo najbliżej wydarzeń, zeznał, że sami przewozili pozostałe rzeczy241.

Wszystko to są hipotezy oparte na bardzo niepewnych źródłach wytworzonych przez struktury komunistyczne. Nie mamy bowiem śladu, aby te skonfiskowane przedmioty rze-czywiście do „Ognia” dotarły. W zacytowanym zdaniu z notatnika także o niczym takim nie wspomniał, choć przy innych wpisach to się zdarzało. Rodzi się więc pytanie: jeśli fi-nalnie te rzeczy nie trafiły do „Ognia”, to co się z nimi stało?

I dodatkowy problem: czy jeśli celem Batkiewicza było przejęcie mienia pasażerów, to dlaczego otwarto do nich ogień? Gdybyśmy myśleli o tym w kategoriach dzisiejszego świa-ta, wydaje się to nielogiczne: skoro celem jest rabunek, to po co do ludzi strzelano? A może chodziło o wyeliminowanie świadków rabunku? W takich okolicznościach podjęte byłyby starania o zastrzelenie wszystkich. A przecież tego pod Krościenkiem nie było. Nawet nie podejmowano takiej próby. Co w takim razie się stało?

Możliwe, że splotły się tu różne okoliczności. Kluczem do odpowiedzi jest stosunek „Ognia” do mniejszości żydowskiej na Podhalu. Wiemy, że Kuraś ideowo był związany z ruchem ludowym, który bynajmniej nie posługiwał się hasłami antysemickimi o podłożu rasistowskim. Niektóre środowiska ludowców co najwyżej nawiązywały już przed wojną do problemu rywalizacji z handlem żydowskim, względnie krytykowały lichwę242.

Również na Podhalu wśród chłopów Żydzi byli postrzegani przez pryzmat swoistego konfliktu społecznego, traktowani jako grupa, która przed wojną czerpała dochody z dzia-łań, które utożsamiano z wyzyskiem chłopskiej ludności. Nie ma tu miejsca na rozwinięcie tych wątków, bo nie one są najważniejsze, ale należy brać je pod uwagę jako odległe tło wydarzeń. Wpływały bowiem także na poglądy ludowców prezentowane już w czasie woj-ny, chociażby na łamach konspiracyjnej prasy podziemnego SL „Roch” w tym regionie.

Oczywiście nie należy mylić tego z akceptacją dla jakichkolwiek niemieckich zbrodni. Wręcz przeciwnie: w prasie ludowej podkreślano jednoznacznie negatywną ocenę zbrodni-czych praktyk niemieckiego okupanta. Niezależnie od pamięci o skomplikowanych aspek-tach wzajemnych stosunków żydowsko-polskich i polsko-żydowskich przed wojną na pod-łożu gospodarczo-społecznym, bez niedomówień potępiano niemiecką eksterminację Żydów. Traktowano ją z odrazą – wprost nazywając barbarzyństwem. Wiemy przy tym, że wydawany przez kierownictwo nowotarskiego „Rocha” konspiracyjny „Głos Podhala” był czytany również przez „Ognia” – wówczas dowódcę Oddziału Specjalnego Ludowej Straży Bezpieczeństwa w powiecie nowotarskim. Nie należy wykluczać, że miał on znaczny wpływ na kształtowanie jego poglądów. Jak opisywano problematykę dotyczącą mniejszo-ści żydowskiej? Na przykład w numerze 4 z 8 X 1944 r. czytamy, że przed wojną położenie materialne ludności góralskiej było — poza niewielkimi ośrodkami — bardzo ciężkie. Do tego dołączał się wyzysk żydów, którzy mieli w swych rękach prawie cały handel Podha-la243. Krytykowano Żydów za wyzysk gospodarczy i brak przywiązania do Polski, ale sta-wiano ich po prostu na równi z innymi mniejszościami „goszczonymi” na polskiej ziemi. W numerze 11 z 3 XII 1944 r. zadawano m.in. pytanie: Czy Polska dobrze na tym wyszła, żywiąc na swojej ziemi [...] ludzi obcej narodowości, przeważnie wrogo do niej usposobio-nych (żydzi, Niemcy, Ukraińcy)? Jednakowoż wyraźnie podkreślano, że przedwojenne ani-mozje są problemem zupełnie odległym od zbrodni popełnianych przez Niemców. Potępiano je w tym samym artykule bez niedomówień: Kwestię żydowską rozwiązali Niem-cy radykalnie. Metod ich nie pochwalamy, brzydzimy się masowymi mordami, systemem komór gazowych, gdyż są to środki walki niegodne kulturalnego narodu. Mimo to w odnie-sieniu do powojennej przyszłości kwestia wracała w innej postaci: Stoimy przed faktem do-konanym. Z miast polskich zniknęli żydzi, miasta te trzeba odbudować i zaludnić. Inaczej żydzi znowu się do nas zlecą z całego świata244.

To wszystko było pisane w okresie, kiedy ludowcy mieli przekonanie, że nawet jeśli Polska zostanie okrojona od wschodu, to Sowieci pozwolą na jej funkcjonowanie jako nie-podległego państwa. Tymczasem następne miesiące, w tym te po przejściu przez Podhale ofensywy sowieckiej, stworzyły zupełnie nowe okoliczności. Zamiast odbudowy suweren-nego kraju Stalin rozpoczął eksperyment osadzenia w Polsce stalinowskiego tworu pod

władzą komunistów, w oparciu o sowieckie siły policyjne i wojskowe. Pojawił się więc problem współpracy części ludności żydowskiej z okupantem sowieckim i komunistami.

Sposób, w jaki władze sowieckie wykorzystywały mniejszości narodowe w budowie komunistycznych struktur władzy i w obsadzie kierowniczych stanowisk w partii i w apara-cie bezpieczeństwa, rozpowszechnił przekonanie, że Żydzi są nośnikiem ideologii komuni-stycznej i jednym z fundamentów komunistycznej władzy. Informacje i rozmaite pogłoski o zajmowaniu przez Żydów licznych stanowisk kierowniczych w państwie przenikały do społeczeństwa. Stawały się tematami dyskusji i wieści przekazywanych z ust do ust, nie-rzadko w postaci plotek. Dla wielu było to po prostu elementem ówczesnej rzeczywistości, o czym pisał m.in. Kwiek245. W sprawozdaniu wojewody krakowskiego za grudzień 1945 r. mówiono, że ludność żydowska wykazuje pozytywne nastawienie do nowego ustroju, co – jego zdaniem – umacniało antysemickie uprzedzenia246. Nawet szef krakowskiego WUBP Jan Bielecki na posiedzeniu Egzekutywy KW PPR w lipcu 1945 r. stwierdzał, że powszech-nie wiadomo, że kierownikami Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa są Żydzi247. Instruk-tor („doradca”) NKWD przy MBP Nikołaj Sieliwanowski w raporcie do Berii z 20 X 1945 r. pisał, że liczny udział Żydów w strukturach władzy i bezpieczeństwa wywołuje gwałtowne niezadowolenie wśród Polaków, którzy mówią o panoszeniu się (Żydów) w ministerstwach i innych polskich urzędach248. I dodawał, że w ulotkach podziemie pisze o „dyktaturze Ży-dów w Polsce”, obecny rząd nazywa „żydowsko-bolszewicką agenturą Moskwy”, mówi, iż „służbą bezpieczeństwa kierują bolszewicy i Żydzi”249.

W skrajnych interpretacjach uznawano każdą osobę pochodzenia żydowskiego za nosi-ciela ideologii komunistycznej. Był to pogląd niesprawiedliwy, który na zasadach swoistej odpowiedzialności zbiorowej rozciągał na wszystkich efekty działań komunistycznych czy „bezpieczniackich” aktywistów, stanowiących tylko część żydowskiej społeczności. Trudno nie dostrzegać, że taki pogląd w sposób nieuprawniony dotykał także tych Żydów, którzy nie mieli nic wspólnego z budową nowego systemu zniewolenia. A bywali wśród nich nie tylko tacy, którzy w żadnym wymiarze nie zamierzali się utożsamiać ani z bolszewizmem, ani z propagandą Stalina, ale też ci, którzy byli ofiarami sowieckich lub komunistycznych represji. I tacy – jak wiemy – również znaleźli się w transporcie pod Krościenkiem. Równie niesprawiedliwe były te oskarżenia wobec pozostałych, którzy właśnie uciekali z kraju za-rządzanego przez komunistyczne władze250.

A jednak taki właśnie obraz wyłaniał się z ulotek podziemia, które były przygotowywa-ne przez „Ognia” i kolportowane wśród mieszkańców Podhala (także w postaci rozkleja-nych odezw) przez jego podkomendnych i współpracowników. Działacze ludowi, którzy wówczas pozostawali w kontakcie z Kurasiem, opisywali jego (i nie tylko jego) poglądy w tym zakresie jednoznacznie: Każdy Żyd był ubekiem. Takie było przekonanie. W Nowym Targu [przed wojną – K.M.]było 4 tysiące Żydów ale ich Niemcy wystrzelali. Dopiero po

wojnie zaczęli przyjeżdżać i obejmowali stanowiska. Wracali. „Ogień” ich uważał za współ-pracowników UB – mówił o tych czasach działacz konspiracyjnego „Rocha”, a po wojnie podhalański działacz PSL i jednocześnie potajemny współpracownik Kurasia Władysław Hajnos251.

Widać to w treści i charakterze odezw „ogniowców”, pisanych ostrym językiem walki propagandowej. „Ogień” bezpardonowo atakował w nich wszystkich współpracowników nowej władzy, często stawiając znak równości pomiędzy Żydami a komunizmem. Co wię-cej, w sprowadzaniu Żydów do Polski widział celowe działania Związku Sowieckiego, po-wiązane z represjami wobec Polaków. W ulotce rozpowszechnianej m.in. w powiecie lima-nowskim pisał: Bracia Polacy! Na podstawie wywiadu ze strony UBP zostało stwierdzone, że wszystkie aresztowania, które nastąpiły od pierwszej chwili wstąpienia czerwonych zbi-rów, powstały przez zdradę naszych braci, którzy pieniądz wywyższają ponad życie ludzkie. W każdym zakątku i na każdym kroku znajduje się szpicel, który węszy jak wściekły pies, wydając swoich braci w ręce bandytów i oprawców żydowskich. Dla czego ochraniacie zwyrodniałych opryszków, przed którymi drżycie ze strachu. Pamiętajcie, że wszyscy zdraj-cy, którzy wyrzekli się polskości, w[s]tępując w szeregi konfidentów UBP, KBW, MO, ORMO lub zajęli kierownicze stanowiska celem śledzenia i tępienia prawdziwych Polaków, będą na każdym kroku wieszani i strzelani, nie patrząc na ich pochodzenie, a dobytek ich zostanie skonfiskowany na rzecz Oddziałów Partyzanckich. Pamiętajcie, że jest to dla was, wyrzutki społeczeństwa, ostatnie upomnienie252.

W lipcu 1946 r. Kuraś pisał: ludzie przesiąkli duchem komunistycznym, przekupieni przez bolszewików lub chcę [chcąc – M.K.] zrobić karierę w służbie bolszewickiej, wma-wiają w Was, że my z lasu jesteśmy bandytami […]. Zapominają oni, że my ginęliśmy za Wolność Polski, walcząc przeciwko Niemcom, obecnie walczymy w dalszym ciągu o Wol-ność Polski, występując przeciw Bolszewikom, którzy […] ten naród umęczony usiłują otu-manić i zrobić powolnym do swoich celów. Wyniszczają najlepszych Polaków […], aresztu-ją, katują po więzieniach nie licząc się z kobietami i dziećmi, wywożą aresztowanych na wschód, skąd nie ma dla nich powrotu. Ze wschodu przywożą natomiast masy żydostwa i sieją propagandę, że to są Polacy, którzy wracają z powrotem do Polski. Żydzi ci, sprowa-dzeni są celowo, aby zająć stanowiska w Polsce, aby uchwycić znów handel w swoje ręce, aby siać propagandę komunistyczną i wreszcie, aby być szpiclami NKWD. My ich w Polsce nie chcemy! Niech nam zwrócą tych Polaków, których wywozili [w] 1939-1941 r.253

W ulotce rozwieszanej w Nowym Targu w lutym 1946 r. zwracał się do mieszkańców powiatu nowotarskiego: Od roku gnębienia przez najeźdźców bolszewickich i przeklęte żydostwo cierpi w kajdanach nasza Ukochana Ojczyzna. Kraj zniszczony, miasta w gru-zach, zdrajcy na wolności a prawdziwi Polacy cierpią w ciemnych lochach więzienia albo tułają się o głodzie i chłodzie po lasach. […] Dla kogóż pracują tysiące polaków [tak w odpisie sporządzonym przez funkcjonariusza UB – M.K.], którzy pragną rozlać bratnią krew. Zbudźcie się z [nieczytelne słowo – M.K.] i zaślepienia. Przestańcie na oślep wykonywać rozkazy parszywych żydów, którzy usiłują zrujnować cały kraj. […]Wy przeklęci żydzi i bezpieka jesteście bandytami, mordercami, złodziejami, którzy grasują w biały dzień po wioskach […]. POLACY!!! Obowiązkiem waszym jest wytępić bratobój-ców i opryszków hańbiących imię Polski, któremi są żydzi i bezpieczeństwo. Nie ujdą zdrajcy zasłużonej kary. Im wcześniej wytępimy naszych gnębicieli, tym prędzej odzyska-my Wolną i Niepodległą Ojczyznę. BRACIA POLACY!!! Rżnijcie i wieszajcie szelmy ży-dowskie i bezpiekę!!!!!! Oddajcie zgniłe ciała zdrajców krukom na pożarcie!!!!!!! Precz z komuną żydowską!!!!!!254.

Stereotypy z pewnością mogły utrwalać takie fakty, jak akces Dawida Grassgrüna, ów-czesnego przewodniczącego gminy żydowskiej w Nowym Targu, do nowotarskiej PPR255. Podkomendni „Ognia” otrzymali polecenie zastrzelenia go. Stało się to 10 II 1946 r. Możli-we, że w odróżnieniu od wielu innych akcji podziemia, to zabójstwo nie spotkało się z po-wszechniejszą akceptacją wśród ludności miasta. Według wypowiedzi Leona Lei, przewod-niczącego PRN w Nowym Targu, było wręcz przeciwnie: mord spotkał się z oburzeniem całego społeczeństwa256. Przypuszczalnie z tego właśnie powodu zabójstwo Grassgrüna sta-ło się przedmiotem oddzielnej akcji ulotkowej „Ognia”. Jej celem ewidentnie było dodatko-we przedstawienie mieszkańcom Nowego Targu i Podhala nieżyjącego już Grassgrüna w negatywnym świetle. Przy okazji pojawiły się kolejne groźby pod adresem wszystkich Żydów. Pod tytułem „Dawid Grasgrün” pisano:

 

Błogosławiony zginął śmiercią tragiczną

 

od prawdziwych Polaków, którzy nie pozwolili dłużej ssać krwi polskiej, parszywej pijawce. Oby Pan Bóg pozwolił jak najprędzej wytępić brudną i parszywą zarazę w Polsce,

 

Zginął za swą szubrawską i zdradziecką pracę257.

 

W innym dołączonym wierszowanym tekście pisano, także w nawiązaniu do Grass-grüna, m.in. w ten sposób:

 

Skończyła się wolność złota,

 

Za Grasgrünem przyszedł czas,

 

Uciekajcie bo u nas wielka ochota,

 

Bić, mordować wieszać was…258.

W ulotce rozklejanej m.in. w Nowym Targu 26 i 27 IV 1946 r., a więc tuż przed wyda-rzeniami w Krościenku, „Ogień” pisał: „ZA WIERNĄ I WYTRWAŁĄ PRACE. ŚMIERĆ SŁUŻBIE BEZPIECZEŃSTWA I OCHYDNYM [tak w odpisie sporządzonym przez UB – M.K.] ŻYDOM!!!!!!. Zwracając się do funkcjonariuszy UB stwierdzał: O synu niewierny! O psie podły! Dlaczego za marny grosz strzelasz do swojego brata, który walczy o lepszą dolę. Dlaczego znęcasz się nad nim jak dziki zwierz? Za co ty służysz i dla kogo pracujesz? Dla komuny i Żyda!!!!!!! Zginiesz polaku [tak w odpisie sporządzonym przez UB – M.K.]

niewierny, jak i zginęli twoi współpracownicy259. I pojawia się w tej ulotce zapowiedź bez-względnej rozprawy: nadszedł czas kiedy będziemy bezwzględni i nieubłagani. Zginie każdy żyd (pijawka krwi polskiej), PPR (płatni pachołkowie Rosyjscy), Pracownik Bezpieki (mor-derca, kat i rabuś)260.

Co więcej, wątek taki pojawił się także w negocjacjach, jakie „Ogień” podjął z wysłan-nikiem WUBP w Krakowie Władysławem Czyżem. Miały miejsce zaledwie na kilka tygo-dni przed wydarzeniami w Krościenku. Do spotkania i negocjacji doszło 24 III 1946 r. Ce-lem UB było ustalenie zasad zakończenia walki partyzanckiej oraz ujawnienia Kurasia i jego podkomendnych. Według meldunku Czyża „Ogień”, odrzucając postulaty bezpieki, przedstawił w czterech punktach swoje warunki. Pierwszy to usunięcie KBW w terminie do 27 III 1946 r. Drugi – zwolnienie z więzienia wymienionych imiennie jego sześciu uprzed-nio aresztowanych żołnierzy i współpracowników. Trzeci – usunięcie do 27 III 1946 r. pra-cowników UB przybyłych z Krakowa. I czwarty – Usunięcie wszystkich Żydów z Nowego Targu w jak najkrótszym czasie, w przeciwnym razie będzie ich tępił bezlitośnie261.

Stwierdzenia, jakie widzieliśmy w wyżej cytowanych odezwach, utrwalały negatywne stereotypy, przekraczały granice piętnowania tych, którzy zaangażowali się w budowę ko-munistycznego systemu władzy na rzecz nawoływania do wrogości wobec całej społeczno-ści żydowskiej. Gdyby to pozostało w sferze werbalnej, byłby to jedynie negatywny aspekt ówczesnej walki propagandowej. Jednak takie zdarzenia, jak zabójstwo niewinnych ludzi pod Krościenkiem, zmusza do stawiania dalej idących pytań.

Czy w takim razie „Ogień” rzeczywiście akceptował, względnie nakazywał, fizyczną likwidację każdego napotkanego człowieka narodowości żydowskiej? Czy jest możliwe, aby „Ogień” rzeczywiście przeszedł od tego rodzaju nawoływań do aktów fizycznej likwi-dacji zwyczajnych ludzi, niezaangażowanych w budowę systemu komunistycznego? Takie wydarzenia, jak chociażby zastrzelenie przez „ogniowców” pięciu osób narodowości ży-dowskiej pod Nowym Targiem 20 IV 1946 r., po tym jak z przejeżdżającego auta posypały się strzały w kierunku partyzantów, sugerować mogły, że nie było tu działania ukierunko-wanego na mordowanie osób przypadkowych, że był jakiś powód otwarcia ognia. Jednak w Krościenku zginęli niewinni, bezbronni cywile.

Z drugiej strony – mimo jednoznaczności wyżej cytowanych haseł (będziemy bez-względni i nieubłagani. Zginie każdy żyd […], PPR […], Pracownik Bezpieki […]) – w rze-czywistości „ogniowcy” również nie dokonywali likwidacji wszystkich funkcjonariuszy UB, którzy znaleźli się w ich zasięgu, nie mówiąc już o pepeerowcach. Zdarzały się przy-padki likwidacji UB-owców i PPR-owców, ale – jakby wbrew tej groźbie – nie strzelano do wszystkich napotkanych. Zresztą nie zabijali też wszystkich Żydów, których spotkali. Na-wet pod Krościenkiem nie przejawiali takiej determinacji, nie przejmując się tymi, którzy przeżyli bądź uciekli. I o tym został „Ogień” także poinformowany. I nie ma żadnych po-wodów do sugerowania, że miał pretensję o to, że nie wymordowano wszystkich – jak to we własnym interesie próbowali wymyślać byli partyzanci oskarżeni w 1951 r.

Jednakowoż nie ma też żadnych śladów świadczących o tym, że śmierć pod Krościen-kiem kilkunastu żydowskich cywili z rąk jego własnych podkomendnych „Ogień” uznał za

problem. Nie zamierzał nikogo przywoływać do porządku, nie pociągnął też nikogo do od-powiedzialności. Sam Batkiewicz po kilku miesiącach (jesienią 1946 r.) został wręcz awan-sowany na dowódcę jednej z kompanii.

 

Co wiemy o zbrodni?

 

Wysłani do Krościenka „ogniowcy”, niezależnie od tego, czy ich celem była próba po-chwycenia i likwidacji „Łazika”, czy też dokonanie konfiskat lub jeszcze innych działań, z dużą łatwością otworzyli ogień do niewinnych i bezbronnych żydowskich cywili. Może sprzyjała tej łatwości ostra antyżydowska propaganda samego „Ognia”, która zapewne przenosiła się na rozmowy między żołnierzami. Może dodatkowo połączyło się to z łatwo-ścią, z jaką w ogóle w tych czasach naciskano spust automatów. Nie ulega wątpliwości, że Batkiewicz, który dał rozkaz otwarcia ognia, musiał czuć się bezpiecznie: nie spodziewał się żadnych nadzwyczajnych negatywnych konsekwencji z rąk dowódcy. I takie go nie spo-tkały po powrocie do obozu. Kuraś po prostu przyjął do wiadomości informację o zabitych, rannych i tych, którzy przeżyli. Ani nie oczekiwał zabijania wszystkich, ani też – wszystko na to wskazuje – nie widział nadzwyczajnego dramatu w tym, że kilkanaście osób zginęło.

Nie znajdują żadnego wiarygodnego potwierdzenia publikowane przez Derenia infor-macje o rzekomym śledztwie „Ognia” w sprawie zbrodni w Krościenku, wynikiem którego miało być ustalenie, że odpowiedzialny za to był „Łazik”. I stąd niezwłoczne rozstrzelanie tegoż. Kiedy miałoby się to „śledztwo” odbyć, skoro Wąchała został zastrzelony wcześniej niż otwarto ogień do Żydów z ciężarówki? Nawet najbardziej elementarne zestawienie pod-stawowych faktów czyni tak podawane informacje absurdalnymi262.

Raczej wiele wskazuje na to, że „Ogień” w wydarzeniach pod Krościenkiem mógł do-strzec dodatkowy element propagandowy. Nie miał bowiem nic przeciwko temu, aby roze-szła się wieść, że Żydzi nie powinni się na Podhalu osiedlać. A przecież takie informacje tego rodzaju efekt jednoznacznie wzmacniały. Dla osiągnięcia celu propagandowego, jakim było ostrzeżenie, że Podhale nie jest dla Żydów miejscem bezpiecznym, wystarczyło kilka pogłosek o tego rodzaju wydarzeniach.

Jeśli tak widział „Ogień” cel swoich działań, to został on w pewnym sensie osiągnięty. Kwiek wskazuje, że w czerwcu 1945 r. mniejszość żydowska w powiecie nowotarskim nie przekraczała 200 osób. W samym mieście – 15–25 osób. Jego zdaniem już po zabójstwie Grassgrüna wśród nowotarskich Żydów wybuchła panika. Część osób wyjechała, mimo że – jak zauważa ten autor – poza Grasgrinem pozostali [żydowscy] mieszkańcy Nowego Tar-gu żyli bezpiecznie263. Zabójstwa pod Krościenkiem i inne tego rodzaju przypadki, w któ-rych zginęli Żydzi, w połączeniu z kolportażem w kolejnych miesiącach agresywnych ulo-tek, w sposób oczywisty budowały poczucie zagrożenia i podsycały nastroje paniki.

O tym, co wydarzyło się w nocy z 2 na 3 V 1946 r., pisała żydowska prasa, m.in. pismo „Słowo Młodych”264. Według Kwieka zbrodnia ta wstrząsnęła środowiskiem żydowskim w Polsce i była przedmiotem dyskusji w centralnym Komitecie Żydów w Polsce, przy czym uruchomiła też wzajemne oskarżenia pod adresem organizatorów wyprawy. Jednocześnie

CKŻP wydał ulotkę przestrzegającą przez przejazdami w tym rejonie w kierunku grani-cy265. W „Biuletynie Żydowskiej Agencji Prasowej” pisano wprost, że w Krakowskiem pro-wadzona jest wyuzdana heca antysemicka i rozpowszechniane są różne ulotki – maszynopi-sy, które jawnie nawołują do kontynuowania morderstw na Żydach266. Jak przyznawał ks. Józef Dewera, proboszcz z Waksmunda – rodzinnej miejscowości Kurasia: Ogień był postrachem od początku dla żydów, i dlatego żydzi nie osiedlili się w Nowotarskiem267.

Jeśli te założenia są słuszne, to mamy do czynienia z sytuacją, w której nie tyle chodziło o wymordowanie konkretnych ludzi, ile o tolerowanie, patrzenie przez palce na tego rodza-ju zbrodnicze wydarzenia, które wpisywały się w teksty ulotek i propagandowych wezwań kolportowanych na Podhalu. Czy to wszystko cokolwiek zmienia w ocenie moralnej tych wydarzeń? Absolutnie nie. Pod Krościenkiem rozstrzelano niewinnych cywili. Niezależnie od tego, czy było to efektem wydawania tego rodzaju poleceń, czy jedynie przyzwolenia na tego typu „akcje”, świadczy o tym, że Kuraś jako dowódca niepodległościowej partyzantki był gotów zaakceptować działania, które w swoim czasie czytany przez niego „Głos Podha-la” nazwał środkami walki niegodnymi kulturalnego narodu. I nawet jeśli chodziło tylko o odstraszenie tego rodzaju praktykami potencjalnych przybyszów, to akceptacja takich wy-darzeń jest ciężkim oskarżeniem i skazą na bilansie niepodległościowej przecież działalno-ści „Ognia”.

Omawiane wyżej działania należy więc uznać za ciemną stronę tej partyzantki. Jedna-kowoż mimo takiego a nie innego wymiaru moralnego wypadków, których ofiarami stała się ludność żydowska, trzeba podkreślić, że były one jedynie niewielkim fragmentem ak-tywności zgrupowania. Musimy bowiem pamiętać, że całe zgrupowanie w okresie powo-jennej działalności „Ognia” przeprowadziło ponad tysiąc różnego rodzaju akcji zbrojnych. W tym czasie realizowano setki innych działań, które zasługują na jednoznacznie pozytyw-ną ocenę. Uwalniano aresztowanych, skutecznie karano gorliwych funkcjonariuszy bezpie-ki i konfidentów, likwidowano gnębiące ludność szajki rabunkowe.

Należy również pamiętać, że w roku 1946 pod zwierzchnictwem Kurasia znalazło się szereg jednostek partyzanckich, które nigdy nie splamiły się podobnymi praktykami, któ-rych ofiarami padli Żydzi. Różne części zgrupowania funkcjonowały autonomicznie na sto-sunkowo rozległym obszarze, od dzisiejszego Podkarpacia po Śląsk, i od pogranicza ze Słowacją po ziemię miechowską. Większość nigdy nie podejmowała tego rodzaju akcji. Tym bardziej nie można rozciągać odpowiedzialności ani współodpowiedzialności za takie wydarzenia, jak te pod Krościenkiem, na inne oddziały i ich dowódców.

Natomiast „Ogień” jako dowódca zgrupowania odpowiadał za całość działań podejmo-wanych przez podkomendnych, które spotykały się z jego akceptacją (albo nie spotykały się z radykalnym przeciwdziałaniem i karami dyscyplinarnymi). Tym bardziej jeśli doty-czyło to wypełniania wydawanych przez niego rozkazów. Zarówno tych, które mogły być powodem do dumy partyzanckiego dowódcy, jak i takich, które w sposób jednoznaczny obciążają jego konto. Zbrodnia na niewinnych cywilach pod Krościenkiem, podobnie jak każde tego typu wydarzenie, musi być uznawana za plamę na biografii partyzanckiego do-wódcy.

Źródło: krakow.ipn.gov.pl